http://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09googleB.gifhttp://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09googleB.gifhttp://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09google.gif

Dzieci jedzą śmieci

Katarzyna Bosacka
10.09.2009 , aktualizacja: 03.09.2009 14:27
A A A Drukuj
W supermarketach pełno gotowych zestawów - chipsy, czekolada, sztuczne napoje. Rodzicielska tolerancja dla śmieci w dziecięcym jadłospisie jest wśród amerykańskich rodziców nieprawdopodobna Fot. AP W supermarketach pełno gotowych zestawów - chipsy, czekolada, sztuczne napoje. Rodzicielska tolerancja dla śmieci w dziecięcym jadłospisie jest wśród amerykańskich rodziców nieprawdopodobna
Każdy dzieciak z naszego sąsiedztwa na słowo 'zupa' blednie, a przed burakami czy kapustą ucieka jak diabeł przed kropidłem
Typowe menu w niemal każdej amerykańskiej szkole. Otyłość dziecięca w Stanach to już nie problem, to katastrofa. Podążamy tą samą drogą
Fot. Forum
Typowe menu w niemal każdej amerykańskiej szkole. Otyłość dziecięca w Stanach to już nie problem, to katastrofa. Podążamy tą samą drogą
ZOBACZ TAKŻE
Groza - inaczej nie da się nazwać tego, czym żywione są amerykańskie dzieciaki. Przykład? Najbardziej uroczysty obiad w roku, przed Świętem Dziękczynienia. Rodzina przychodzi do szkoły i za niewielką opłatą zjada posiłek z dziećmi i nauczycielami. Nasza szkoła publiczna w hrabstwie Fairfax pod Waszyngtonem, które słynie z jednego z najlepszych w USA systemów nauczania, tak jak każda inna w Ameryce na rodzicach stoi. Pomagam więc w kuchni, która przygotowała tego dnia przeszło tysiąc obiadów. W białym fartuchu, siatce na włosach i gumowych rękawiczkach pośród aluminiowych szaf wyglądam jak laborantka w fabryce chemicznej. Żadnych palników, żadnych garnków, prawdziwego jedzenia ani widu, ani słychu. Nikt nic nie kroi, nie doprawia, nie sieka, nie próbuje, nie obiera. Obiad nie pachnie, zupa nie kipi, sos nie bulgocze. O, coś tam bełtają. Pan (kucharz?) do aluminiowej brytfanny wlewa zimną wodę i sypie ze srebrnego wora granulki wyglądające jak trutka na szczury, tyle że białe. Brytfanna-szuflada wjedzie za chwilę do wielkiej szafy-podgrzewarki, gdzie skrobiowo-chemiczne granulki zamienią się w ziemniaczane purée. Pani obok przekłada z wielkiej torby do aluminiowego pojemnika mrożoną zieloną fasolkę, inna odbezpiecza aluminiowe megapuchy z gotowym posiekanym indykiem w burym sosie. Do tego żurawina ze słoika i 'nadzienie' indyka - bułka tarta rozbełtana z wodą.



Na co dzień w naszej szkole są frytki i kurczak - gotowiec w panierce, kanapka z masłem orzechowym i dżemem, hamburgery, pizza w piątki. I tak nie jest źle, bo jest surowa marchewka, brzoskwinie z puszki, jogurt, mleko i sok z kartonika. Cola, chipsy i słodycze nie figurują w menu, co nie znaczy, że ich nie ma. Sporo dzieciaków przynosi drugie śniadania z domu w tzw. lunchboksach, czyli naszych torebkach śniadaniówkach. Nie są to jednak zwykle lunche przygotowane przez rodziców, tylko kupione.



W klasie mojego syna na 24 dzieci tylko dwoje przynosi z domu prawdziwe jedzenie - Hindus Sai Konuri (pachnący przyprawami ryż z warzywami i mięsem) i Jaś Bosacki (owoce, warzywa, kanapki z serem, jogurt). W supermarketach pełno gotowych zestawów - rogalik z czekoladą, mała cola, małe chipsy, czerwone cukierki przypominające taśmę-zlepę. Kupujesz jednorazowo 20 zestawów po 2-3 dol. i masz drugie śniadanie dla dzieciaka na cały miesiąc z głowy (obiad w szkole kosztuje ok. 2,50 dol.). Co prawda wraz z boomem na żywność ekologiczną pojawiły się zdrowe alternatywy dla gotowych śmieciowych drugich śniadań, ale są one sporo droższe i nie w każdym sklepie można je kupić. Poza tym rodzicielska tolerancja dla śmieci w dziecięcym jadłospisie jest wśród amerykańskich rodziców nieprawdopodobna. Nawet ci wykształceni i dobrze sytuowani bez mrugnięcia okiem karmią swoje mocno już ciężkie dzieci hamburgerami i colą. Niemal każdy dzieciak z naszego sąsiedztwa na słowo 'zupa' blednie, a przed burakami czy kapustą ucieka jak diabeł przed kropidłem.



