Zwycięzcy konkursu "Moja droga". Przeczytaj opowiadania

red.
We wrześniu ogłosiłyśmy konkurs "Moja droga". Przyszło prawie 900 prac. Opowieści o rozliczaniu się z rodzicami i dzieciństwem. Pisaliście o przyjaźni, o miłości. O przemocy. O zmaganiu się z nałogiem. O wyzwaniu, jakim jest choroba . Oto prace zwycięzców
123rf.com 123rf.com

Zwycięzcy konkursu "Moja droga"

Pierwsze miejsce: Tosia Nadruga

Drugie miejsce: Maja Dobkowska, Renata Domka, Marcin Kulawik

Trzecie miejsce: Anna Dominiczak, pipipia

Wyróżnienia: Adabara Drzewołak, Pasażerka, Krystyna Dambczyńska, Ewa Kotarska, Maciek Bielawski, Izabela Piotrowska, Mamatylda2, Bonnie, Zygmunt Szumski, Agusmok.

Przeczytaj opowiadania wszystkich wyróżnionych.

Nagrody ufundowali:

Hotel Navil Conference & Spa (weekend w Spa),

Maszynadopisania (kurs pisania powieści),

Nikki Lissoni (bużuteria),

Agora (zestawy książek).

Regulamin konkursu.

1
123rf.com 123rf.com

Pierwsze miejsce - TA.TA.

Słowo "tata" rozpada się na dwie symetryczne sylaby. Sylaby-kadry, sylaby-chwile, flesze i błyski; odległe i osobne. A potem sylaby się łączą.

1. Włosy

Mam sześć lat, właśnie wylałam w kuchni mleko. Nie ma mamy, może jest w pracy, ja w każdym razie w domu - trzecia angina. Wiem, że jak tata się dowie, będzie krzyczał. Idę do pokoju.

- Tato, przez przypadek wylałam mleko na ścianę?

Tata zrywa się z fotela i rusza do kuchni. Zostaję na środku pokoju.

- Chodź tu! - krzyczy.

Cała się trzęsę, w końcu staję w progu, boję się wejść do środka. Tata chwyta mnie za włosy i ciągnie aż pod stół.

- Zobacz, co zrobiłaś, cała tapeta mokra!

Łzy ciekną mi na brodę.

- Bliżej!

Wciąga mnie pod stół za gruby warkocz, nosem dotykam już niemal ściany. Tania tapeta z nadrukowanymi na papierze cegłami.

Widzę wyraźnie.

Mam lat trzydzieści, tata wyjeżdża do babci. Co drugi weekend robi ponad dwieście kilometrów, zabiera brudne rzeczy do prania, odkurza pokój i kuchnię, zmienia pościel, obcina paznokcie. Córka babci mieszka za ścianą - więc zdecydowanie za blisko. Tata myje siwe włosy; rytuał z miską i grzaniem wody. Delikatnie dotyka białego puchu, masuje głowę, na włosy nakłada odżywkę.

2. Nogi, ręce

Idziemy przez miasto, mam siedem lat.

- Co ty tak zawijasz tą nogą, chodzić nie umiesz?

Umiem, chyba umiem. Nie wiem, co to znaczy zawijać nogą.

- Znów zawijasz! - tata krzyczy i kopie mnie w kostkę.

Drugi raz, trzeci. Białe podkolanówki brudzą się od wypastowanych butów taty. Centrum miasta, czerwiec, idziemy do kawiarni świętować zakończenie roku szkolnego. Deseru nie pamiętam.

Pamiętam, jak tata wkopuje w ziemię płotek - drewniane paliki z budowlanego marketu. Na cmentarzu piach i jeśli cokolwiek ma tu wyrosnąć, trzeba nawieźć ziemi i jakoś ten pseudoogródek ogrodzić. Tata jest dokładny, kopie więc głęboko ? płotek musi trzymać się prosto. Stoję obok, mam dwadzieścia sześć lat i staram się nie myśleć o trumnie. Tata wali młotkiem, spieszy się - kopanie w głąb jest, jak widać, nie tylko ponad moje siły. Na kościstych palcach i krawędzi dłoni ma pozdzieraną skórę. Krew wsiąka w piasek. W piasku jego wnuczka - na wznak i na amen.

3. Brzuch

Mam dziesięć lat i dostaję pierwszą w życiu dwóję.

Pała z WF-u - fikołki w tył kompletnie mi nie idą. Tata wyciąga z tapczanu kołdrę, rozkłada na podłodze i każe ćwiczyć. Kucam na miękkich nogach.

- Zegnij się bardziej, głowa prosto, jak ty wyglądasz, wciągnij ten brzuch!

Mam trzydzieści pięć lat, wracam do domu ze szpitala. W szpitalu zostawiam macicę i nic nie da się z tym już zrobić. Wracam wydrylowana, raczej spokojna. Na jabłonce odkrywam budkę lęgową dla ptaków. Najlepszy prezent od taty.

4. Oczy

Oczy taty nie są mokre na pogrzebach: na pogrzebie dziadka, na pogrzebie babci, na pogrzebie wnuczki.

Oczy taty są mokre, gdy mam sześć lat - właśnie zmarł mu ojciec. Mama zabiera mnie szybko z pokoju.

Gdy mam lat dwadzieścia pięć. Wychodzę z OIOM-u i mówię mu, że to koniec, że małej już nie ma.

Teraz, gdy trzydzieści siedem. Przyjeżdża do mojego domu z pudełkiem. W pudełku jego szesnastoletni, jeszcze ciepły pies.

5. Palce

Tata lepi mi z plasteliny konika, mam jakieś siedem lat. Cztery solidne nogi, wyrobiona zapałką grzywa. Wygładza w milczeniu grzbiet, kształtuje głowę i uszy. Chcę pomóc.

- Nie rób, bo popsujesz.

Koń stoi na półce aż do czwartej klasy. Jest najpiękniejszym koniem na świecie.

Wracam do domu, jest jesień, małej nie ma od dziewięciu miesięcy. Na stole w kuchni znajduję cztery ludziki z kasztanów. Jest duży tata i duża mama, jest dziewczynka i jakiś chłopiec. Prezent dla dwudziestopięcioletniej córki od taty.

Za rok o tej porze urodzę syna. Gdy się urodzi, mój tata wsiądzie na rower i pojedzie do małej na cmentarz. Będzie październikowy wieczór i słaby deszcz. Usiądzie na grobie wnuczki i nie ruszy się stamtąd przez dwie godziny. W tym samym czasie będę dotykać szyby inkubatora. Mój kilogramowy syn dostanie imię swojego dziadka i wszystko skończy się dobrze.

2
123rf.com 123rf.com

Drugie miejsce - ŻONA NA DETOKSIE

Wyrzuciłam z domu własnego męża - mówiłam, patrząc nieruchomo w stół, wbijając paznokcie w dłoń do krwi, próbując połknąć tę twardą kulę stojącą mi w gardle

Kilkanaście kobiet siedziało wokół tego samego stołu. Co jakiś czas zza ściany dobiegały brawa. Trwał mityng dla alkoholików. A tu, w tej bocznej ciasnej salce, siedziałyśmy my - ich żony.

- Zmieniłam zamek w drzwiach. Co noc wyję z bólu w poduszkę, kiedy on wrzeszczy na korytarzu, jaką kurwą jestem, że go zniszczyłam i wszystko mu odebrałam. Nie mam siły, żeby wezwać policję. Czy kogokolwiek innego do pomocy. - Łzy cisnęły mi się do oczu, bolało mnie wszystko. - Przemykam się między drzewami rankiem do pracy, bo on śpi na ławce pod klatką. Kiedy wracam, leży pod drzwiami. Błaga. Płacze. W końcu go wpuściłam. Zgodził się pójść na leczenie, a następnego dnia znów przyszedł pijany i wygrażał mi na klatce.

Nikt się nie odezwał. A może jednak? Nie pamiętam. Wracając z tego spotkania grupy Al-Anon, wsiadłam do niemal pustego autobusu i patrząc na grupę chłopaków popijających piwo pod sklepikiem nieopodal przystanku, przypomniałam sobie noc, która o wszystkim zadecydowała, brutalnie i bez sentymentów odarła mnie ze złudzeń.

