Większość ludzi ćwiczących jogę powinna ją porzucić. Gdyby te słowa padły z ust entuzjasty innego sportu albo choćby ortopedy, nikt by się nimi za bardzo nie przejął. Ale wypowiedział je sam Glenn Black, znany amerykański nauczyciel jogi z 40-letnim doświadczeniem, którego uczniowie to gwiazdy i celebryci, a także inni znani nauczyciele jogi. Jakby tego było mało, słowa te Black wypowiedział w wywiadzie opublikowanym niedawno przez wielkonakładowy ''The New York Times''.
No i się zaczęło. Powiedzieć, że Black wsadził kij w mrowisko, to mało. Przez całą amerykańską prasę przetoczyła się w styczniu dyskusja o jodze. Jedni odsądzają go od czci i wiary, inni gratulują mu odwagi. Czym tak bulwersują się Amerykanie?
Tym, że ktoś głośno powiedział, iż joga, jak każdy sport, może być w niektórych przypadkach szkodliwa dla zdrowia.
''Joga jest dobra dla ludzi o prawidłowej postawie i dobrym zdrowiu. Może być też stosowana celowo terapeutycznie. I choć to kontrowersyjny pogląd, uważam, że nie nadaje się jako gimnastyka dla wszystkich'' - powiedział Black.
Hindusi siedzieli w kucki lub po turecku całymi dniami i dla nich asany były czymś naturalnym. Ludzie Zachodu siedzą zaś całymi dniami za biurkiem i dwa razy w tygodniu przychodzą do
studia jogi, gdzie z całych sił próbują wykręcać swoje ciało w nienaturalne i coraz trudniejsze pozycje, mimo że nie jest ono wystarczająco elastyczne i że cierpią na różnego rodzaju przypadłości. Wszystko to wydaje się dość oczywiste. Właściwie to samo można by powiedzieć o każdym sporcie i nikt by się nie oburzał. Dlaczego więc joga rozpaliła w Stanach aż takie emocje?
Odpowiedź znajdziemy, jeśli się przyjrzymy, czym joga stała się dla Amerykanów.
Gorąca branża Po pierwsze, na pewno jest gigantycznym i bardzo konkurencyjnym przemysłem. Według firmy badawczej IBISWorld przez najbliższe pięć lat rynek ten będzie w Stanach Zjednoczonych rósł w tempie 5 proc. rocznie, osiągając wartość 8,3 mld dol. Nieźle jak na czasy kryzysu. Studia jogi wyrastają w amerykańskich miastach jak grzyby po deszczu. Co roku jest ich średnio o 7,5 proc. więcej. W tej chwili działa w Ameryce ponad 25,5 tys. ośrodków jogi. Od 2006 r. wpływy przemysłu związanego z jogą rosną średnio rocznie aż o 9,5 proc.
Konkurujące ze sobą ośrodki jogi zatrudniają kilkadziesiąt tysięcy instruktorów. Jogę można dziś ćwiczyć w Stanach praktycznie wszędzie. Nie tylko w specjalistycznych studiach jogi, ale i w większości lokalnych sal gimnastycznych, w biurach, szkołach, hotelach, w parkach, a nawet w szpitalach i coraz częściej w więzieniach. Do popularnych rodzajów jogi: power, dźiwanmukta czy bikram, wciąż dochodzą nowe, wymyślane przez kolejnych ''mistrzów''. Czy ktoś chce w czasie zajęć pocić się, śpiewać, czy się śmiać - znajdzie coś dla siebie. Trudno się w tej sytuacji dziwić, że po wypowiedzi Blacka dla ''NYT'' na stronie internetowej gazety pojawiło się aż 700 wzburzonych komentarzy.
Joga doda ci skrzydeł Po drugie, joga jest wielką zbiorową fantazją wielkomiejskich Amerykanów. Bardzo dobrze obrazuje to trzyminutowa reklamówka jednego ze studiów jogi. Nakręcona w dwupoziomowym apartamencie w
luksusowym nowojorskim hotelu pokazuje piękną kobietę demonstrującą perfekcyjnie kolejne asany, ubraną tylko w czarny koronkowy stanik i majtki. Podczas gdy ona zaprzecza prawom fizyki, wyginając śmiało ciało, na zdecydowanie ''używanym'' łóżku drzemie przystojniak. Film zdaje się mówić: to wszystko da ci joga - perfekcyjne ciało, świetny seks, stoicki spokój i fantastyczne mieszkanie z 360-stopniowym widokiem na Manhattan.
No i znalazło się wielu takich, co w to wierzą. Czyż jogi nie uprawiają wszyscy celebryci? Coś w niej zatem musi być. W latach 2001-11 liczba adeptów jogi w Stanach Zjednoczonych wzrosła z 4 mln do 20 mln. Drugie tyle respondentów twierdzi, że chętnie by jogę uprawiało.
Z badania YIAS (Yoga in America Study) wynika, że ponad 70 proc. ćwiczących to kobiety. Wybierają ten rodzaj gimnastyki na ogół ludzie zamożni - aż 68 proc. zarabia powyżej 75 tys. dol. rocznie.
Narcyz przed lustrem Po trzecie, joga służy osobom obsesyjnie dbającym o wygląd - jest sposobem na zachowanie szczupłej sylwetki. Ludzie poddani na co dzień stresowi
pracy w gospodarce wolnej konkurencji, ambitni mieszkańcy Nowego Jorku i innych wielkich miast zbierają się w sali pełnej luster - i co widzą? Inni ćwiczą lepiej ode mnie i lepiej ode mnie wyglądają! Trzeba się bardziej postarać. Katują się więc tak długo, aż spoglądanie w lustro zaczyna im przynosić satysfakcję.
''Joga nigdy nie miała być sportem rywalizacji jak
hokej na lodzie - pisze na
blogu Suketu Mehta, wykładowca dziennikarstwa na Uniwersytecie Nowego Jorku. - I gdy trafiła na grunt tego intensywnie konkurującego społeczeństwa, gdzie jeszcze otrzymała komercyjne turbodoładowanie, jej pierwotny sens całkowicie się zagubił''. Chodziło o to, by przygotować ciało na siedzenie bez ruchu i głęboką koncentrację, a skończyło się jak zwykle - na rzeźbieniu pośladków.
Wśród komentarzy w internecie obok często podejmowanego wątku narcyzmu nauczycieli i adeptów jogi w Stanach pojawia się też niepokój o psychiczne uzależnienie od charyzmatycznych osobowości. Była nauczycielka Joslyn Hamilton pisze o tym, jak może dochodzić do kontuzji, gdy ludzie bezkrytycznie przyjmują polecenia prowadzącego, zamiast wsłuchać się we własne ciało i przede wszystkim mu nie szkodzić. Gorsza od narcyzmu jest jej zdaniem chęć powierzenia odpowiedzialności za siebie i swoje ciało jakiemuś wyższemu autorytetowi, który często jest po prostu facetem z własnymi problemami.
Mcdonaldyzacja jogi Wielki popyt na zajęcia jogi w Stanach dodatkowo je wypaczył. Wiele sal jest przepełnionych, a nauczyciele często nie mają odpowiednich kwalifikacji. W tej sytuacji nietrudno o wypadki przy pracy. Wiele takich kontuzji opisuje właśnie korespondent naukowy ''New York Timesa'', który sam zresztą padł ofiarą nadmiernej ambicji w czasie ćwiczeń jogi i uszkodził sobie kręgosłup.
Jak zauważa jeden z przedstawicieli nowojorskiego stowarzyszenia jogi aśtanga, w Stanach Zjednoczonych joga uległa mcdonaldyzacji, jej masowość i sukces finansowy przyniosły szkodę jakości.
W pradawnej tradycji jogi o skromne potrzeby życiowe nauczyciela - dach nad głową, woreczek ryżu, miseczkę cukru, jakieś ubranie - dbali jego uczniowie. Nauczyciel zaś dzielił się z nimi swoją wiedzą i nie wchodziły w grę żadne względy komercyjne. Ale nie tylko to się zmieniło. Przede wszystkim zapomniano o tym, że joga miała między innymi służyć wyzbyciu się ego.
Tymczasem, jak pisze ''NYT'', wiele poważnych kontuzji powstaje właśnie z nadmiaru ambicji i nauczycieli, i uczniów. Paradoksalnie, joga w amerykańskim wydaniu przyciąga osoby o wybujałym ego i sprzyja jego dalszym przerostom.
Pierwotnie miała być drogą duchową, a ćwiczenia fizyczne miały tylko wspomagać zdolność koncentracji. Dziś ćwiczenia fizyczne są jedynym, co z jogi zachodnie społeczeństwa wzięły. Prawie każdy w Stanach wie, co to jest hatha-joga, ale czy ktoś w ogóle dziś słyszał o karma-jodze (ścieżce działania), bhakti-jodze (ścieżce pobożności), dźńana-jodze (ścieżce wiedzy)? Nie, ale za to mają tam jogę na golasa, jogę hiphopową, gorącą jogę, jogę chrześcijańską, jogę dla psów itd.
Pozycja dla każdego Wygląda na to, że joga może być dziś dla każdego tym, czym ją uczyni. Dla jednych będzie gimnastyką odchudzającą, dla innych - akcesorium stylu; jedni będą szukać kontaktu z ludźmi, inni - z samym sobą; jednych wyciszy, innym postawi nowe wyzwania. Jak podkreśla prof. Suketu Mehta, hatha--joga nie jest dla wszystkich, ale pozostałe - owszem. Nie każdy może i powinien stać na głowie, ale każdy może użyć głowy, aby trochę zmienić świat. Jego zdaniem najlepszym nauczycielem jogi był Gandhi, który napisał: ''Nie ten jest joginem, który siedzi i ćwiczy oddychanie, lecz ten, który patrzy na wszystko sprawiedliwym okiem i widzi inne istoty w sobie''. Ta pozycja z pewnością złagodzi stres u każdego.