Oczywiście, gdy się wczytać w raport i jego liczne już omówienia, okazuje się, że kobiet rezygnujących z pracy nie jest wcale tak wiele, a rezygnują głównie te, które zarabiają najmniej. Oraz te, dla których powrót do pracy, nawet za kwotę bliższą średniej krajowej niż płacy minimalnej, oznacza praktycznie zerowy wzrost dochodów (bo stracą prawo do świadczenia na pierwsze dziecko plus będą musiały odprowadzić składki ZUS i podatek, co równa się ledwie parę złotych w kieszeni więcej).

A jeśli uwzględnić koszty dojazdów do pracy, posiłków poza domem, tego, że jakoś do tej pracy trzeba się ubrać oraz, przede wszystkim, gdzieś lub z kimś podziać dzieci przez te 8-10 godzin dziennie, wychodzi na to, że powrót do pracy jest nie tylko finansowym, ale też logistycznym i organizacyjnym nonsensem, a decyzja o pozostaniu w domu z dziećmi jedynym rozsądnym wyborem.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej