Obrazy matek, o których długo nie zapomnisz

adape
Matki w połogu. Matki - prostytutki. Matki, którymi opiekują się córki. Matki z blokowiska. 26 maja przypominamy najciekawsze fotoreportaże o matkach z "Wysokich Obcasów" i "Dużego Formatu"
Fot. Zosia Zija Fot. Zosia Zija

Zosia Zija: Ciało po ciąży. Tu mieszkało dziecko

Tekst Agnieszki Jucewicz

 

Zdjęcia: Zosia Zija

 

To był rok 2006. Właśnie urodziłam pierwsze dziecko i szukałam w internecie zdjęć, które pozwoliłyby mi zidentyfikować się z wizerunkiem innych świeżo upieczonych matek. To, jak powinnam wyglądać, wiedziałam już m.in. z kolorowych magazynów - najlepiej by było, gdybym sześć tygodni po porodzie prezentowała na wybiegu bieliznę. Fotoblogów, blogów i portali dokumentujących ciążę dzień po dniu było mnóstwo, ale wszędzie narracja nagle się urywała i płynnie przechodziła w opowieść o dziecku. Co się działo dalej z brzuchem?

 

Przeczytaj listy czytelniczek

 

Strona www.theshapeofamother.com (kształt matki) była jak objawienie. W 2006 r. właśnie startowała. Najpierw jako jeden z wielu blogów. Dzisiaj jest już niezależnym bytem, na który trafia 3 mln osób miesięcznie. Założyła ją Amerykanka Bonnie Crowder, fotografka, artystka i pełnoetatowa mama siedmioletniego chłopca i czterolatki. Ujrzawszy swoje ciało po pierwszym porodzie, była zdruzgotana. 'Nikt mnie nie przygotował na to, co zobaczyłam' - mówi. 'Myślałam, że to moja wina i że nikt poza mną tak nie wygląda'. Pewnego dnia, siedząc w restauracji, Crowder zobaczyła szczupłą, wysportowaną kobietę z dzieckiem w nosidle. Kiedy kobieta podniosła rękę, żeby przecisnąć się między stolikami, odsłoniła fragment wiszącego brzucha. 'Był taki jak mój' - pisze na swojej stronie. 'Dotarło wtedy do mnie, że ciało kobiet po ciąży jest jedną z najlepiej strzeżonych przez społeczeństwo tajemnic'. Crowder założyła stronę, na której kobiety w każdym wieku, rozmiarze i kształcie mogą zamieścić swoje zdjęcia i wyznanie, jak się czują w 'nowym' ciele.

 

Do tej pory w projekcie wzięło udział ponad 1,2 tys. osób. Mamy tu galerię pup, ud, brzuchów, piersi, ale też nóg, twarzy zmienionych pod wpływem ciąży. I poruszające opowieści. Zdarza się bowiem, że to, co widać, dalekie jest od tego, jak postrzega siebie bohaterka zdjęcia. Ledwo widoczne zmiany są opatrzone komentarzem pełnym pogardy i dezaprobaty dla własnego ciała. I odwrotnie - są opowieści, które gloryfikują to 'nowe' ciało, mimo że uległo dużemu przeobrażeniu.

 

Crowder nie cenzuruje ani opowieści, ani zdjęć. Zastrzega jedynie: 'Zdjęcia muszą być zrobione ze smakiem. Tu nie chodzi o pornografię'. Na stronie 'Wysokich Obcasów' (www.wysokieobcasy.pl) też chciałybyśmy stworzyć takie miejsce, gdzie będziecie mogły opowiedzieć, jak się czujecie w swoim ciele po urodzeniu dziecka. Na początek razem z fotografką Zosią Ziją zaprosiłyśmy do wyznań trzy mamy: Paulę, Justynę i Dominikę. Oto ich historie.

 

Czytaj dalej...

 

Justyna, 31 lat

Dominika, 31 lat

Justyna, 31 lat

Paula, 33 lata


Więcej zdjęć...