Ostatnio nasza szkoła obchodziła 70. rocznicę powstania. Żaden z prawie tysiąca rodziców nie wpadł na pomysł, by ugotować dzieciom zupę, którą 70 lat temu robiła dla swoich uczniów pierwsza dyrektorka szkoły. Każde dziecko przynosiło wtedy z domu to, co miało: ziemniaka, garść kukurydzy, parę fasolek, a ona wrzucała te skarby do gara i gotowała z nich zdrową zupę! Na 70. urodzinach zamiast zupy były słodkie jak ulepek ciastka, megaaukcja na rzecz szkoły i droga kolacja w remizie dla rodziców.



Gdyby zajrzeć do talerzy dzieciakom jedzącym w szkolnych stołówkach, to jak Ameryka długa i szeroka znajdziemy tam: kiełbaski i wafle w słodkim syropie w stanie Waszyngton, cheeseburgery z bekonem w Kalifornii, nachos z serem w Idaho, pizzę i smażonego kurczaka w Teksasie, stek z frytkami w Arkansas, kukurydziane hot dogi w Iowa, a w Karolinie Północnej - frytki i kanapki z wołowiną... Potężne lobby producentów mrożonych frytek i wołowiny od lat finansujące kampanie polityków z prawa i lewa nie próżnuje. Ma o co walczyć. W największej amerykańskiej stołówce - szkole - obiady je 30 mln dzieciaków. Tymczasem w USA otyłość dziecięca to już nie problem, to katastrofa! A do tego badania pokazują, że dzieci, które jedzą obiady w szkolnych stołówkach, ważą więcej niż te, które przynoszą zdrowe drugie śniadania z domu! Zjadają więcej kalorii, więcej cukru, więcej tłuszczu, w tym szkodliwych tłuszczów trans, bo mimo że istnieją limity niezdrowych składników w porcjach jedzenia w szkolnych stołówkach, to według USDA, amerykańskiego ministerstwa zdrowia, w 80 proc. z nich żadnych ograniczeń się nie stosuje! Większość serwuje frytki, tylko 45 proc. - gotowane warzywa. Połowa - pełnotłuste mleko zamiast o połowę chudszego, 2-proc. Szefowie stołówek szkolnych twierdzą, że muszą serwować tłuste posiłki, bo wychowane na pizzy i McDonaldzie dzieciaki nie chcą nawet dotknąć niczego innego.



Zresztą fast foody nie tylko sponsorują drużyny szkolne czy zamieszczają reklamy w szkolnych gazetkach, ale Pizza Hut i Dominos, McDonald's i Taco Bell codziennie sprzedają swoje dania w większości szkół w Ameryce! Jak podaje Amerykańskie Stowarzyszenie Obsługi Wyżywienia Szkół, około jednej trzeciej publicznych szkół średnich w USA serwuje dania z firmowych fast foodów! Efekt? Przez ostatnich 30 lat liczba otyłych dzieci w Ameryce podwoiła się, co oznacza, że wyrosną z nich otyli dorośli, bo nadwagę z dzieciństwa bardzo trudno zgubić. Coraz częściej otyłość u dzieci wiąże się z cukrzycą, chorobami serca, nowotworami. Naukowcy znaleźli ostatnio złogi tłuszczu w żyłach dziesięcioletnich dzieciaków - ich tętnice przypominały naczynia 45-latków!



Amerykańscy rodzice wydają się jednak na ten problem głusi. Owszem, pojawiają się inicjatywy takie jak Two Angry Moms założone przez dwie matki, które wściekłe na sposób żywienia ich dzieci w szkołach zrobiły szum medialny, walcząc o wyrzucenie fast foodów i automatów ze śmieciowym jedzeniem ze szkół. Owszem, jest MeMe Roth i jej Narodowa Organizacja przeciwko Otyłości, która krytykuje harcerki za sprzedawanie ciastek z czekoladą czy celebrytów za propagowanie śmieciowego jedzenia wśród dzieci. Jednak na razie to wszystko kropla w morzu potrzeb. Pac, pac - łyżka purée, łyżka indyka z sosem. Na stołówkowe 'pyszności' podczas obiadu na Święto Dziękczynienia czeka niekończąca się kolejka głodnych dzieciaków i rodziców. Kiedy moja zmiana się kończy i siadam obok pani A (Bonnie Aleksander, ale Amerykanie wszystko skracają), która mojego syna uczy angielskiego, z rozrzewnieniem wspominam kompot, pomidorową i buraczki z mojej zgrzebnej PRL-owskiej stołówki szkolnej.



Zobacz więcej na temat:

Podziel się