Księżyc zaglądał do cichego pokoju, miasto zasnęło, nawet meliniarze na górze. Czułam nieświeży zapach pościeli, woń własnego potu na skotłowanym prześcieradle, po którym rozsypały się pozlepiane włosy. W trupim świetle wyglądało to jak sceneria z melodramatu. Mój melodramat właśnie trwał. Już drugą noc czekałam na męża. Wyszedł po papierosy. Swoim zwyczajem nie wrócił po czasie, który wystarcza na dotarcie do kiosku pod blokiem, rzucenie kilku zdań sąsiadowi, a nawet wypalenie jednego czy dwóch caro.

Zdumiewające, ale marzyłam, by już wrócił. Jak zawsze - bełkocząc powitanie, potrząsając splątanymi, długimi po pas włosami, stąpając, jakby omijał kałuże na podłodze. Zwykle od razu kładł się do łóżka, w butach, w ubraniu. Ale nie zasypiał. O nie! Musiał mi wyjaśnić, dlaczego to jest moja wina. Przecież zrobiłam mu awanturę o to, że pierwsze, co rano robi, to szuka w lodówce piwa. I o to, że śpi do południa. Bo ja go ograniczam, nie pozwalam mu się rozwinąć. Nie rozumiem go? Pewnie ma rację.

Wstałam z łóżka, chmurka dymu z papierosa powędrowała w smugę światła, które wpadało do pokoju z ulicy. Który to papieros już dzisiaj? Nawet nie liczę. Jak się skończą, przejdę się do całodobowego po nową paczkę. Może i on tam będzie. Może kupuje te swoje caro. Zresztą już tam dzisiaj byłam. Pytałam o faceta z długimi włosami i brodą. Nie widzieli go. Natomiast w drugim sklepie, owszem. Kobieta o wściekle blond włosach i błyszczących na niebiesko powiekach podała mi numer do chłopaka, który miał zmianę przed nią. Dominik Delicje. Tak sobie go zapisałam w telefonie. Pamiętał gościa w indiańskiej bluzie, który kupował cały plecak piwa. Miał butelki na wymianę. Tleniona zapytała: "A co on zrobił?". Wkurzyłam się. "Zaginął! Dlaczego od razu coś zrobił? Jak ktoś nosi brodę i długie włosy, to od razu musi być podejrzany?". Blondyna nie odpowiedziała, chyba zrobiło jej się głupio.

Jego oryginalny wygląd sprawiał mi przyjemność. Tak to chyba mogę nazwać. Fascynował mnie już od dawna, kiedy widywałam go jadącego rowerem przez moją wieś, z rozwianymi włosami, w indiańskiej bluzie. Nastolatkom taki typ się podoba. Niezależny, zagadkowy, podobny do Ryśka z Dżemu?

 

Nie wybrałam sobie "dobrego chłopaka", ale niespokojną duszę. Człowieka, który ciągle czegoś w życiu szuka. Wszędzie ma znajomych. Książki, które ciężko znaleźć w księgarni. Pod łóżkiem liny do wspinaczki. W rozpadającym się magnetofonie kasetę z muzyką, której wykonawcy nikt nie pamięta. Który przyjechał kiedyś do mnie rowerem 300 km. Nieraz towarzyszyłam mu do białego rana, słuchając tej dziwnej muzyki, dyskutując o książkach, planując własny dom z bali w Bieszczadach. Na urodziny dostałam specjalnie dla mnie zamówioną rzeźbę. Wyhaftował mi na stringach motyla. Zimą w ogródku wygrzebał spod śniegu parę zmaltretowanych stokrotek. Jak mogłam go nie kochać?

Kiedy ciemność zaczęła się przełamywać, postanowiłam, że idę do parku. Może leży gdzieś w krzakach pobity, pijany? W alejkach, zwykle rozjeżdżonych rowerami, rolkami i wózkami, oszczanymi przez yorki, teraz nie było nikogo. Zobaczyłam rezydenta parku troskliwie przeszukującego krzaki, jak ja. Pewnie cały swój dobytek nosił na sobie, więc mimo ciepła miał kurtkę, która kiedyś była bundeską z zielonym futerkiem, i solidne czarne buty, z których odlatywały płatki jakiejś farby. Zmierzył mnie od stóp do głów, a jego głos zlał się z krzykiem gawronów i kawek. Nie, nie widział tu nikogo.

 

Znajomy kiedyś opowiedział mi, że spotkał mojego męża na ulicy. Nie poznał go. Mówił, że był brudny, śmierdział, spojrzenie miał mętne i nieobecne, ręce mu się trzęsły, kiedy skręcał tytoń, a w plecaku brzęczały butelki. "On się stacza" - tak mi wtedy powiedział. A ja się obraziłam. Pracowałam w innym mieście, przyjeżdżałam na weekendy, zarabiałam na nas oboje. Znalazłam mężowi zajęcie u znajomego przy montażu klimatyzacji, ale "to nie było zajęcie dla niego". Wydzwaniali wtedy do mnie, dlaczego nie przyszedł do pracy. A ja wydzwaniałam do niego, dlaczego nie chodzi do pracy. Ale jego telefon milczał. Wtedy po raz pierwszy poczułam ten chłód gdzieś nad żołądkiem, trochę poniżej serca. Strach o jego życie? O moje wymarzone życie?

Teraz to duszące uczucie wróciło, silniejsze. Przeszłam brzegiem rzeki. Długo nie dopuszczałam do siebie myśli, że może on tu leży gdzieś na dnie, zachwiał się pijany, śmiejąc się z własnego żartu i wpadł do płytkiej rzeki, nie wiedząc nawet, że łamie kręgosłup. Obudził się nieładny dzień. Zaczęła padać mżawka, powierzchnia wody wyglądała jak papier ścierny. W parku pojawili się śmieciarze. Oni też nie widzieli nikogo prócz bezdomnego w kurtce. Też z brodą. Nie, to nie on.

Pomyślałam, że może kiedy wrócę do mieszkania, on już tam będzie. Na łóżku, z liśćmi w brodzie, rozsiewając mdły zapach niemytego ciała i wygazowanego piwa. Już tak kiedyś było - choć odwrotnie. Wyszłam, gdy spał, żeby pobiegać. Robiłam to coraz intensywniej i częściej, żeby postawić wyzwanie samej sobie, żeby przekonać się, że mam na coś wpływ, choćby to był tylko oddech. Czasem biegałam nawet dwa razy dziennie. Aż buty zaczęły śmiać się ze mnie podeszwą. I jednego dnia zostawiłam go w łóżku cierpiącego, pełnego bólu i wyrzutów sumienia. Wracałam z mocno bijącym sercem, szybkim rytmem pulsującej w skroniach krwi, czerwona jak diabeł. Zastałam drzwi zamknięte. Do końca dnia błąkałam się po parku, trochę siedziałam na ławce pod blokiem, ale uciekłam stamtąd przed przekrwionymi spojrzeniami klientów meliny nad moim mieszkaniem. Płakałam pod mostem. Ale miałam szczęście: tego dnia mój mąż marnotrawny wrócił wieczorem. Sama jestem sobie winna, bo przecież nie sądził, że wyszłam z mieszkania bez kluczy?

Tym razem miałam klucze, ale jego w domu nie było. Nie poszłam do pracy, tylko na policję. Zaprowadzono mnie do dużego pokoju ze skrzypiącą podłogą, zastawionego teczkami. Pachniało tam jak w bibliotece. Zgłoszenie przyjmował policjant, który mnie trochę onieśmielał. Był jak z obrazka. Uświadomiłam sobie, że nie mam makijażu, włożyłam starą, brązową, pogniecioną bluzkę, że kurczowo trzymam między nogami mokrą parasolkę, która i tak nie uchroniła mnie przed zmoczeniem spodni do kolan. A z sandałów wyglądały pazury z obdartym lakierem. Jak u żuliczek pod sklepem. Muskularny funkcjonariusz z przypiętą u boku pustą kaburą, w białym T-shircie i dżinsach przyglądał mi się chyba z politowaniem. Tłumaczył, że nie powinnam się zamartwiać. Najpewniej mąż śpi gdzieś u znajomych. Oczywiście zgłoszenie przyjmie, ale nie powinnam podchodzić do tego tak poważnie. Wie, że jest mu łatwo mówić, ale z jego doświadczenia wynika, że większość takich "zaginięć" to jakaś pijacka eskapada. Wiedziałam, że pewnie ma rację. Chciałam opluć te jego litościwe czarne oczy i walnąć z całej siły w pretensjonalny kaloryfer na brzuchu. Co ty możesz wiedzieć, pięknisiu? Zacisnęłam jednak zęby, dumnie wyszłam, strzepując deszcz z parasolki na podłogę.

