Nie przeproszę, że urodziłam. Historie rodzin z in vitro [FRAGMENTY KSIĄŻKI]

red./ materiały propmocyjne
W "Nie przeproszę, że urodziłam" Karolina Domagalska sięga po temat, który budzi wiele kontrowersji, wywołuje lęk, stawia trudne pytania o wartości etyczne. Zwłaszcza w Polsce, gdzie brak szczegółowych regulacji prawnych dotyczących zapłodnienia in vitro
Fot. 123rf.com Fot. 123rf.com

Nie przeproszę, że urodziłam. Historie rodzin z in vitro - FRAGMENT 1

Kiedyś podczas przerwy w pracy Soren wrzucił w wyszukiwarkę swój numer dawcy.

Najpierw trafił na ogłoszenie Marii, potem na artykuł w szwedzkiej gazecie. Gdy zobaczył zdjęcie Linnei, popłynęły mu łzy. Była do niego tak podobna.

Napisał e-maila: "Mario, szukasz przyrodniego rodzeństwa córki, mogę ci powiedzieć, że je ma, bo byłem dawcą i mam dwoje własnych dzieci".

Maria nie chciała początkowo wierzyć, w końcu szukała przede wszystkim nasiennego rodzeństwa Linnei. Na dodatek w profilu tata nasion wyraźnie zaznaczył, że nigdy dzieci szukać nie będzie.

Na potwierdzenie swoich słów Soren wysłał dokument z banku spermy ze zdjęciem, z numerem i kodem. Gdy Maria zobaczyła jego twarz, wiedziała, że to on. Odesłała mu zdjęcie Linnei. W odpowiedzi dostała zdjęcie ściany Sorena w pracy ? okazało się, że powiesił fotografię Linnei obok fotografii swoich dzieci. Ale nie chce im jeszcze powiedzieć o siostrze, boi się reakcji.

Trwa wymiana e-maili. Soren wyjaśnia, że traktuje Linneę jak córkę, ale nie chce kontaktu z żadnymi innymi dziećmi.

Tylko dla Linnei z taty nasiona zmieni się w tatę dziecka. Był pewien, że jego spermę sprzedawano w USA. Wizja setki dzieci w całej Europie go przerosła.

Gdy duńska telewizja zaprasza Marię i Linneę, aby opowiedziały o swojej historii, spotykają się z Sorenem na piętnaście minut na lotnisku w Kopenhadze. Maria ukrywa to przed Danem.

Soren wręcza Linnei lalkę z Chin i kupuje gorącą czekoladę.

Opowiada, że jego ojciec też się popłakał, jak zobaczył zdjęcie Linnei. Gdy się żegnają, Soren mówi: - Mam nową córkę.

- Ja mam trójkę rodzeństwa, a ty nie - powiedziała ostatnio Linnea swojej siostrze Agnes. - I poznałam tatę nasiona.

Agnes przekazała to Danowi. Który oczywiście zzieleniał.

Marii zrobiło się strasznie głupio, powinna była mu powiedzieć.

- Ale kochanie, no sam powiedz, jak byś zareagował? - tłumaczyła się. Odpowiedziała jej cisza, wiedział, że zrobiłby awanturę.

Kim dla Linnei jest Dan? Tatą. Gdy się pojawił, Linnea była malutka, a miejsce taty puste. Gdy dziewczynka miała dwa lata, mama jej powiedziała, że jej siostra powstała z komórki jajowej mamy i nasionka taty. Ale gdy ona powstawała, mama musiała pojechać do Kopenhagi, do szpitala, i lekarz dał mamie nasionko. Gdy podrosła i chciała wiedzieć więcej, mama powiedziała jej, że w Danii mieszka mężczyzna, który dał jej nasionko.

- Mogłam udawać, powiedzieć, że Dan jest jej ojcem. To w Szwecji bardzo częste. Mimo zakazu anonimowości ludzie po prostu nie mówią prawdy swoim dzieciom, szczególnie ci w związkach.

A kim jest dla Linnei Agnes? Linnea biologicznie jest z nią spokrewniona tak jak z dziećmi dawcy, łączy je jeden wspólny rodzic biologiczny. Siostrą jajową? Po prostu siostrą przyrodnią?

A może siostrą domową, bo oprócz połączenia biologicznego mają też więź społeczną i emocjonalną. Siostrą sercową?

Linnea brała kiedyś udział w badaniach nad rodzinami solo i dwurodzicowymi. O dawcy mówiła po imieniu, a o nasiennym rodzeństwie, że jest udawane. - Są moim rodzeństwem, ale nieprawdziwym, bo ich nie znam i nic o nich nie wiem.

1
Fot. 123rf.com Fot. 123rf.com

Nie przeproszę, że urodziłam. Historie rodzin z in vitro - FRAGMENT 2

Sven ma dzisiaj dzień wolny, zaplanował, że rano pojedzie oddać spermę, a potem skoczy pomóc mamie w przeprowadzce.

Po obudzeniu wypił dużo wody, bo wie, że nawodnienie wzmacnia jakość spermy. Odkąd jest dawcą, je też więcej jajek, szparagów, brokułów i gorzkiej czekolady, bo podnoszą liczbę plemników.

Sven jest typem przystojniaka z tatuażami. Dawcą został między innymi dlatego, że potrzebował dodatkowych pieniędzy na zakłady piłkarskie. Jako menedżer w kawiarni zarabia dwadzieścia tysięcy koron, ale po podatku zostaje szesnaście tysięcy.

Z oddawania spermy wyciąga trzy tysiące sześćset koron miesięcznie. I właśnie tę kwotę poświęca na hazard, z pensji by nie brał, taką ma zasadę. Kolejna jego zasada ? nigdy nie obstawia więcej niż pięćdziesiąt koron. A obstawia codziennie. Ostatnio wygrał dziewięć tysięcy. Wszystko odkłada na dom i lepszy samochód, bo jeździ fiatem punto, a chciałby chevroletem.

Sven ma dwadzieścia cztery lata i jest dawcą otwartym. ? Uważam, że to smutne, gdy dzieci nie mogą poznać prawdziwego, biologicznego ojca. Uznałem, że to dobre dla nich, żeby mogły zadać mi pytania o dziedzictwo, korzenie. Moja decyzja bierze się też stąd, że szczerze mówiąc, nie jestem pewien, czy będę miał swoje dzieci, czy uda mi się znaleźć kobietę, więc to świetny sposób, żeby przekazać swoje DNA. Dlaczego? Bo dużo pracuję. W Danii kobiety chcą mieć wieczorem mężczyznę w domu, a ja wieczorami pracuję. W moim rodzinnym kraju, Włoszech, to naturalne, że się długo pracuje, ale tutaj nie.

Jeśli dzieci się z nim skontaktują, Sven pójdzie z nimi na kawę i odpowie na wszystkie pytania. Może umówią się na lekcje włoskiego? Albo im coś ugotuje? ? Chciałbym ich poznać także dlatego, żeby zobaczyć, w co się obrócą moje geny, czy powstało coś świetnego. Jestem miłą osobą, byłoby mi bardzo smutno, gdyby się okazało, że moje geny przyczyniły się do powstania kryminalisty. Jeśliby się tak okazało, próbowałbym sprowadzić te osoby na dobrą drogę, czułbym za nie odpowiedzialność.

Mama Svena była bardzo szczęśliwa, gdy się dowiedziała o decyzji syna, zawsze marzyła o dużej rodzinie. Powiedziała, że gdyby wnuki potrzebowały szpiku albo organu, to mogą się z nią skontaktować, jest bardzo otwarta. Chciałaby się też z nimi spotkać.

- Czy masz już dzieci? - pytam Svena.

- Moja sperma była w sprzedaży od kwietnia, więc jeszcze nie. Ale nawet gdyby to było możliwe, nie wiedziałbym o tym, bank nie będzie mnie o tym informować.

- Wiesz, ile możesz mieć dzieci?

- Sto albo dwadzieścioro pięcioro, nie wiem dokładnie.

- Nie ma różnicy?

- Nie ma dla mnie znaczenia, ile dzieci się urodzi. Myślę, że wielu rodziców powie dzieciom, że były adoptowane, niewiele z nich się ze mną skontaktuje. To wybór rodziców, mają prawo zdecydować, co im powiedzą, nie mam z tym problemu. Myślę, że miłość jest ważniejsza niż geny.

Żegnając się z Peterem Bowerem, pytam, skąd wziął się niedźwiedź.

- Mam trochę świra na punkcie Arktyki, kilka lat temu byłem na biegunie północnym. No i też Dania, poprzez Grenlandię, czuje jakieś połączenie z tymi rejonami. Więc gdy zobaczyłem na aukcji tego niedźwiedzia, wiedziałem, że on musi stać przy recepcji. Trochę perwersyjne jest to, nie wiem, czy zauważyłaś, że to samiec, ewidentny samiec.

2
Fot. 123rf.com Fot. 123rf.com

Nie przeproszę, że urodziłam. Historie rodzin z in vitro - FRAGMENT 3

- Gdy po półtora roku starań wybraliśmy się do kliniki leczenia niepłodności, lekarz powiedział nam: "Nie ma problemu, jeśli państwo chcecie dziecko, to będziecie mieć" - wspomina Mariusz. - Mieliśmy już po czterdzieści jeden lat, więc zaproponował in vitro. Pobrano komórki Gosi, ja oddałem spermę, doszło do zapłodnienia. Trzy dni później jedziemy samochodem, a tu telefon z kliniki. Zjechałem na pobocze, czekaliśmy na informację, kiedy możemy przyjechać na transfer zarodków. Dowiedzieliśmy się, że nie ma po co przyjeżdżać, bo zarodki obumarły. To był cios. Nie byliśmy na to przygotowani.

- Wtedy przyszła do mnie Kasia: "Mamusiu, a co byś powiedziała, gdybym ja ci zaoferowała komórki?". Byłam w szoku, nie przyszło mi nawet do głowy, że mogłabym czegoś takiego oczekiwać od córek. Powiedziałam, że dziękuję, ale to wykluczone. Bałam się, że zrobiłabym jej tym krzywdę, ona jest bardzo uczuciowa, wrażliwa, a jeśli będzie patrzyła na to dziecko jak na swoje?

- Po jakimś czasie powiedzieliśmy sobie, że nie ma co się dąsać, trzeba wytrzeć nos i iść dalej. Za drugim razem transfer się odbył, ale zarodki się nie przyjęły. Wtedy porozmawialiśmy o dawstwie z naszym lekarzem. Powiedział nam, że możemy złożyć podanie, ale nie wiadomo, ile będziemy czekać, bo w kolejce jest wiele młodych małżeństw. Na liście bylibyśmy setni.

- To było bardzo zniechęcające i nieprzyjemne. Wtedy wróciłam do tego, co zaproponowała mi Kasia. Bałam się nadal o nią, ale ponieważ utrzymywała, że jest przekonana, że może to zrobić, pojechałyśmy na rozmowę z psychologiem i na badanie krwi.

- Czy to nie pora, żeby pojechać po Kasię? - pyta Gosia.

- A, chyba rzeczywiście - odpowiada Mariusz, zabiera swojego cycka i jedzie samochodem do pobliskiego miasta odebrać starszą pasierbicę z przystanku.

Mania zmiksowała zupę, ale Zosia nie pozwala się nakarmić. Wyciąga za to ręce po łyżkę.

- Sama chcesz? Proszę - mówi Gosia.

- O, jak słodko - rozpływa się Mania.

- Pierwszy raz je sama.

- Czy Kasia została zakwalifikowana? - pytam.

- Nie - odpowiada Mania. - Czekałam na mamę na korytarzu wraz z moim ówczesnym chłopakiem. Gdy wyszła z pokoju, stanęła przede mną i zapytała, czy możemy porozmawiać.

Po jej minie od razu zrozumiałam. Odeszłyśmy na bok i powiedziałam: "Dobra, mama, zapisuj mnie na te badania, skoro już jesteśmy na miejscu". Mama poszła zapłacić, a ja weszłam do gabinetu. Wizyta składała się z testu, jak ja go nazywam: dla debili. Czyli najpierw zadają pytanie, czy lubisz zwierzęta, a za chwilę, czy lubisz psy. Była też rozmowa.

Odniosłam wrażenie, że dobrze mi poszło. Powiedziałam, że przez najbliższe pięć lat nie chcę mieć dzieci, a dzieci, które urodzi mama, nie będę traktowała jak swoje, bo nie jestem na tyle dojrzała, żeby brać odpowiedzialność za takiego małego człowieczka. To się wiąże z poświęceniem wszystkiego, a ja chciałam iść na studia, spełnić swoje marzenie, że zostanę w przyszłości geodetką.

- A teraz, gdy są już na świecie, jak to odbierasz?

- Nie wydaje mi się, żeby to jakoś wpływało na moją psychikę.

To nie są dzieci z moim partnerem, tylko z partnerem mojej mamy. Może inaczej by było, gdybym była surogatką, wtedy się wszystko czuje, ale to mama miała je w brzuchu, ona je urodziła. To są dzieci Mariusza, a jego traktuję jak ojca, więc dzieci z tatą to tak średnio.

(Kasia, która zaraz przyjdzie, powie mi później coś podobnego: "Mama w ciąży z dziewczynkami, to mama, która nosi moje rodzeństwo bez względu na to, czy komórka pochodzi ode mnie, czy akurat od Mani").

Cięcie. Spróbujmy rozłożyć tę sytuację na czynniki pierwsze. Od strony biologicznej Mania jest mamą bliźniaczek, a Gosia, mama Mani, ich babcią i jednocześnie ciążową mamą, ponieważ przez dziewięć miesięcy rosły w jej macicy, a potem je urodziła. Były mąż Gosi jest biologicznym dziadkiem bliźniaczek. Kasia, siostra Mani, jest ich biologiczną ciocią.

3
Fot. 123rf.com Fot. 123rf.com

Nie przeproszę, że urodziłam. Historie rodzin z in vitro - FRAGMENT 4

Przeszłam trzy nieudane programy in vitro i trzy kriotransfery, czyli transfery rozmrożonego zarodka. W pewnym momencie lekarstwa zajmowały w lodówce dwie półki. Przy ostatnim in vitro siadaliśmy z mężem przy stole, otwieraliśmy arsenał i zabieraliśmy się do roboty. Dawki były różne, przelewaliśmy do strzykawek, liczyliśmy, sprawdzaliśmy, czterdzieści minut nam to zajmowało.

Początek stymulacji hormonalnej polega na wyciszeniu owulacji, czyli takiej krótkiej menopauzie. Za pierwszym razem miałam potworne migreny i mdłości. Za drugim wyciszałam się na dwa miesiące, bo coś nie zadziałało. Potem dostaje się leki na wywołanie jajeczkowania. Ja wtedy puchłam, brzuch bolał, spodni nie dało się zapiąć, taka byłam wydęta.

Nogi miałam obrzmiałe, że nie można było włożyć butów na obcasie. Leczenie wywołuje spadek poczucia kobiecości. Prokreacja kojarzy się z seksem, a podejście do programu bynajmniej.

Teoretycznie można uprawiać seks, ale albo człowiek czuje się fatalnie, albo właśnie trzeba zrobić zaraz posiewy, albo czeka się na biopsję. Taki wieczny szlaban nie jest dobry.

Do tego dochodzą wybuchy płaczu i niepohamowane wkurzenie wywołane hormonami.

Po pierwszym in vitro przez chwilę byłam w ciąży, ale poroniłam. Po drugim to samo. Zdecydowałam się na badania immunologiczne. Lekarz powiedział, że nie mam żadnych szans na zajście w ciążę, na donoszenie tym bardziej. Ale skoro są zamrożone zarodki, to trzeba je podać i jedyne, co może pomóc, to wlewy z immunoglobuliny plus szczepionki z krwi męża. Przygotowywałam się od stycznia do lipca. Co miesiąc szczepionka z krwi męża, do tego kuracja przeciwzapalna, bo stwierdzono, że mam poukrywane stany zapalne, cały czas biopsje macicy i antybiotyki. Transfer odbył się przy wlewie, kroplówka trwała dwie godziny, kosztowała pięć tysięcy siedemset złotych. Nie było mojego lekarza. Gdy wrócił, zapytał, czemu podali najsłabsze zarodki. Najsłabsze, a przecież plan był taki, że dajemy najsilniejsze! Dostałam wtedy szału.