1
Fot. Viktoria Sorochinski Fot. Viktoria Sorochinski

Viktoria Sorochinski: Baśń matki i córki

Zdjecia: Viktoria Sorochinski

Tekst: Marta Wroniszewska

 

"Interesują mnie opowieści ludowe i to jak wpływają na współczesną wiedzę, a także jak oddziałują na dzieci i ich postrzeganie moralności", mówi Viktoria Sorochinski.

 

Artystka i fotografka tworzy nowe mity, pokazuje relacje matki i córki, w których granice są zatarte - nie do końca wiadomo, która z postaci to matka, a która córka - role się przeplatają. Zdjęcia są pozowane, a mimo to a może właśnie dlatego, nie wiadomo, kto w tej relacji dominuje, a kto dopiero uczy się, co to znaczy być człowiekiem. Seria fotografii utrzymana jest w sielskim i baśniowym klimacie.

 

Nad cyklem Viktoria Sorochinski pracę rozpoczęła w 2005 roku. Wtedy też poznała Annę i Ewę. Anna - matka i Ewa, wtedy czteroletnia córka - zachwyciły Viktorię więzią, która je łączyła. Fotografka postanowiła pokazać tę relację na cyklu swoich fotografii.

 

 

Więcej zdjęć Viktorii Sorochinski z cyklu "Anna i Ewa"

 

Viktoria Sorochinski urodziła się w 1979 roku i jest z pochodzenia Ukrainką. Studiowała w Rosji. Aktualnie mieszka w Nowym Jorku. Cykl "Anna i Ewa" można było oglądać na wystawach w wielu krajach. Więcej informacji na stronie Viktorii Sorochinski www.viktoria-sorochinski.com

2
Fot. Kirsty Mitchell Fot. Kirsty Mitchell

Kirsty Mitchell: Wszystko o mojej matce

Artykuł pochodzi z magazynu "Duży Format", który dostępny jest w każdy czwartek z "Gazetą Wyborczą"



Te fotografie to zapis mojej żałoby - Natalia Szostak rozmawia z fotografką i projektantką mody Kirsty Mitchell

 

Zaczęłaś fotografować po śmierci matki.

- Tak. Moja mama była nauczycielką, przypominała profesora z filmu "Stowarzyszenie Umarłych Poetów". Uczniowie ją uwielbiali. Czytała im w czasie lekcji, a robiła to tak, że nawet buntownicy z ostatnich ławek przestawali rozmawiać i dawali się wciągnąć w jej historie. Kiedy odbierałam ją z pracy, uchylała szybę samochodu, a ja jechałam bardzo wolno, bo wszystkie dzieci stawały przy drodze i machały jej na pożegnanie.

Na emeryturze spełniła swoje wielkie marzenie i przeprowadziła się do Francji. Kilka miesięcy później zdiagnozowano u niej raka mózgu. Wszystko działo się tak szybko, że nie zdążyliśmy sprowadzić jej do Wielkiej Brytanii. Jej pogrzeb był we Francji, przyszło jakieś 15 osób. Cały czas myślałam, jakie to strasznie niepasujące do niej, zawsze otoczonej przyjaciółmi. Gdyby pogrzeb odbył się w Anglii, przyszliby jej uczniowie z rodzinami. Wracałam z cmentarza i wiedziałam, że muszę coś zrobić, żeby inaczej upamiętnić moją mamę i jej dar opowiadania historii.

Prawdziwe życie było w tamtym czasie tak okropne, że wymyśliłam sobie alternatywną rzeczywistość. W naszym domu było zawsze mnóstwo książek, mama czytała mi, nawet kiedy byłam już nastolatką. Siedziałyśmy na kanapie, obejmowała mnie ramieniem, a ja wsłuchiwałam się w jej oddech, w to, jak zawieszała głos, żeby zbudować napięcie, i jak wcielała się w kolejne postaci. To było tak, jakbym słuchała autora czytającego swoje dzieło. Zza jej ramienia chłonęłam piękno tych książek, wielkie wrażenie zrobiła na mnie "Królowa śniegu" z pełnymi detali ilustracjami Errola Le Caina. Zapamiętałam ideę poszukiwania ukochanej osoby poprzez świat natury. Wróciłam do niej w moim projekcie.