Wracając, znów po cichu wierzyłam, że będzie. Ale nie. W mieszkaniu cisza i wiszący w powietrzu dym z papierosów. Zszarzała firanka, skrzypiące drzwi do kuchni, kapiąca woda w łazience. Kiedy rozczarowanie zdążyło mnie już obezwładnić po raz nie wiadomo który, on przyszedł. Jakby nigdy nic. "Cześć" - rzucił jak mokrą szmatę. Zamarłam z papierosem w żółtych palcach. W milczeniu obserwowałam, jak ładuje do lodówki dwa piwa w plastikowych butelkach, jak zapala papierosa i nie zdejmując mokrych sandałów, siada naprzeciwko przy stole. "O co ci znowu chodzi?".

Nie pamiętam, co właściwie wtedy zrobiłam. Ocknęłam się na ulicy, w drodze na policję, by odwołać zgłoszenie. Myślałam już tylko o tym, że ten wyrzeźbiony chłopaczek za biurkiem będzie miał kolejny dowód na potwierdzenie swojej mądrej teorii. Na szczęście nie musiałam się z nim spotykać, w okienku na dole wypełniłam jakiś formularz, który podał mi bez słowa starszy, gruby i wąsaty policjant w mundurze. Nawet na mnie przy tym nie spojrzał.

Spał, gdy przyszłam. Swoim zwyczajem w ubraniu i - sądząc po zapachu i stanie jego włosów - bez mycia. Odejściem od rutyny były mokre plamy na podłodze i samym łóżku. Kiedyś postawiłam mu ultimatum, że albo się umyje, albo nie ma wstępu do łóżka w takim stanie. Położył się na podłodze.

Obudziłam go. To nie było nigdy łatwe, zaczęłam szarpać jego ramiona z całej siły, w końcu wymierzyłam mu policzek. Pierwszy raz w życiu zrobiłam coś takiego. Wewnętrzna strona dłoni zapiekła. On z fuczeniem, wzdychaniem, pomrukiwaniem wiercił się po łóżku. Poleciały soczyste wyrazy. Z obu stron. Miałam ich wiele w zanadrzu. Przez całe dwa dni pączkowały we mnie i w końcu nie udało mi się ich dłużej w sobie utrzymać. Już nie zwracałam uwagi na to, że mogą mnie słyszeć sąsiedzi. Jakie to ma znaczenie? Oni regularnie takie rozmowy przeprowadzają. Jedna z podobnych dyskusji w mieszkaniu po lewej zakończyła się śmiercią konkubiny starszego pana. On zdołał przekonać policję, że miała atak padaczki z pijaństwa i dlatego sama biła głową o szafę i podłogę. Pomyślałam o niej wtedy. Ciekawe, czy było jej łatwiej, bo miała znieczulające promile krążące we krwi? Może i ja powinnam zacząć leczyć się tak samo?

Nie wiem, jak to się stało, że zaczęłam go bić. Pięściami. Wiem tylko, że znów tłumaczył mi, że to ja jestem winna temu, co się dzieje. Przecież wiedziałam, że on jest niebieskim ptakiem, że nie będzie pracować na komendę, musi żyć, musi spotykać się z ludźmi. Właśnie poznał fascynującego rzeźbiarza. Biedny facet, żona zmusiła go do pójścia do roboty i teraz pije sfrustrowany, bo nie mógł rzeźbić i realizować swojego powołania. A ona i tak go zostawiła! Życie wypełnione tylko pracą jest bez sensu! On nie będzie całych dni spędzał, harując za marne grosze. Poza tym to ja wyjechałam, nie chciałam zrezygnować z pracy, mimo że rozłąka nas wyniszczała, moje wyjazdy niszczyły nas oboje. A kiedy wróciłam, było już za późno. I co z tego, że stawiam jakieś głupie warunki: albo picie, albo małżeństwo! Kiedy się kocha naprawdę, nie stawia się takiego ultimatum! A przecież on pije, bo lubi! Bo chce zapomnieć, że ten świat jest źle poukładany, że nie umie znaleźć w nim miejsca dla siebie! I dlatego, że jego własna żona nie chce go zrozumieć, tylko posuwa się do szantażu! A tak poza tym, to on po piwie pracuje lepiej niż niejeden, co tylko wodę pije!

Biłam go bardzo niezdarnie. Po babsku - pięściami, ale jakoś ledwo zaciśniętymi. Po ramionach, piersiach. Obronił się łatwo, złapał mnie za przeguby i wykręcił. Zabolało. To mnie trochę otrzeźwiło. Boże! Biję się ze swoim pijanym mężem! Który poszedł na dwa dni z jakimiś punkami na imprezę, spał w namiocie z obcymi laskami, chlał, ćpał i wydawał moje pieniądze (zwinął mi stówkę z portfela, kiedy spałam). Stałam się bohaterką reportażu o patologiach. Żoną alkoholika. Powiedział mi: to koniec. Znajdziesz sobie jakiegoś prawnika, biznesmena, który będzie zarabiał dla ciebie pieniądze. Może się kiedyś spotkamy na ulicy? Pomacham do ciebie wtedy i ci to przypomnę?

 

Ale to wcale nie był koniec.

- Mogę się dosiąść? - przerwałam rozpamiętywanie i zaspanym wzrokiem spojrzałam w stronę kobiety, która przyglądała mi się z siedzenia naprzeciwko. Usiadła obok mnie, nie czekając na odpowiedź.

- To ważne, żebyś wytrwała w tym, co postanowiłaś - powiedziała. To była jedna z dziewczyn, które widziałam na spotkaniu. - Musisz tylko regularnie przychodzić na spotkania. Kto cię wprowadził?

- Nikt. Sama przyszłam.

Opowiedziałam jej, jak napisałam o swojej sytuacji na internetowym forum dla współuzależnionych. To oni mi kazali pójść na Al-Anon i namówili, żebym go wywaliła z domu. Tydzień później na spotkaniu już słuchałam o bijatykach w domu. Opowiedziałam, jak wstrząsnęły mną opowieści o dzieciach chowających się pod stołem. O pożarze od pijanego papierosa. O zbieraniu rzygowin z korytarza. O wyciąganiu pijaka z kałuży pod blokiem. O życiu w poczuciu wstydu i porażki.

Czytaj dalej...

3
123rf.com 123rf.com

Drugie miejsce: Strzyżenia - czyli o przemijaniu.

Strzyżenie pierwsze.

Nasze życie polega na nieustannych nowościach. W jakiś sposób możemy być na nie przygotowani. Kiedy jednak dowiadujesz się, że bliska ci osoba jest chora, bardzo poważnie chora, nie ma mowy o jakimkolwiek przygotowaniu. Zostajesz początkowo sam z tą wiadomością. Zaczynasz ją "trawić" w sobie. Wewnętrzny głos ustala z mózgiem mantrę: będzie dobrze, jakoś to będzie, jakoś musi być. Wielka szkoda, że już w tym czasie nie starasz się odpowiedzieć na pytanie jak? O tym jednak potem. Choroba, która zabiera życie z mojego ojca jest najsubtelniejszym ze wszystkich zabójców. Może latami pozostawać niewykryta, nie zawsze daje o sobie znać poprzez objawy. Zwykło się mówić, że to choroba naszych czasów. Ja sądzę, że chorobą naszych czasów jest chciwość. Tu jednak zauważam pewną płaszczyznę, obszar wspólny - rak jest niepomiernie chciwy. Zrobi wszystko, by zawładnąć każdą komórką twojego organizmu. I nie zadowoli się tylko ciałem swojego żywiciela, pragnie zdobyć, zawładnąć, całe jestestwo chorego. Rak nie śpi i nie pozwala zasnąć. Rak je i musi być odżywiany. Chyba wolę go sobie wyobrażać jako rzeczne zwierzę przemieszczające się arteriami organizmu. Rak się rozmnaża i może dać przerzuty. Rak zabija i może zostać zniszczony. Dowiedziałem się jako pierwszy i miałem nadzieję, że poradzę sobie, dam radę. Jeszcze tego wieczoru się upiłem, tańcząc przy zbyt głośnej muzyce, miałem w głowie tylko rytmiczne: Twój ta-to ma ra-ka. Tatomaraka. Brzmi jak słowo z wiersza Białoszewskiego. Po wielu badaniach, rodzinnych ''podtrzymywaniach'' i operacji powinno być dobrze. Przed zabiegiem miało miejsce zdarzenie, które do końca życia będę na nowo odtwarzał w pamięci.

