Rozdział Kościoła od państwa jest pewnym standardem cywilizacyjnym w Europie i nie mam wątpliwości, że jest on słuszny i uzasadniony. Religia jest sprawą osobistą i jako taka powinna być odseparowana od życia publicznego.

O tym, ile kłopotów nastręczają lekcje religii w polskich szkołach, mówi się i pisze od lat. Dyrektorzy szkół często, choćby chcieli, nie są w stanie ułożyć grafiku lekcji tak, żeby katecheza była na początku lub na końcu lekcji danego dnia. Przez to dzieci nieuczęszczające na te lekcje muszą iść do świetlicy, mają bezsensowną wyrwę w zajęciach, godzinę dłużej siedzą w szkole. Ale nie to jest najważniejsze.

Religia w szkole pokazuje, że katolicyzm jest w Polsce wyznaniem uprzywilejowanym, a tak być nie powinno. Nawet jeśli większość w coś wierzy, nie staje się to obowiązujące dla wszystkich.

W szkołach są dzieci z domów różnych wyznań, w przedszkolu mojego Stasia są dzieci katolików, buddystów i ateistów. Czy się to komuś podoba, czy nie, będziemy mieli w Polsce coraz więcej muzułmanów, prawosławnych i protestantów. Jeśli już tak upierać się przy religii w szkołach, należałoby prowadzić lekcje również dla dzieci innych wyznań. Dlaczego mały prawosławny czy Żyd ma w szkole dostawać przekaz, że jego wiara jest wiarą drugiej kategorii? Bo jest w mniejszości? Czy to czyni jego wiarę mniej ważną? I dlaczego jego rodzice mają ze swoich podatków płacić za katechezę dla dzieci katolickich? Chciałabym poznać jeden logiczny argument, który byłby w stanie to rozwiązanie wybronić.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej