Jean Luc Godard powiedział kiedyś, że do zrobienia filmu wystarczy pistolet i dziewczyna. Jestem coraz bardziej przekonana, że do zrobienia polskiego filmu wystarczy Małgorzata Szumowska i Michał Englert. Godarda przywołuję jednak nie bez kozery, bo ''Sponsoring'' to film bardziej francuski niż polski. Konkretnie - nowofalowy. Nie zatracając ambicji artystycznych, chce też opowiadać o ekonomii, stosunkach społecznych, polityce, płci, klasie, rasie i relacji władzy z wiedzą, tak jak definiował ją francuski filozof Michel Foucault. Wrzuca nas też po raz kolejny w dyskusje rodem z feminizmu drugiej fali. Czym jest prostytucja? Czy małżeństwo nie jest przypadkiem podobnym procederem, tylko społecznie akceptowanym? Co nas stygmatyzuje bardziej - seks za pieniądze czy brak pieniędzy? Zaraz, zaraz - a może wcale nie po raz kolejny? Nie przypominam sobie, żebyśmy w Polsce mieli drugą falę. Może Szumowska napędzi nam tsunami? We Francji film Szumowskiej będzie bardziej trzeciofalowy - to głos kobiet, które osiągnęły ''wszystko''. Mają sukces, stabilną miłość,
dzieci, cool
pracę, ale nie są pewne, czy nie trafiły do matriksa. Anne śledzi historie dziewczyn, które zdecydowały się na tytułowy sponsoring, i w trakcie
pracy nad tekstem zaczyna się zastanawiać, na co ona sama się zapisała. Szumowska przypomina mi Bunuela w tym swoim satyrycznym, a jednak poetyckim zacięciu do portretowania mieszczaństwa. To dotkliwe drwiny, ale też czuły dotyk. Juliette Binoche jest też jak bunuelowska ''Piękność dnia'' - spragniona transgresji, a jednak przywiązana do konserwatywnych wartości.
''Sponsoring'', reż. Małgorzata Szumowska
''Seks w wielkim mieście'', ''Ostry dyżur'', ''Uwierz w ducha''. Osobno są jak
obiad u babci, kiedy już nie masz siły na przełykanie gorzkich pigułek. Połączone jako składniki przepisu na współczesne ''Love Story'' (kultowy film z 1977 r. na podstawie powieści Ericha Segala o przeklętych kochankach Jennifer i Oliverze) są absolutnie niestrawne. Ból brzucha uśmierza trochę gra Gaela Garc~i Bernala i Kate Hudson. Nie potrafią oni jednak zamieniać -wody w wino. A film jest zły jak odcinek ''
M jak miłość''. Współczesny Oliver jest onkologiem żydowsko-latynoskiego pochodzenia (co jest powodem do ''śmiesznych'' żartów o gefilte fish tacos). Współczesna Jennifer zaś pracuje w agencji reklamowej. Oboje są singlami i to lubią. On, bo chce się poświęcać pracy; ona, bo nie chce, żeby chłopak odszedł jak wcześniej tata. W tej części filmu zdarzają się momenty urocze i bezpretensjonalne jak z dawnych, dobrych czasów serialu ''Przyjaciele''. Ale kiedy ona dowiaduje się, że ma raka, film zamienia się w kiczowaty moralitet o tym, co jest w życiu najważniejsze. O tym zaś, co najważniejsze, wie Bóg, którym okazuje się Whoopi Goldberg. Miałam wątpliwości, czy da się tak na poważnie. Kiedy więc zobaczyłam, że kochankowie chadzają do nocnych klubów, gdzie tańczą z transami i oglądają występy drag queens, pomyślałam nawet, że być może ten film to świadoma drwina z konwencji melodramatu. Ale kiedy patrzyłam potem, jak biedna Kate Hudson prezentuje egzystencjalny ból w lekko rozmazanych smoky eyes, które mają sugerować ciężką chorobę, to nawet tuziny pięknych drag queens nie mogły już pomóc. ''Odrobina nieba'', reż. Nicole Kassell