 

- Jak ja pójdę taki zarośnięty na zabieg? Musisz mnie obciąć, tylko nie za krótko, bo mogą mi potem wypaść włosy.

-Głupoty gadasz, nic ci nie wypadnie, trochę podetniemy i wyrównamy baczki.

 

Włosy były normalne, koloru moich własnych ? blond. Jako pan po pięćdziesiątce mój tato może się pochwalić włosami dwudziestolatka, ani śladu siwizny. Cały zabieg odbył się w kuchni na taborecie. Wszystko przebiegło, jak potem w czasie operacji w szpitalu, bez zakłóceń. Po około czterdziestu minutach skończyłem. W ten oto sposób zostałem onkofryzjerem mojego taty. Zawsze goliłem go maszynką, bo tak było szybciej i wygodniej, ale zacząłem uczyć się obcinać górę głowy nożyczkami. Za krótkie nie mogą być. Wyszło względnie dobrze. Bez tak zwanych ''schodów''. Jedyne stopnie jakie pozostały, to te w mojej głowie. Stopnie regulujące relację ojciec-syn. Stopnie pogrążające mnie w żałobie po żywym człowieku, i chyba jeszcze te które prowadziły tatę do kolejnych pokoi samotności. Każdy z nich przybliżał najlepszą przyjaciółkę raka - depresję. Wtedy jednak nikt nie chciał mnie słuchać. Ja z kolei wolałem się wycofać. Troszczyć się o niego, ale jednocześnie się usprawiedliwiać pracą, studiami, ogólnym nadmiarem zajęć.

Strzyżenie drugie.

Oswajamy się z nowościami. Stają się częścią codzienności. Po pewnym czasie są w naszej świadomości i tylko nieznaczne ukłucia przypominania wywołują niewielki dreszczyk podniecenia, który szybko mija. Jesteśmy częścią konsumpcyjnego społeczeństwa, w którym mam wrażenie, żyje się za szybko. Nieustanne materialne priorytety nie pozwalają nawet spokojnie zasnąć. Tak zwane ''załatwienia''. Całe mnóstwo rzeczy, do których jesteśmy zobligowani. Nie ma mowy o zatrzymaniu, momencie konsternacji. Taka chwila grozi wykluczeniem z obiegu, obiegu pieniędzy, kariery, spełnienia zawodowego, które podobno pociąga za sobą udane i szczęśliwe życie. Choroba też sprawia, że zostajesz wykluczony. Nie jesteś już dłużej zdrowy ani przed sobą, ani przed innymi. Jesteś jednocześnie jednostką ''dotkniętą'' i ''wybraną''. Wbrew pozorom niewiele od ciebie zależy. Mówi się o motywacji do walki z rakiem. O pozytywnym myśleniu. Polecam porozmawiać z kimś kto  żyje z tą chorobą albo na nią umiera. Niewiele będzie tego dobrego. Oczywiście niektórzy godzą się z myślą o czasie jaki im pozostał i postanawiają go jak najlepiej wykorzystać.  Mój tato chyba zapomniał o takim ''wykorzystaniu'', zajęła go walka z chorobą z całych sił. Zdaje mi się teraz, że może on zatrzymał włosy na głowie sią woli po chemioterapii.

 

- Musisz mnie obciąć dzisiaj, jak już jesteś, popatrz jak mi odrosły.

- Faktycznie trzeba podciąć, ?zarosłeś? tato.

 

Były takie jak zawsze, zmoczone przed ścięciem. Tego samego koloru, na tej samej głowie, która tylko pozornie była niezmieniona. Maszynka, boki, blat, grzebień, nożyczki, grzebień, nożyczki, blat, maszynka. I wszystko jak nowe. Inny człowiek. Oczy niebieskie. Jeszcze wyraźne i ''rozumne''. Kamuflaż to jeden z forteli raka. Wszystko się ułoży ? pomyślałem, już po dwóch chemiach i jest dobrze. Tato je, tato śpi, tato myśli, tato będzie żył. Może i tylko kilka lat, ale przecież to tysiące dni, spotkań, miliony chwil.

 

- Gotowe, idź zobaczyć do łazienki czy jest ''ok''.

- No dobrze jest, dzięki.

- Ale tu z tyłu może bym jeszcze poprawił, czekaj, czekaj...

 

''Latające nożyczki'' i pojedyncze, niedocięte włosy zniknęły. Fryzura była wtedy wyregulowana. Boję się tylko, że ja i tata jakoś tamtymi czasy byliśmy ''niewyregulowani'' nawzajem:

 

- Będzie dobrze!

- Wiem.

- Naprawdę będzie. Patrz jakie masz wyniki, super jest!

- No wyniki mam dobre.

 

Podziwiam ojca, że się nie ''porzygał'' tymi wszystkimi dobrami, ''będzieniami'', samopoczuciami, lekarzami, wizytami. Schudł troszkę, ale dużo jadł. Dużo i zdrowo. Specjalny cukier, świeże soki, żadnych niezdrowych produktów. Przestał nawet palić. Ale tego rak już nie potrzebował. Znalazł sobie lepsze pożywki. I był nienajedzony. Powoli i dyskretnie przygotowywał inwazję. Jako ''wojska rodzinne'' byliśmy w tej walce bez szans. Bo było to jak się potem okazało starcie dobrego słowa, wiary i miłości z nieprzewidywalnym, bezlitosnym i wyrachowanym przeciwnikiem.

Strzyżenie trzecie.

 

Powtarzalne czynności dają poczucie stabilności życiowej. To właśnie uczucie kiedy wybierasz się do fryzjera. Coś zmienisz. Może nie za wiele, ale zrobisz coś dla siebie. Zadbasz nie tylko o wygląd, ale nawet o własne samopoczucie. W naszym życiu potrzebujemy ''punktów odbicia'', tak bym je chyba nazwał. Momentów przynoszących radość, samozadowolenie, takich dzięki którym przez chwile mamy na sobie różowe okulary. Nieważne co się potem stanie. Znowu spotka nas coś pozytywnego. Kiedy wiesz, że umierasz, jest dosyć ciężko znaleźć wspomniane wyżej punkty. Istnieje możliwość, że choroba ''zabetonuje'' twoje stopy na dole i nie pozwoli odetchnąć ''kolorowym powietrzem''. Komuś, kto nie jest w takiej sytuacji niezwykle trudno zrozumieć to zjawisko. Nie tylko sam chory cierpi w takich okolicznościach. Im dłużej trwa choroba tym bardziej bliscy stają się opleceni łańcuszkiem zmartwień, który ewoluuje z czasem w łańcuch przytwierdzenia. Mam wrażenie, że lekarze i inni specjaliści często tylko schodzą ''na dół'' by kontrolować sytuację, która przecież i bez jakiejkolwiek kontroli nie jest dobra. Kiedy rokowania słabną może się zdarzyć, że żaden z nich nie będzie chciał już zejść do chorego a jedyne co zrobi to rozłoży ręce.

 

- Mamo! Co się dzieje? Dlaczego tato przerwał chemioterapię?

- Jego to strasznie boli, kręgosłup i wszystko inne. On nie śpi w nocy, nie może spać.

 

Z tatą jest gorzej. Lekarze wstrzymują wcześniej zaleconą chemię. Obraz taty staje się dla mnie ''mechaniczny''. Po dwóch tygodniach nieobecności w domu prawie go nie poznałem. Bardzo chudy. Blady. Ubrania stały się za duże. Mimo tego wszystkiego witam się z nim i wtedy widzę oczy. Zupełnie pozbawione światła. Błękitne, niebezpiecznie pięknie. Zapadnięte, ale piękne. Kroki wolniejsze. Głos pozbawiony znajomej barwy, zachrypnięty.

 

- Musisz mnie ostrzyc.

- Dobrze tato, jutro ''na spokojnie''.

- No to dobra.

 

Nazajutrz go obciąłem, ale zupełnie nie byłem spokojny. Nic już nie było ''na spokojnie''. Ręce mi się trzęsły. Oczy były skupione na prawie niezauważalnych ubytkach włosów, których nie chciałem zobaczyć. Ciało taty stało się na niego za duże. Choroba była ''zbyt duża''. Kiedy odjeżdżałem do Krakowa miałem to dziwne wrażenie, że wszystko może wcale ?nie być dobrze?. Najlepiej pamiętam noc gdy czytałem mu nowele Prusa. On nie spał. Jak się dowiedziałem od bardzo wielu tygodni nie sypiał. Mówił, że niepotrzebnie, ale ja chciałem mu czytać, i wiedziałem, że muszę.  Jestem pewien, że na chwilę zasnął, a nawet jeśli tylko udawał to zrobił to bo mnie kochał. Wiedział, że się martwiłem. Potem pamiętam, już tylko telefon, że tato nas opuszcza, że jest w szpitalu, ale jest z nim mama i siostra. I przeklinam bezsilność człowieka wobec przestrzeni. Bo byłem tutaj i nie zdążyłem do niego pojechać. Zbyt wielu rzeczy z nim nie zdążyłem. Nie powiedziałem mu, że go kocham i że nie chcę i nie pozwolę, żeby umarł. Nie zdążyłem mu powiedzieć, że mam w głowie jasne wspomnienia o spacerach z nim w lesie i że pamiętam jak robił mi budki dla ptaków. I teraz tylko gdy wychodząc do pracy wiążę krawat, wiem że on mnie tego nauczył. Nauczył mnie też, że dla osób które się kocha poświęca się wszystko. Bo to on ostatniej nocy przed śmiercią prosił swojego ''współchorego'' by do niego mówił i nie pozwolił mu zasnąć. Nie oddał się śmierci bo chciał zobaczyć mamę. Może mnie też chciał zobaczyć. Pamiętam jeszcze jak wyglądał w trumnie i pomyślałem sobie, że dobrze mu ułożyli włosy a ja je dobrze obciąłem.

4
123rf.com 123rf.com

Drugie miejsce: Moja droga

Jesteś na dobrej drodze, powiedział GPS.

Jesteśmy na dobrej drodze do tego, żeby się rozwalić. Nie jedź tak szybko, powiedział mąż.

 

Minęliśmy Brzesko.

 

Minęła połowa wakacji.

 

Mijają najlepsze lata życia, a my wciąż w drodze.

 

Mijamy Opla Merivę, takiego jakiego kiedyś chcieliśmy mieć.

 

Pięć godzin temu jedliśmy obiad na werandzie naszego letniego domu nad jeziorem. Leniwy obiad - kalafior z bułką tartą i jajka sadzone. Szkoda nam było ostatniego dnia na stanie przy kuchni. Szkoda czasu - tak, jak gdybyśmy wiedzieli, że już niedługo zatrzyma się dla nas na kilka arcytrudnych minut. Szkoda życia. Szkoda, że nie naleśniki - mówią dzieci. Szkoda całkowita - orzeknie miesiąc później ubezpieczyciel po oględzinach naszego samochodu, a raczej tego, co z niego zostało.

 

Trzy godziny temu przeszła gigantyczna burza. Zamknęliśmy już okiennice, więc kolejną, nieplanowaną kawę piliśmy w ciemnym pokoju, który przez ostatnie dni służył nam jednocześnie za jadalnię i pokój zabaw dla naszych dzieci. Bez mleka, bo szkoda otwierać nowy karton dla ostatniej kawy.

 

A gdybyśmy wiedzieli, że to ostatnia kawa w naszym życiu? Czy odmówilibyśmy sobie mleka? Czy zamykalibyśmy te cholerne okiennice, do których tak ciężko się dostać - trzeba po drabinie, a drabina jest w drewutni, bo wiadomo - dzieciaki, i gdzie ta kłódka, nie, to nie ta, nie wrzeszcz na mnie, nie popędzaj. Czy popędzałabym, gdybym wiedziała, do czego mi spieszno?

 

Jestem Maja, mam 35 lat. Mam męża i dwie córki. Co roku spędzam tydzień wakacji z koleżankami i dzieciakami w domu nad jeziorem. Nie daleko, tylko 100 kilometrów od Krakowa, gdzie mieszkamy, a połowę tej drogi pokonuje się nową autostradą.

 

Jestem Maja, jestem niedoszłą dzieciobójczynią, samobójczynią, morderczynią męża i przypadkowych podróżnych. Muszę tak o sobie myśleć, powtarzam sobie, by do mnie dotarło, co się stało. By mnie dość otarło, gdyż otarliśmy się o śmierć. Dotarliśmy się na śmierć. Dotarłeś do celu - mówi czasem nasz GPS. Ale nie tym razem.

 

Jestem Maja, przy prędkości 140 kilometrów na godzinę, wioząc całą rodzinę w drodze z krótkich wakacji wjechałam w barierkę na autostradzie. Nie wiem dlaczego, ale chyba chciałam dokądś zdążyć. Lecz dziwna rzecz, to, co było tak ważne, by pędzić ku śmierci, teraz całkiem wyleciało z mej pamięci.

 

Moja droga była w tym momencie prosta, choć zbliżał się zakręt.

Moja droga, jakie wnioski wyciągnęłaś z tego wypadku? - spyta mnie ni z tego ni z owego trzy tygodnie później teść podczas spaceru po lesie. Nie będę wiedziała co mu odpowiedzieć.

Moja droga nie skończyła się tamtego dnia, choć tak niewiele brakowało.

Kilka godzin później, już w szpitalu, będę patrzeć na moją córeczkę, która ma najpiękniejsze piegi na świecie, a tego lata ma ich szczególnie dużo, bo biega cały czas po polu, a lato rozpieszcza nas słońcem. Moja droga, pomyślę sobie. Moja najdroższa.

5
123rf.com 123rf.com

Trzecie miejsce: Znaki szczególne

-Znaki szczególne?

-Brak. B.R.A.K.- piszę wyraźnie. Bo przecież brak.

-Brak?- przedziera się przez okienko.

Kiwam z przekonaniem głową.

-Przecież widzę, że brak. Nie szczególnych. Nie znaków. Rąk brak. Rąk BRAK.

I już każdy interesant patrzy na mnie. Każdy porzucił swoje myśli. Wypełnianie formularzy. Szeptane plotki. Każdy z nich patrzy i ich nie widzi. Bo BRAK. Ja też patrzę. Faktycznie. Nie mam. Nigdy nie miałam. Nic szczególnego. Na pewno nie ''znak szczególny''. I na pewno nie ''zniekształcenie obu dłoni'', co- w dziwnie rozumianej życzliwości- dyktuje mi uprzejmie urzędniczka.  Będę to miała wpisane w dowód osobisty. Chciałam go mieć. Jak każdy dorosły. Chciałam go okazywać na żądanie, podawać numer i serię i organ wystawiający. Już nie chcę. Chcę zniknąć bez tego dowodu, znaleźć się tam, gdzie, być może, są i moje dłonie.  Ale nie znikam?

 

-Ja biorę lewą, ty prawą!

-Nie! Ja prawą, ty lewą! Ja, ja!

Chodzę za ręce z koleżankami.  Mam pomalowane paznokcie. Z prawej strony 3, z lewej 1. Im nikt nie maluje, chociaż mają po 5 w każdej dłoni. No i jeszcze stopy, ale tych nie widać, mamy buty i skarpetki. Zwłaszcza ja zawsze mam, za kostkę. Cieszę się, że nie wcisnęli mnie na siłę w ortopedyczne. Mam adidasy na rzepy, przywiezione z zagranicy. Każdy by takie chciał. Ja bym chciała sandałki, albo nawet klapki. Nie mogę. Mogę za to chodzić do zwykłej szkoły. Dopiero dużo później do mnie dotarło, jakie to było ważne.

 

-Dzień dobry! Mam z panem jazdę- wsiadam z pewną miną do malucha z ''L'' na dachu. Cieszę się, jeździłam z tatą, wiem, jaka to frajda. Poza tym to profesjonalny ośrodek szkoleń, ''dla inwalidów''- jak dumnie anonsują. Nie chcę być  inwalidą.