Tak powstawały moje zdjęcia. To mieszanina wspomnień o mamie, ilustracji, które razem oglądałyśmy, ale też zapis mojej żałoby. Każde z nich jest jak autoportret, chociaż mnie na nich nie ma; można poznać, kiedy czułam się lepiej, a kiedy depresja brała górę - wtedy obrazy tracą kolory, stają się mroczne.

 

Szukałam odpowiedniej scenerii przez 16 godzin, aż trafiłam na polanę pełną wrzosów. Fruwające ważki przyniosły mi pomysł doczepienia skrzydeł. Po tej sesji porzuciłam pracę projektantki


Jak to zrobiłaś?

- Przygotowanie jednego zdjęcia zajmowało mi kilka miesięcy. Pracowałam wtedy jako projektantka mody, a kiedy wracałam do domu, zamykałam się w garażu i tworzyłam kostiumy i scenografię do moich zdjęć. To była obsesja, nie spotykałam się z ludźmi, nawet podczas weekendów i w wakacje uciekałam do lasu i fotografowałam. Zdjęcie białej królowej i jej armady powstawało półtora roku, bo wszystkie statki sama wycięłam ze stali. Strój władczyni powstał z 240 drewnianych japońskich wachlarzy. Cały czas miałam w głowie ilustracje Jana Pieńkowskiego z książki "Podwodne królestwo". Chciałam przenieść do prawdziwego świata historie i obrazy, które poznawałam z mamą.

Ludzie pytają: po co tak się męczyłaś, skoro podobny efekt mogłaś osiągnąć w programie graficznym? To niezrozumienie tego, na czym mi zależało. Tworzenie tego świata pozwoliło mi nie myśleć o tym, co się stało. Poza tym chciałam oddać hołd mojej mamie - jaką miałoby to wartość, gdybym dodała wszystkie elementy kilkoma kliknięciami myszki?

Pamiętam, jak mama przygotowywała uczniów do szkolnych przedstawień. W tej zwyczajnej, biednej podstawówce poświęcała na pracę nad spektaklami nawet osiem miesięcy, angażowała wszystkie dzieci, wydawała kilka pensji na kostiumy i scenografię. Myślę, że mam to po niej.

 

Piękna zła królowa to efekt mojej fascynacji wycinankami z papieru i postacią Elżbiety I. Strój władczyni powstał z 240 drewnianych japońskich wachlarzy


Co dał ci ten projekt?

- Coraz więcej czasu poświęcałam zdjęciom, a coraz mniej pracy. Fotografia była dla mnie jedyną ucieczką, kiedy nie byłam w stanie mówić o tym, co czuję. Siedzenie przy biurku w moim studiu w Londynie było jak trwanie w związku, o którym wiedziałam, że się skończył. W końcu rzuciłam pracę.

Śmierć mamy sprawiła, że czułam się jak latawiec odcięty od sznurka. Straciłam rodzinny dom, nie miałam nawet grobu, który mogłabym regularnie odwiedzać. "Wonderland" stał się moim sposobem na pamięć o mamie. Tak wiele utraciłam wraz z jej odejściem, ale zyskałam zupełnie nowy sposób na wyrażanie siebie. Nigdy nie sądziłam, że będę artystką. Dzięki moim zdjęciom kontynuuję dzieło mamy - tak jak ona opowiadam ludziom historie.

 

Peruka powstała z dużej ilości tanich doczepek do włosów, kleju i ogrodowego drutu. Strój uszyłam z kołdry za 9 funtów i sztucznych kwiatów. Inspirowałam się ilustracjami Errola Le Caina do baśni "Królowa śniegu".

 

To zdjęcie powstawało półtora roku, bo wszystkie statki sama wycięłam ze stali. Zainspirowały mnie ilustracje Jana Pieńkowskiego z książki "Podwodne królestwo"


Kirsty Mitchell (ur. 1976 r.) - projektantka mody, po śmierci matki zaczęła projekt fotograficzny "Wonderland", nad którym pracowała pięć i pół roku. Projekt przyniósł jej liczne nagrody, m.in. Grand Prix w konkursie LensCulture Arward.

 

Więcej zdjęć...

3
Fot. Anna Liminowicz Fot. Anna Liminowicz

Anna Liminowicz: Dwie matki między blokami

Materiał pochodzi z magazynu "Duży Format", który dostępny jest w każdy czwartek z "Gazetą Wyborczą"



Tekst: Paweł Smoleński

Zdjęcia: Anna Liminowicz/ inPRO

 

Na pierwszy rzut oka to historia trudna, mimo że jakoś pospolita, a nade wszystko dołująca; historia z tej Polski kostropatej, z pryszczami na twarzy. Oglądamy blokowisko i mieszkanie w bloku z wielkiej płyty, a wiemy przecież z wielu relacji, że blokowisko nie pozwala, by rozwinąć skrzydła, i zawsze można powiedzieć: "To wszystko wina tego miejsca, gdybym urodziła się gdzie indziej, w innej skórze, innym czasie i okolicznościach". Tak więc patrzymy na bloki jak bloki, na przestrzeń między nimi jak na przestrzeń w sercu betonowego wygwizdowa, zaś w mieszkaniu (mieszkanku), które oglądamy, ścisk, ciasnota, nie ma gdzie wyprostować grzbietu, nie mówiąc już o kącie, gdzie człowieka nachodzą, gdy naprawdę szuka samotności i spokoju, intymne myśli. Przynajmniej tak nam się wydaje.

 

No i jeszcze obie bohaterki fotoreportażu pracują w sieciowym hipermarkecie. Jezus Maria, trudno o gorszy los. Przecież słyszeliśmy o sieciowych hipermarketach aż za wiele. Na przykład to, że panie obsługujące kasy zakładają na czas swojej zmiany pieluchy, bo nie wolno im pójść się wysikać. Klienci zaś - chamy. Za to zarobki takie jak blokowisko. Za duże, by zrezygnować (bo skąd wziąć inną pracę?), lecz za małe, by ucieszyć się choć z jednej złotówki wydanej na tak zwane głupstwo, zwyczajną przyjemność, do której w końcu każdy ma prawo.

 

Gdańsk, 20-metrowe wynajmowane mieszkanie Agnieszki (Agi), Honoraty (Honi) i jej córki Natalii. Razem z nimi mieszka jeszcze Michał. Cała trójka pracuje w supermarkecie. Wstają o 6, zarabiają po 2,5 tys. na głowę.


Ale możemy popatrzeć na te zdjęcia z kompletnie innej strony. Oto spotkały się dwie kobiety, bez wątpienia dzielne. Postanowiły, że akurat im się uda. Wzięły kredyt na mieszkanie i samochód, żyją razem, bo się kochają; zobaczmy, jakie to proste. Zaplanowały jaśniejszą przyszłość. Jeśli trzeba coś zrobić, to po prostu trzeba. Ich dział w sieciowym hipermarkecie - opowiadają - wygląda jak wyższa uczelnia: Agnieszka skończyła zarządzanie i marketing, Honorata - teologię, bezpośredni szef jest po historii i filozofii, koledzy z pracy - po polonistyce i resocjalizacji. No i lubią tę pracę, mogą z pasją opowiadać, jak w sieciowym sklepie stworzyć najlepsze na świecie stoisko z rybami.