Ale wróciłam, został jeden zarodek. Po transferze szybko zrobiłam test, wyszedł pozytywnie. Pojechałam do immunologa, a on przepisał kolejny wlew. Mąż przyjechał zapłacić kartą, mimo że był temu przeciwny. Beta była niska i po dwóch dniach po prostu spadła.

Wtedy wylądowałam u psychiatry. Nie dość, że znowu się nie udało, to miałam straszne wyrzuty sumienia, że zrobiłam ten wlew. Dostałam tabletki, ale ich nie wzięłam, jakoś się pozbierałam.

Przez wiele miesięcy brałam Encorton, steryd, który obniża odporność organizmu, żeby nie odrzucał zarodka. Mocno od tego przytyłam, zrobiłam się opuchnięta, twarz jak księżyc w pełni. I do tego zaczęłam chorować. Jak skręciłam nogę, to przez miesiąc nie mogłam z nią dojść do ładu. Lekarz powiedział, że to może też być przez Encorton. Nadciśnienia się nabawiłam, zaczęłam o kulach latać po kardiologach. W międzyczasie zabawa, bo badania się przedawniały, trzeba było robić nowe, miałam wrażenie, że nic innego nie robię, tylko jestem w klinice. Moja praca zaczęła na tym cierpieć, nie pracowałam na sto procent, nawet na pięćdziesiąt nie pracowałam. Jestem prezeską, mogę wydelegować trochę zadań, ale na koniec sama muszę całość ogarnąć. Skończyło się tak, że wypłaty za końcówkę roku obcięto mi o ponad połowę. Zresztą się nie dziwię, też bym tak zrobiła.

4
Fot. 123rf.com Fot. 123rf.com

Nie przeproszę, że urodziłam. Historie rodzin z in vitro - FRAGMENT 5

Przeszłam trzy pełne procedury IMSI, czyli wstrzyknięcia do komórki jajowej plemnika przebadanego pod bardzo dużym powiększeniem. Po pierwszej mieliśmy pięć zarodków, zaszłam w ciążę, ale przestała się rozwijać w siódmym tygodniu. Z drugiej procedury mieliśmy trzy zarodki i wtedy urodziła się nasza córka. Po jeden zamrożony zarodek, który został, wróciliśmy po dwóch latach i on również dał ciążę, ale niestety na niedługo, bo do ósmego tygodnia. W tej chwili jesteśmy po trzeciej procedurze, z której właśnie lada dzień urodzi się Zosia.

Zostały nam cztery zamrożone blastocysty, które są dla nas zaskoczeniem, biorąc pod uwagę nasze prywatne statystki, nie spodziewaliśmy się tego.

Ja jestem absolutnie gotowa, żeby mieć trzecie dziecko, myślę, że Kuba też. Może się okaże, że podejdę do pierwszego, drugiego, trzeciego transferu, urodzi się trzecie dziecko i nie będzie tematu. A może się okaże, że podejdę do transferu, zajdę w ciążę i dalej nam zostaną trzy. I tutaj już może być trudno z decyzjami.

Ja mam taką filozofię "pomiędzy". Z jednej strony traktuję te zarodki jako potencjalne swoje dzieci, czyli potencjalne rodzeństwo Julii i Zosi, i nie wyobrażam sobie ich oddania. Nie mam absolutnie nic przeciwko dawstwu, w pełni pochwalam, natomiast osobiście nie jestem w stanie sobie tego dzisiaj ułożyć w głowie. Nie potrafię sobie wyobrazić, że oddam je do adopcji i nie będę potem myślała, że gdzieś tam po świecie chodzi moje genetyczne dziecko, rodzeństwo moich dzieci.

Natomiast też nie do końca mi się podoba pomysł ich zniszczenia. Podoba mi się opcja środkowa, jeśli można mówić, że w ogóle coś mi się podoba w tym wszystkim. Ale tej opcji w Polsce właściwie nie ma. Chodzi o oddanie zarodków do celów naukowych. Nie wiem, czy to jest kwestia misji, którą im nadaję, nie rozpracowywałam tego jeszcze, jest na to za wcześnie. Wydaje mi się to bardziej sensowne niż ich niszczenie.