-Pani? Pani chce prowadzić samochód? Niech no pani to pokaże!

Pokazuję. ''To'' okazuje się zdaniem pana niewystarczające do robienia czegokolwiek. Nie wie, co i jak mogę ''tym'' zrobić dużo później mojemu narzeczonemu. Nie potrafię dyskutować. Tłumię szloch i nawet w domu z trudem potrafię wytłumaczyć, co się stało. Interweniuje tata. Mam innego instruktora. Jeżdżę. Zdaję. Za 5 lat mam powtórzyć badania. Jakie to optymistyczne! Bo może ''coś'' mi jednak urośnie. Lekarz się śmieje razem ze mną. Bo już potrafię. Daje mi zaświadczenie bezterminowe.

 

Jestem niedobrym dzieckiem. Nastolatką raczej. Jakbym wiedziała, że kiedyś będę musiała wypełnić rubrykę ''znaki szczególne'' zniekształceniem obu dłoni. Robię wiele, by mieć całkiem inne znaki. Albo wręcz, żeby nie mieć dowodu. Żeby nie być wtedy wcale. Chyba myślę, że coś może przyćmić niepełnosprawność. Głupia. Ale im się jakoś chce walczyć. Zawsze się chciało i zawsze będzie. Nie wiem, jak to jest mieć dziecko. Najpewniej tak, że jest się po jego stronie od początku do końca. Nawet jeśli to nie jest ani łatwe, ani przyjemne. Mam nadzieję też być taka. Kiedyś. O ile nie będzie za późno.

Ona się pojawiła, jak miałam 6 lat. Jak to jest powołać do życia kogoś, kogo zadaniem jest dozgonna opieka nad  starszym rodzeństwem? Jak to jest nie wiedzieć o tym? Bywało ciężko, jest lekko. Bywało trudno, jest łatwo. A opieka? Opieką jest wiedzieć, że ona jest. Moja młodsza siostra. Najlepsza.

Chcę być z kimś. Ale nie umiem. Jestem wymagająca i samolubna. Po pewnym czasie sprawdzam, na ile sobie mogę pozwolić. Na dużo, bo to ja jestem ta silna, podziwiana i kochana. Nudy. Wybucham śmiechem, kiedy chłopak wyznaje mi uczucia. Bo nie sam. Bo z ptakiem, który akurat wtedy postanowił narobić mu na ramię. Samemu jest dość fajnie. Mam przyjaciółki, no i mam zwierzęta. Różne. Też bardzo dziwne. Takie do wpisywania jako znaki szczególne.

Chcę być weterynarzem. Ale niby jak będę robić zastrzyki i operować? Chcę być zootechnikiem. Nie chcę mieć praktyk w rzeźni. Chcę być hipoterapeutą. Studiuję pedagogikę terapeutyczną i kończę  kurs. Pracuję. Lubię to. Pacjenci też mnie lubią. Myślę, że to dla nich bardzo ważne, taka terapia akurat ze mną. Z kimś z ich bajki. Komu się jakoś tam udało. A dla mnie? Powoli, powoli wysuwam ręce z kieszeni. Podwijam rękawy. Pokazuję, tłumaczę. Przecież każdy chce wiedzieć.

W czasie studiów mam praktyki w przedszkolu. Integracyjnym, żeby było łatwiej. Mnie. Pani przedszkolanka, chcąc opanować niesforne dziecko, krzyczy, że za karę spotka je to, co mnie. Teraz umiałabym zareagować.

Szkoda, że misja jest misją, a życie życiem.  Idę pracować do biura. Staram się. Dobrze mi idzie. Nudno. Nudno jest w  zakładzie pracy chronionej. Nie chcę być chroniona. Szukam. Po pewnym czasie usuwam z CV linijkę o niepełnosprawności. Chodzę na rozmowy. I rozmawiam. Jest miło. Dla mnie. Dla nich nieco niezręcznie. Wciąż jestem onieśmielona podając rękę.  Kolejny zakład pracy chronionej,  jakby mniej chroniony. Jest fajnie. Sprawdzam się, mam dużo okazji do kontaktów z klientami. Telefonicznych. Lubię to, umiem rozmawiać. Rozmawiam 10 lat.

Ale w czasie każdej rozmowy słyszę je gdzieś w oddali. Widzę ich cienie pod przymkniętymi powiekami. Są ze mną od dziecka. Najpierw tylko w głowie. Potem sporadycznie naprawdę. ''Na płaskiej dłoni!''- beszta góral, gdy chcę dać kostkę cukru prosto w ten miękki, ciepły pysk. Ale one wiedzą. Grube wargi delikatnie dotykają mojej skóry. Nie robią mi krzywdy. Nigdy.  Zaczynam jeździć jako dziecko. Nikt nie słyszał o hipoterapii. Nikt nie słyszał o parasporcie. Nie mam jeszcze specjalnych wodzy, ale jakoś sobie radzę. Najważniejsza godzina w tygodniu. Każde wakacje. I wreszcie, po wielu, wielu marzeniach, koń. MÓJ. Robi się poważniej. Robi się tak, że pracując z nimi, mam drugą pensję. Na szczęście, bo zakład pracy chronionej chroni też siebie przed wydawaniem zbyt dużo na pracowników. Zaczynam startować. Idzie różnie, czasem bardzo dobrze. Najważniejsze dla mnie są wygrane z tymi, którym niczego nie brakuje. Mam uczniów. Jeżdżę na zawody, nawet na te największe. Jestem szczęśliwa. Tym bardziej, że mam też jego. Nie jeździ, ale pracuje z końmi. Nikt nie opiekuje się nimi lepiej. Nikt nie opiekuje się lepiej mną. Nikt też aż tak nie rozumie, że są one, potem ja,  a potem cała reszta. Uczę się odwracać kolejność tych dwu ostatnich. Wciąż się uczę. Nie jestem księżniczką. Jestem normalną babką. Wreszcie.

Chcę to robić na cały etat, nie tylko po godzinach. Czegoś mi brakuje. Może dłoni. A może to ludziom czegoś brakuje, czegoś, co pozwoliłoby im uwierzyć, że mogę. Zaczynam szukać zagranicą, zwłaszcza, że on wyjechał. Też nie wierzą. Ta, która wierzy, potrzebuje niby córki, niby wyrobnika. Miks nie do udźwignięcia na dłuższą metę. Matkę mam, wyrobnikiem być nie chcę. Dalej szukamy razem. Znajdujemy. Raj na ziemi, tyle, że do kraju daleko. A raczej do ludzi. Tych najważniejszych i tych ważnych.

Nie wiem, co będzie dalej, ale wiem, że mam szczęście. Że tego akurat mi nie brak. Szkoda, że w nowych dowodach nie ma odpowiedniej rubryki.

6
123rf.com 123rf.com

Trzecie miejsce: Tata i Łodyga Fasoli

Wrzesień

To może być ostatnia wielka przygoda ojca.

Lekarze zajmują się nim niechętnie, bo we krwi ma 2,6 promila alkoholu. Czuję na sobie oskarżycielskie spojrzenia personelu. Czy myślą, że pozwoliłam ojcu spaść ze schodów? Czy też, że pozwoliłam mu pić?

O wypadku poinformowała sąsiadka, która odkryła tatę, leżącego na korytarzu

w kałuży krwi. Tak właśnie powiedziała przez telefon. ''Pani ojciec leży na korytarzu

w kałuży krwi''.

Aby zszyć ranę na głowie, lekarze muszą przypiąć go do łóżka pasami. Wyrywa się, bardzo żywotnie przebiera nogami i powtarza pod nosem niezbyt zrozumiałe przekleństwa.

Trzydzieści parę lat temu, jeszcze przed moimi narodzinami, wydarzyła się podobna historia. Wtedy, podczas jednej z nasiadówek ze znajomymi, jeden z nich postanowił za pomocą szklanki przemodelować tacie twarz. Sukces osiągnął.

Oczami wyobraźni widzę ojca, jadącego na łóżku w kierunku sali szpitalnej z nosem zwisającym na wąskim paśmie skóry, śpiewającego wniebogłosy: ''My, pierwsza brygada''. To jedna z rodzinnych legend. Ojciec ? bohater, nieulękle stawiający czoła najcięższym sytuacjom.