 

Mają więc Honia i Aga ciasnotę, ścisk w mieszkaniu, blokowisko i hipermarket. Lecz są jeszcze emocje, ufność, że ta druga zawsze pomoże, projekty, które mogą i muszą wykluć się ze skorupki wspólnych pomysłów. Na 20 metrach kwadratowych można, jeśli się chce, zbudować dom i rodzinę, a i jeszcze znaleźć miejsce dla niespodziewanych gości. Dlatego te fotografie takie barwne i wzruszające, nasycone większą ilością kolorów niż zdjęcia z domów ludzi mówiących, nawet gdyby łgali, że to im się udało, a nie, jak Agnieszce i Honoracie, udało się naprawdę. Honorata mówi: "Szukałam prawdy w swoim życiu. Bóg mnie rozliczy".

 

Jakoś jestem dziwnie spokojny o to rozliczenie.

 

Przeprowadzka do Kalisza (dostały awans) sprawiła, że Aga i Honia już nie muszą brać dodatkowej pracy. Mają teraz pieniądze i na obsługę kredytu mieszkaniowego, i dodatkowe zajęcia dla Natalii.

Od niedawna z rodziną mieszka też syn Agnieszki, Antek. Znajomi ojca Antka namawiali go, żeby walczył o dziecko, ale on nie chce, bo uważa, że chłopiec jest szczęśliwy z Honią i Agnieszką.


Anna Liminowicz - rocznik '79. Zajmuje się przede wszystkim fotografią społeczną, z wykorzystaniem nowych mediów. W 2014 roku za "Między blokami" zdobyła II nagrodę w konkursie Grand Press Photo za reportaż w kategorii Życie codzienne. Więcej na Inproduction.pl oraz na blogu fotografki Blog.annaliminowicz.pl

4

Zorka Project: Uzmysłowiłyśmy sobie, że kobieta bywa matką

Projekt "Matki" Moniki Bereżeckiej i Monika Redzisz, czyli Zorka Project opowiada o relacjach pomiędzy matkami i córkami. Fotografki zaangażowały do niego kobiety w różnym wieku, o różnym stopniu wykształcenia i zamożności.

 

"Fotografowałyśmy już wiele kobiet, ale do tej pory postrzegałyśmy je poprzez pryzmat ich zawodu i zainteresowań. Może to śmieszne, ale dopiero teraz uzmysłowiłyśmy sobie, że kobieta bywa matką." - Zorka Project

 

 

Więcej zdjęć...

5
Fot. Bénédicte Desrus/SIPA USA/EAST NEWS Fot. Bénédicte Desrus/SIPA USA/EAST NEWS

Bénédicte Desrus: W domu spokojnej starości dla prostytutek najsmutniejszy jest Dzień Matki

Artykuł pochodzi z magazynu "Duży Format", który dostępny jest w każdy czwartek z "Gazetą Wyborczą"


 

Katarzyna Brejwo rozmowia z Bénédicte Desrus, francuską fotografką mieszkającą w Meksyku


Kim jest kobieta, która modli się w kaplicy?


- To Sonia. Gdy była nastolatką, poszła na tańce, napadło na nią trzech mężczyzn. Zgwałcili ją, a potem próbowali zabić, by nikt się nie dowiedział. Kula utknęła w czaszce i Sonia do dziś ma sparaliżowaną lewą stronę ciała. Gdy okazało się, że jest w ciąży, matka wyrzuciła ją z domu. Większość kobiet, które fotografowałam, ma podobną historię: trafiają na ulicę, bo są bite, wykorzystywane albo niewyobrażalnie biedne. Po pięćdziesiątce, gdy są już zbyt stare, żeby konkurować o klientów z młodszymi prostytutkami, przychodzą do Casa Xochiquetzal.

 

To dom spokojnej starości dla prostytutek, który działa w Meksyku od 2006 r.


