http://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09googleB.gifhttp://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09googleB.gifhttp://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09google.gif

Hit: Lidia Ostałowska ''Farby wodne''/kit: Magda Kołodkiewicz ''Zupa musi być. Opowieść dobrze przyprawiona''

Kazimiera Szczuka
09.02.2012 , aktualizacja: 31.01.2012 17:59
A A A Drukuj
Kazimiera Szczuka poleca i odradza książki
Kazimiera Szczuka
Kazimiera Szczuka
Zwarte, zdyscyplinowane pisanie. Oszczędne, celne, wolne od wszelkiej grafomanii, sentymentalizmu czy skłonności do holocaustowego kiczu. Imponuje skromnością literackiej formy, tą szczególną, trudną do zdefiniowania ''stosownością'' stylu prozy poświęconej ludobójstwu. Ale nie jest to pisanie zimne czy nawet chłodne. Spokojne - to właściwsze słowo. ''Spokojny reportaż z piekła'' - tak ''Farby wodne'' Lidii Ostałowskiej określiła Irena Grudzińska-Gross. Rzecz dotyczy zagłady europejskich Romów; ich losów i śmierci w obozie Auschwitz. Ale nie tylko. Bohaterką i szczególnego rodzaju przewodniczką po piekle Ostałowska uczyniła Żydówkę, malarkę Dinę Gottliebovą. Studentka akademii sztuk pięknych z Brna ocaliła życie jako lagrowa portrecistka ''rasy'' czy raczej ''ras'' cygańskich. Malowała na zlecenie samego Mengele. Niewiarygodne, ale w stu procentach prawdziwe losy Diny i jej akwarelowych prac stają się nicią prowadzącą nas w głąb, na poszukiwanie bezpowrotnie utraconych wątków, śladów, osób. Cyganie, mordowani w lasach, torturowani i eksterminowani w obozie, stają się dla nas widzialni, wielowymiarowi. Ostałowska okazuje się nadzwyczajną narratorką. Zaplata setki głosów i źródeł w jedną opowieść, w której właściwie nie ma fałszywego tonu. Chciałoby się powiedzieć, że jej pisanie cechuje ''męstwo'', ale może przeciwnie, może to właśnie ''żeństwo'' autorki przesądza tu o efekcie wstrząsającego spokoju, który nie pozwala oderwać się od ''Farb wodnych''?

Lidia Ostałowska ''Farby wodne'', wyd. Czarne, Wołowiec 2011

Łatwa to igraszka zestawić zbiór felietoników z wybitną prozą dokumentalną. To książka i to książka, ale poza tym ma się tak jedno do drugiego jak przeciętna polska komedia romantyczna do ''Shoah'' Lanzmanna. Dziwne wrażenie robi taki zestaw. Ale może i pouczające. Bohaterką zbioru felietonów Magdy Kołodkiewicz jest zupa. Kobieta, młoda mężatka i mama, wesoła, wykształcona i zadziorna na feministyczną modłę - ''siedzi w domu''. Oczywiście nic to z siedzeniem nie ma wspólnego. Sprząta, gotuje, przysypia nad małym Bogusiem o niespożytej energii, marzy o powrocie do pracy, wreszcie - codziennie gotuje zupę. Barszcz, rosół, zupę nic, zupę z soczewicy, z dyni, chłodnik i botwinkę. Czasami nawet jest jakiś seks z mężem. Styl życia bohaterów z pozoru luźny - autorka przejawia sympatię do wegetarianizmu, równouprawnienia, segregowania śmieci i szczęśliwych kur - w istocie opiera się na kilku dogmatach, z których najważniejszy to tytułowe ''zupa musi być''. Tak gotowała matka, babka, ciotka i tak dalej. Ironizujemy na temat bulgocących garnuszków i sadełka wylewającego nam się z rozpiętych dżinsów, ale wiadomo, że innego życia nie będzie. A nawet być nie powinno. Mąż chce jeść mięso - je. Rynek pracy wabi nas za oknem, więc pogodzimy wkrótce sprzeczne role matki i profesjonalistki. Zadumałam się nad tym wszystkim, bo wszakże matka z babką też mogły były niegdyś, być może, choć dumne Polki, obgryzać brukiew z lagrowego kotła? A nic o tym nikomu nie wiadomo. I dobrze!

Magda Kołodkiewicz ''Zupa musi być. Opowieść dobrze przyprawiona'', wyd. Zwierciadło, Warszawa 2011

Zobacz więcej na temat:

Podziel się