Tym razem głęboka rana na głowie. Nie tak spektakularne obrażenie, ale również całkiem dramatyczne.

Po operacji łóżko z ojcem zostaje wystawione na korytarz. Wszystkie sale są przepełnione. Jesteśmy na samym środku korytarza, pod filarem, a wokół kłębią się czekający w kolejce interwencyjni pacjenci. Przyglądają się nam z braku lepszego zajęcia.

- Ce do kiiibla - mamrocze ojciec, usiłując wstać, ale pasy są dobrze zapięte.

- Tato, masz założony cewnik - tłumaczę mu cicho.

- Ce do kibla! - upiera się.

Ignoruje informację o cewniku i pasy ciągnące go w dół. Gramoli się niezgrabnie

i znów opada na materac. Zupełnie jak żuk.

Czy te trzydzieści lat wcześniej mojemu bratu było podobnie nie do śmiechu? Wtedy to on musiał spędzić noc w szpitalu. ''My, pierwsza brygada''w wykonaniu ojca nie poprawiła mu chyba samopoczucia.

Niedługo okaże się, że tato więcej nie zaśpiewa, ale w tym momencie, na korytarzu przy szpitalnym łóżku, wciąż jeszcze mam nadzieję, że wszystko będzie dobrze. Nie dzwonię do nikogo. Do brata nie, bo on przeżył już wystarczająco dużo z tatą. Do mojego chłopaka nie, bo?

Właściwie dlaczego nie dzwonię do Piotra?...

Grudzień

Zmiany w mózgu ojca posuwają się w zastraszającym tempie. O ile jednak wcześniej jeszcze zdarzało mu się prowadzić logiczne rozmowy, wrześniowy wypadek przesądził

o wszystkim. Ojciec ledwo chodzi, nie ma siły dojść sam do toalety i utrzymać w rękach kubka z herbatą. Leży głównie i płacze. Nikt nie potrafi powiedzieć, w jakim stopniu  jest świadomy tego, co się z nim dzieje.

Przychodząca codziennie opiekunka zmienia tacie pampersy, karmi go. Ja też to robię. Na początku ze wstydem, ale szybko nagi ojciec zaczyna przypominać mi dużego, potrzebującego opieki bobasa.

Jego oczy, zasnute mgłą niezrozumienia, bardzo przypominają oczy niemowlęcia.

A może to wszystko tylko gra? Może udaje?

Nabieranie innych kobiet, przychodziło mu zawsze bez trudu. Z radością brały go pod swoje skrzydła - zarówno matka, jak i całe rzesze innych pań, poznanych na wyjazdach

i w sanatoriach. Wszystkie dbały o niego z poświęceniem, kupowały ubrania, pilnowały, żeby jadł śniadanie, obiad i kolację o odpowiedniej porze, prały jego ciuchy, szykowały kąpiele. Łatwo dawały się wkręcić, bo był przystojny. I zabawny.

Obiecywałam sobie zawsze, że nigdy nie będę tak głupia jak kochanki ojca. Nie dam się wmanewrować w niesprawiedliwy układ. Mój chłopak jest przystojny i zabawny, ale nie trzeba wokół niego skakać, świetnie radzi sobie sam. Ubiera się elegancko i modnie. Swoje mieszkanie urządził po męsku, w minimalistycznym stylu - biel i brąz. Jest bardzo punktualny i lubi podróże.

A jednak Piotr został przeze mnie ostatnio zaniedbany... Spędzamy mało czasu razem. W ciągu dnia jestem w pracy, a wieczorem muszę być przy tacie.

Marzec

Prowadzę ojca do łazienki i pomagam mu wejść pod prysznic. To trudne zadanie. Ojciec musi pokonać wysoki, kamienny próg. Przekłada jedną nogę i trzymając się mnie kurczowo, próbuje przełożyć drugą. Za każdym razem nieźle się przy tym zasapiemy.

Teraz ojciec trzęsie się, chociaż wcale nie jest zimno. Odkręcam wodę, reguluję temperaturę, sprawdzając dłonią czy woda dość ciepła. Potem rozpoczynam procedurę polewania taty, mycia mu włosów, torsu, ramion, na co cierpliwie pozwala. Czasami podaję mu gąbkę i proszę, żeby sam umysł się ''z przodu'', ale w żaden sposób nie będzie w stanie umyć sobie dobrze pupy. Muszę wcisnąć gąbkę między pośladki, starając się zrobić to jak najdokładniej i wydobyć wszystko, co zgromadziło się tam w ciągu dnia lub nocy.

Gdy ojciec, już wysuszony, w czystej pieluszce, ubrany w świeżą piżamę, siedzi na łóżku w wysprzątanym pokoju, odczuwam głębokie zadowolenie i spokój. Lubię myśleć, że on też.

*

Popsuła się pralka, więc wczoraj musiałam uprać piżamy taty u Piotra. W jego ultra-czystej łazience.

- Dlaczego pierzesz to tutaj? - zapytał.

Ćwiczy ostatnio często na siłowni i wygląda naprawdę wspaniale. Ja chyba trochę się zaniedbałam. Nawet nie chodzi o wygląd, bo noszę ładne rzeczy, co dzień robię makijaż.

Problemem jest moje wnętrze.

Mam w środku coś zepsutego, gnijącego. Dzięki lekom przestała mi ?chodzić? klatka piersiowa. Na szczęście, bo budziłam się w nocy z wrażeniem, że między żebrami zagnieździło się stado myszy, urządzających tam swoje harce.

Jako dziecko zawsze martwiłam się, że moja mama umrze. Budziłam się w nocy

z ciężkiego snu i biegłam do pokoju sprawdzić, czy jeszcze oddycha. Przydarzyłam się jej dość późno. Miała już czterdzieści cztery lata, a tato czterdzieści sześć. Byli właśnie w trakcie rozwodu.

Tylko, że mama nadal działa, a ojciec - ten niezniszczalny, zawsze sprawny, młody duchem - rozpada się z dnia na dzień. Obserwowanie tego procesu sprawia ból. Czuję, że tracę poczucie granic ? nie wiem, gdzie zaczyna się ojciec, a gdzie ja. Gdy wieczorami opuszczam jego kawalerkę, sprawdzam ukradkiem, czy nie rozsypują mi się przypadkiem dłonie, czy nie powłóczę nogami. Mam wrażenie, że ludzie czują ode mnie smród gnijącego ciała.

*

Kiedyś tato powiedział mi:

- Masz za dużo skrupułów.

Byliśmy na jednej z naszych małych wycieczek. Ojciec zauważył ustawiony

w otwartym ogrodzie, pod baldachimami, bufet z przekąskami dla gości weselnych. Przechodziliśmy obok. Oczywiście nie znaliśmy młodej pary i gości.

Tato zrobił jeden z tych manewrów, za które zawsze go podziwiałam. Przewędrował przez trawnik - tutaj kogoś pozdrawiając, tam zagadując przyjaźnie - chwycił plastikowy talerzyk i nałożył sobie obfitą porcję żeberek (do tego ziemniaki i sałatka). Po chwili wrócił do mnie, stojącej nieśmiało przy bramce. Przebierałam nogami z niecierpliwości i zażenowania, że ktoś zorientuje się w jego grze.

Ale nikt się nie zorientował.

Tato pokazał mi, że można zrobić wszystko i być każdym, wystarczy działać z pełnym przekonaniem i bez lęku. Pokazał, ale nie nauczył. Przez większość czasu jestem tą samą, co wtedy, pełną skrupułów nastolatką. Próbuję nikogo nie skrzywdzić. Nikomu się nie narazić.

A to się oczywiście nie udaje.

Ile bym dała, gdybym mogła rozwinąć w sobie tę cechę - pełnego wdzięku nie przejmowania się. Może gdybym mogła widzieć go każdego dnia, a nie tylko w co drugi weekend.

Ale moje koleżanki ze szkoły miały przecież dużo gorzej. Dwie z nich widywały ojców raz na parę miesięcy. Jedna nigdy swojego nie poznała.

Moje pierwsze randki z Piotrem przypominały spotkania z ojcem. Starałam się ukryć tę lękliwą, nastoletnią stronę i przedstawić mu siebie jako pewną swojej wartości kobietę.