- To chyba jedyny taki dom w Ameryce Łacińskiej, a może i na świecie. Dziwne, prawda? Prostytucja jest powszechna w wielu krajach, dużo się o niej mówi i pisze. Ale nikt nie zastanawia się, co dzieje się z kobietami, gdy nie mogą już pracować. Ja trafiłam tam przypadkiem. Znajomy dziennikarz poprosił, bym sfotografowała dyrektorkę i założycielkę tego ośrodka. Carmen Munoz sama pracowała jako prostytutka. Któregoś dnia dostrzegła staruszkę śpiącą na stercie kartonów na ulicy. Okazało się, że to jej dawna koleżanka. Po tym spotkaniu Munoz postanowiła wywalczyć miejsce, gdzie "emerytowane" prostytutki mogłyby godnie spędzić starość i umrzeć. Wiele z tych kobiet najbardziej boi się właśnie śmierci na ulicy. Norma, jedna z nich, pokazała mi tatuaż z własnym imieniem, który kazała sobie zrobić na ramieniu. "Jak mnie kiedyś znajdą martwą, to przynajmniej nie trafię do masowego grobu" - tłumaczyła.

 

Sonia zaczęła zarabiać na życie jako prostytutka, gdy matka wyrzuciła ją z domu, miała wtedy 14 lat. Dziś ma 64.


Kto może zamieszkać w domu?


- Prostytutki, które skończyły 55 lat. Dziś mieszka tam 26 kobiet, najstarsza ma 86 lat. Mają dach nad głową i jedzenie. Dorabiają, sprzedając papierosy i słodycze albo ręcznie robione swetry. Niektóre jeszcze wychodzą na miasto spotykać się z klientami - regulamin tego nie zabrania. Co tydzień jest zebranie, na którym omawiają bieżące sprawy i ustalają dyżury przy sprzątaniu i gotowaniu. Mają też spotkania z psychologiem, bo wiele z nich potrzebuje pomocy. A poza tym odbywają się wieczorki taneczne, kursy, jak w każdym domu seniorów. Przychodzi ksiądz. Dwie rzeczy są dla tych kobiet bardzo ważne: religia i rodzina.

 

Rodziny je odwiedzają?


Rzadko. A one najczęściej proszą właśnie, by przed śmiercią znaleźć ich krewnych. Chcą, by przyszli przynajmniej na pogrzeb. Niektóre pracowały na ulicy, by zapewnić swym dzieciom lepszą przyszłość, a dzieci często nie chcą potem znać matki prostytutki. Dzień Matki to tutaj jeden z najsmutniejszych dni.

 

Victoria była jedną z pierwszych mieszkanek domu dla prostytutek. Ma ośmioro dzieci i czternaścioro wnucząt.

 

Pokazuje pani swoje bohaterki w intymnych sytuacjach: kiedy biorą prysznic, malują się, modlą.


- Praca nad projektem trwała sześć lat. Przychodziłam tam dwa-trzy razy w tygodniu. Po kilku miesiącach zaczęłam fotografować kobiety bardziej otwarte - na przykład Marię Isabel, która w ośrodku zaczęła pisać wiersze i skończyła kurs literatury. Dla niej nie byłam problemem. Ale była też Lupea, która nigdy nie pozwoliła mi zajrzeć do swego pokoju. Zgodziła się na jedno zdjęcie, na którym stoi odwrócona plecami.

 

Juana bierze prysznic

Canela urodziła się z zespołem Downa i jako jedyna mieszkanka domu dla prostytutek nie ma dzieci. Do pracy w stolicy przyjechała ze stanu Oaxaca.


Więcej zdjeć...


6
Fot. Anna Bedynska / AG Fot. Anna Bedynska / AG

Anita Burdzińska-Bojarska: Matko Polko

Projekt "Matko Polko" to cykl ukazujących dzień z życia Matki i Artystki. Kobiety żyjącej we współczesnym wielkim mieście, mierzącej się z ideałem Matki Polki.

 

Autorką projektu jest Anita Burdzińska-Bojarska (scenograf, kostiumolog, malarka), prywatnie mama dwójki maluchów. Projekt powstał przy współpracy z malarką Agnieszką Zawiszą oraz fotografką Anną Bedyńską, która jest autorką 14 zdjęć.

 

 

Więcej zdjęć...

7
Komentarze
Nie wiem co napisać , jestem zniesmaczona.Zdjęcie ne musi być wykreowane piękne ale nie musi też szokować brzydotą i wulgarnością,czy Matka Polka to cierpienie ,czy szczęście bycia matką.
już oceniałe(a)ś
25
149
@yokoono23 Za dużo się reklam i plotkarskich magazynów naoglądałaś i nikt Ci nie powiedział, że tam nie ma zdjęć, tylko misternie wypieszczone grafiki.
już oceniałe(a)ś
53
5
@yokoono23 Zniesmaczona czym?!? A Ty skąd się wzięłaś, z kapusty się wyklułaś...? Czy też jak reszta z nas przeszłaś przez krew pot i łzy swojej mamy?
już oceniałe(a)ś
37
2
@sawa_i_wars Moja sugestia odnosi się do powyższych zdjęć nie do ,,życia"!
już oceniałe(a)ś
5
24
@yokoono23 A zdjęcia muszą być cukierkowe i nieprawdziwe?
już oceniałe(a)ś
14
2
@yokoono23 Matka Polka to głównie cierpienie. Cierpiętnictwo wręcz. A szczęście bycia matką to akceptacja tego co macierzyństwo niesie; w tym rozstępów, blizn, obwisłości i konieczności wstawania w nocy bez ukrywania, że to męczące normalnie jest.
już oceniałe(a)ś
0
0
@yokoono23 W czym widzisz tą wulgarność? U kobiety, która siedzi tyłem do nas z dopieczonymi skrzydłami, jak elfka?
już oceniałe(a)ś
0
0
SAMO ŻYCIE. Tak już jest i żadne sztuczne upiększanie tego nie zmieni. Zamykacie oczy, bo zdjęcia "za prawdziwe"? Nie podoba się? Dzieciaki jesteście, dzieciaki zamieniające rzeczywistość na złudzenia... żyjecie w świecie wydumanym, świecie sielskim i cacy... ale prędzej czy później zderzycie się z rzeczywistością. A to was bardzo zaboli. A te kobiety są PIĘKNE. Tylko wy - ślepi.
już oceniałe(a)ś
124
12
@miszmasz51 Wiesz, jest taka przypadłość zamieniająca wszystkie kobiety w piękności: nazywa się seksoholizm. Ewentualnie w grę może wchodzić nadmiar wina. A mówiąc serio, skoro (podobno) mamy do czynienia ze sztuką, to pozwól obejrzeć na chłodno, ocenić (bez wkładania dziecka w brzuch), odebrać po swojemu, i potem dopiero stwierdzić, czy nam się podoba,czy nie. Sztuka ma to do siebie, że jest subiektywna. Kobiety są różne: wzniosłe i wulgarne, poetyczne i przyziemne, pociągające i szpetne jak ropuchy. TO JEST RZECZYWISTOŚĆ. Taki estetyczny samogwałt i wymuszanie na sobie odczucia, że wszystkie kobiety są Piękne, Cudowne itp. - to dopiero zaklinanie rzeczywistości. A tutaj... Szczerze? Te kobiety są normalne, ani mnie ziębią ani grzeją. Pozdrawia ślepiec.
już oceniałe(a)ś
19
10
DWIE LESBY W SPELUNCE (one maja wyzsze wyksztalcenie??????). Na to wszystko patrzy dziecko. Makabra.
@dudek72 Makabra to twój idiotyczny tekst.
już oceniałe(a)ś
9
1
@jjana14 Makabra , ze ty nie rozumiesz, ze to jest makabra. Zarabiają podobno po 2500 na rękę, a dwie speluniary nawet ścian sobie nie pomalowały. chcą życ jak w spelunie i to im odpowiada....
już oceniałe(a)ś
3
7
żal mi ich dzieci
już oceniałe(a)ś
9
36
O matko!
już oceniałe(a)ś
29
2
to za takie zdjęcia nie idzie się siedzieć ?
już oceniałe(a)ś
6
19
fantastyczne zdjęcia, polski real!
już oceniałe(a)ś
24
1
MATKA to zawsze piękne słówo
już oceniałe(a)ś
5
1
Przewiń i czytaj dalej Wysokie Obcasy