Może się okaże, że dzięki temu ktoś będzie mamą, tatą?

Ale mam też świadomość, że nie goni mnie czas. Może będę chciała być w trzeciej ciąży, a nawet w czwartej? Nie muszę się bać późnego macierzyństwa, bo te zarodki są z materiału genetycznego trzydziestopięciolatki.

Kiedy zarodek staje się dzieckiem? Dla mnie on się staje najpierw ciążą. Może to straszne, ale tak czuję. Najpierw jest ogromną nadzieją, potem staje się ciążą, a dopiero jak już mija taki straszny strach, to powoli staje się dzieckiem. Ten strach to mechanizm obronny kobiety, która dwa razy poroniła.

Religia nie ma na nas wpływu. Nasze dziecko jest ochrzczone, mamy ślub kościelny, ale rozjechaliśmy się z Kościołem. Pamiętam Pieronka z jego określeniem dzieci z in vitro jako realizacji idei Frankensteina, to mnie zdołowało, bo uważałam go za mądrego człowieka. Będąc dzisiaj w kościele przy okazji jakiegoś chrztu albo ślubu, myślę sobie, że jestem w miejscu, gdzie mają mnie za złego człowieka. Wchodzę więc gdzieś, gdzie nie powinnam, bo tam się na mnie pluje, obraża moje dziecko i mówi brednie na mój temat. Powinnam zaprotestować, a ja grzecznie siedzę. Dojrzałam do tego, że gdyby ksiądz podczas mszy zaczął mówić coś bulwersującego o in vitro, to wyszłabym, trzaskając drzwiami. Wiem, że to zakrawa na chorobę psychiczną, ale ja dosyć mocno oddzielam Boga od Kościoła. I sama bym chciała wiedzieć, co ja o tym Bogu teraz myślę, ale mam jeszcze czas, jeszcze do tego dojdę.

Rodzina, praktykujący katolicy, bardzo nam kibicowała.

Julia wie, że pojawiła się na świecie dzięki temu, że pomógł nam lekarz, który wziął nasionko tatusia i jajo mamusi i je połączył. Ma teraz pięć lat i nie chcę, żeby chodziła na religię w przedszkolu. Boję się, że zostanie tam zraniona, wydaje mi się, że jest za mała, aby się bronić.

5
Materiały prasowe Materiały prasowe

Nie przeproszę, że urodziłam. Historie rodzin z in vitro

Książka Karoliny Domagalskiej to niezwykle cenny głos w dyskusji o współczesnych modelach rodziny. Napisana z delikatnością i taktem, mówi jednak wyraźnie: rodzicem nie jest ten, kto rodzi czy płodzi, tylko ten, kto wychowuje i obdarza miłością.

Autorka odmalowuje szeroki i społecznie zróżnicowany obraz tego zjawiska. Sięga po historie i doświadczenia rodzin "klasycznych", czyli heteroseksualnych, ale też "nowych": lesbijskich lub gejowskich, pisze także o kobietach, które pragnęły mieć dziecko, mimo że nie miały partnera. Rozmówców szuka autorka również za granicą: podróżuje do Izraela, Holandii, Wielkiej Brytanii, Skandynawii, dzięki czemu czytelnik ma szansę poznać wiele odmiennych rozwiązań prawnych: zasady działania banków spermy, dawstwa anonimowego i nieanonimowego, poznaje samych dawców i ich motywację. Równie ważne stają się spotkania, w trakcie których autorka rozmawia o tym, co czują rodzice, którzy decydują się na ten typ rodzicielstwa, kobiety, które przechodzą proces zapłodnienia in vitro, wreszcie dzieci, które nie znają tożsamości biologicznych rodziców.

Książka jest dostępna w formie ebooka w Publio.pl. Sprawdź >>

6
Komentarze
Dzieci bez ojców bez tożsamości to okropne
@jaabal dzieci z ojcami alkoholikami, ojcowie nie zajmujący się dziećmi, bijący - to jest okropne. Dzieciom potrzebna jest miłość, nie rodzic idiota.
już oceniałe(a)ś
1
0
Przewiń i czytaj dalej Wysokie Obcasy