Zagrałam tak dobrze, że teraz Piotr pyta:

- Gdzie podziała się tamta radosna dziewczyna?

Nie wiem. Na pewno była wtedy z nami, nawet jeszcze ją trochę pamiętam.

Kwiecień

Dzisiaj znowu siedzę u ojca. Poprosiłam Piotra, żeby poszedł ze mną, ale powiedział, że woli nie przeszkadzać.

- Ja bym nie chciał, żeby obcy facet kręcił się po moim domu, kiedy choruję.

To brzmi bardzo troskliwie i logicznie, a jednak jestem pewna, że wcale nie chodzi   o szacunek dla mojego taty. Piotr nie lubi brudu i smrodu. Myję tatę, ale szybko znowu cuchnie. W pokoju unosi się woń moczu. Śmierdzą zużyte pampersy. To nie jest miejsce dla eleganckiego pana.

Może powinnam go zrozumieć. Mój ojciec też nie odwiedziłby żadnego ?dziada?.  Sam tak powiedział o sobie, zauważając, że traci sprawność: ?Zawsze byłem młody

i energiczny. Nagle stałem się stetryczałym dziadem?.

Życie go rozczarowało. Może nawet nie życie - zawiodła go młodzieńcza wiara

w wieczną młodość. Przez tyle lat wspinał się po zaczarowanej Łodydze Fasoli, na której wierzchołku miał go oczekiwać wspaniały pałac. Zaczynał jako młody i prężny chłopak, aż stał się podstarzałym Jasiem.

Wierzchołek Łodygi wciąż ginął w chmurach. A tutaj zadyszka, bóle nóg, stępienie zmysłów, zniechęcenie - jak się dalej wspinać? I najgorsze! Kobiety przestały na niego reagować. Już nie był królem parkietu, pocił się i powłóczył nogami, taniec go męczył. Sąsiad z pokoju w sanatorium wychodził na każdy dancing, kobiety szukały go wzrokiem w jadalni

i przychodziły o niego pytać. Nie zwracały uwagi na tatę. To bolało najbardziej.

Przecież miał nie zestarzeć się nigdy!

Wreszcie tak się obraził, że postanowił nie walczyć z czasem. Wychodzić z domu nie miał ochoty. Golić się nie było warto. Jeździć samochodem - po co, skoro benzyna taka droga, opony zimowe drogie, AC drogie, przeglądy drogie. W ogóle wszystko było za drogie.

Teraz nikt do niego nie dzwoni. Niegdyś dusza towarzystwa, kończy swoje dni

z pieluchą w majtkach. Pił tęgo, rozbił głowę tyle razy, że jego mózg musi przypominać miasto po ewakuacji mieszkańców.

- Halo, jest tam kto? - chce mi się zawołać.

Zamiast tego patrzę, jak pokój pogrąża się w ciemności.

Maj

Ojciec mojego taty robił protezy. Najprawdopodobniej dzięki temu tata nie przestraszył się sztucznej nogi mojej mamy. Wdzięczna za taką tolerancję, postanowiła przymykać oko na jego wybryki?

A może było inaczej? Opowiadając czyjąś historię zawsze uprościmy ją i spłycimy.

W każdym razie, moja mama nie ma nogi, ale to ja jestem wybrakowana. Na pierwszy rzut oka nie widać protezy ? daję sobie radę w życiu zawodowym, mam interesującego chłopaka, jestem niebrzydka. Ale ciągle czegoś mi brakuje, wciąż muszę coś udowadniać? Komu? Sobie?

*

Wymykałam się z ramion Piotra w lęku, że zaraz nastąpi przesyt. Jedno przesiąknie zapachem drugiego, ręce przejdą nam na wylot przez ciała. Uciekałam. Coś we mnie bardzo chciało zepsuć kiełkujące uczucie. Zniszczyć je, wyrwać z korzeniami, żeby nie musieć obserwować stadiów wzrostu, kwitnienia i przekwitania. Zapobiec utracie przez natychmiastową eksterminację.

A teraz on wymyka się mnie. Ucieka do pracy, na siłownię, w gry komputerowe, byle jak najdalej.

Przegapiłam parę sygnałów. Na przykład ścierające się w nim przeciwieństwa. Tego nie wolno nigdy przegapić. Delikatność, czułość, ustępują nagle miejsca bezwzględności. Sympatyczna twarz w mgnieniu oka staje się wroga, nieprzystępna. Zainteresowanie przechodzi znienacka w znudzenie.

Wszystko to widziałam i zakochałam się w zmianach. Teraz, kiedy chociaż w jednym obszarze życia potrzebuję stabilności, nudzę mojego partnera. On w tym samym czasie pragnie nowych bodźców. Ja funduję mu tylko frustrację.

Nie mogę się kochać. Jestem w środku brudna.

Sierpień

Jedną z ostatnich rozrywek taty było sprawdzanie w gazecie, kto z jego pokolenia dokonał żywota. Mówił wtedy, wzdychając: - Umarł Zin, wiesz, ten od Piórkiem i Węglem. Albo  Umarł Kapuściński.  i zawsze patrzył wtedy na mnie znacząco, jak gdyby wzrokiem chciał przekazać: ''Skoro inni już odeszli, to na mnie też przyjdzie niedługo czas''.

Chętnie cofnęłabym się w czasie do momentu, gdy z ojcem jeszcze dawało się rozmawiać. Może gdybym inaczej się nim wtedy zajęła, nie zacząłby aż tyle pić i nie rozbiłby głowy, nie doszłoby do mikrowylewów, a Robak nie zacząłby go toczyć.

Nie tworzę sobie teraz własnej martyrologii, nie chcę wywoływać współczucia, bo ono nie pomaga. Pomaga szacunek. Podziw.

Chociaż można to całkiem dobrze połączyć. Niektóre kobiety pragną, żeby podziwiano je za to, jak cierpią. Nie chciałabym dołączyć do ich grona, ale bardzo dobrze je rozumiem. To kusząca kombinacja.

Mój tato umiera. Skoro zdarzyło się Kapuścińskiemu, to chyba nie mogę żywić nadziei, że ominie mojego tatę?

Czytaj dalej...

7

Polecamy

8
Komentarze
Czy to aby przypadkiem nie okazał się konkurs na największe cierpienie, największy dramat? Na drogę krzyżową, a nie "moją drogę" - taką a nie inną, dramatyczną lub pozbawioną większych dramatów, ale dobrze napisaną? Oczywiście nagrodzone prace są świetne, ale wydaje mi się, że tym, co nie przeżyli czegoś naprawdę ciężkiego, o wiele trudniej zaistnieć na podobnych konkursach.
już oceniałe(a)ś
25
4
Wakacyjna szkoła dla debiutantów pisania przyniosła dobry plon. Te opowieści są przygnębiające. Podziwiam jurorów którzy musieli przeczytać 900 takich opowieści. Gratulacje dla zwycięzców.
już oceniałe(a)ś
16
3
Serdecznie gratuluję wszystkim nagrodzonym autorom! Świetne opowiadania, choć historie często bolesne.
już oceniałe(a)ś
14
1
Poruszające. Bardzo Wam dziękuję. Ja miałam zamiar, ale chyba brakło odwagi. Może następnym razem.
już oceniałe(a)ś
3
0
Pani Izo. Szczerze gratuluję umiejętności obserwacji i dzielenia się nimi. Są bardzo dojrzałe i wnikliwe. Jakże często nie zwracamy uwagi na otoczenie, a przecież tyle sie dzieje wokół nas. Jestem pełen podziwu dla drogi, którą Pani przeszła nie złorzecząc całemu światu jak to jest cieżko i źle. Wiem, że dziś zbiera pani owoce tych zmagań - z czego szczerze się cieszę. Namawiam do dalszego pisania - warto. Serdecznie ściskam i pozdrawiam. Z najlepszymi życzeniami Wojciech Topczewski
już oceniałe(a)ś
3
0
Zacząłem czytać z lekceważącym nastawieniem, ale zmieniłem zdanie. Aż trudno uwierzyć jak ciężko czasem być kobietą. Ale jeśli piszą to znaczy że mają nadzieję. W życiu nie chciał bym być kobietą...choć tyle różnych Was poznałem.
już oceniałe(a)ś
0
0
Przewiń i czytaj dalej Wysokie Obcasy