Kilka dni temu facebookowy timeline wypluł mi amerykański artykuł pod niepokojącym tytułem „Szew mężowski to nie tylko przerażający porodowy mit”. Co do zasady scrolluję takie nagłówki prosto do wirtualnego sedesu, bo na naszych porodówkach dzieje się wystarczająco dużo niepokojących i udokumentowanych ekscesów, by nie zaśmiecać sobie głowy miejskimi legendami. Ale ponieważ artykuł udostępniała szanowana przeze mnie znawczyni tematyki okołoporodowej, kliknęłam. Artykuł był, zaiste, porażający.

Co z tego?— można by zapytać. Przecież modna ostatnimi czasy waginoplastyka w wielu przypadkach służy głównie temu samemu – poprawie jakości życia seksualnego po porodzie. Owszem. Różnica polega na tym, że waginoplastyka to zabieg planowany, przemyślany, dobrowolny i z dowiedzionymi medycznie pozytywnymi efektami. Założenie „mężowskiego ściegu” to pseudowaginoplastyka i– jeśli wierzyć relacjom zacytowanych w artykule kobiet – odbywa się zwykle ponad głową pacjentki, bez pytania ją o zgodę na dodatkowy szew, bez wyjaśniania konsekwencji.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej