Coraz więcej matek po urodzeniu dziecka twardo negocjuje warunki powrotu, walcząc o elastyczny czas pracy albo o zatrudnienie na pół etatu. Rzadko to się udaje w korporacjach, częściej w mniejszych firmach. Ale jeszcze więcej jest takich, które zakładają własny biznes.
Uwolnić Matkę - Urodziłam synka w maju 2009 roku, miałam 27 lat. Mąż po dwóch tygodniach wrócił do pracy, a ja zostałam sama z dzieckiem w domu. Źle to znosiłam. Nie jestem typem domatorki - mówi Pola, właścicielka kawiarni Uwolnić Matkę. - Zima była dla mnie szczególnie trudna. Pamiętam swoje zamarznięte palce na poręczy wózka. Bruno zasnął, taki wspaniały moment, żeby wreszcie poczytać książkę, a ja muszę cały czas chodzić, bo nie ma kawiarni, w której mogłabym usiąść, wózek ze śpiącym dzieckiem zostawić na zewnątrz i widzieć go. I żeby to nie było przy ruchliwej ulicy, bo hałas budził małego. Wtedy zaczął mi w głowie kiełkować pomysł, żeby stworzyć miejsce dla takich osób jak ja - dla mam, które żyją w naszym klimacie, w którym przez osiem miesięcy w roku jest zimno, a w domu nie można wiecznie siedzieć, bo to źle wpływa na psychikę.
Pola jest naukowcem. Na czas urlopu macierzyńskiego zawiesiła pisanie doktoratu na Uniwersytecie Wrocławskim o ewolucyjnym podłożu adopcji. Skończyła filozofię w Warszawie i antropologię biologiczną w Londynie, pisała prace z pogranicza biologii i etyki na temat małp człekokształtnych. - W Polsce Darwin i jego teoria są traktowani po macoszemu - mówi. - Szczególnie kiedy odnosi się do macierzyństwa i obala związane z nim mity. Są dwa modele bycia matką. Kulturowy - wpajający nam, że kobieta powinna poświęcić się dziecku i czuć się z tego powodu szczęśliwa i spełniona. I ten ewolucyjny - po urodzeniu dziecka kobieta funkcjonuje normalnie w społeczności. Bycie matką nie jest jej jedyną rolą. U małp to widać wyraźnie - matka opiekuje się dzieckiem, ale to nie przeszkadza jej funkcjonować w stadzie. Nigdy nie jest z dzieckiem sama, zawsze jest w grupie, która jej pomaga. Sytuacja, którą mamy teraz, kiedy mąż pracuje na pełen etat, a kobieta zostaje z dzieckiem w domu, jest niezwykle ciężka dla psychiki. Taka sytuacja nie istnieje w przyrodzie wśród bliskich nam gatunków. Sama odczułam to na własnej skórze.
Po urodzeniu syna miałam wielką potrzebę aktywności, działania, współpracy z ludźmi. Radykalny odwrót od ślęczenia nad książkami. Jakby po urodzeniu dziecka coś się we mnie odblokowało, jakby nowy kanał udrożnił się w umyśle. Postanowiłam stworzyć taką kawiarnię, jaka była mi potrzebna. Wiedziałam, że sama nie dam rady, i zaproponowałam współpracę koleżance Kasi Koper, która też miała małe dziecko i te same odczucia. Nie bałyśmy się ryzyka. Może to było nieco aroganckie, bo nie przeprowadziłyśmy żadnych badań, czy takie miejsce jest potrzebne. Ale to wynikało tak mocno z nas, że miałyśmy nadzieję, że innym mamom też dobrze się przysłuży.
Poszło nam bardzo szybko. W marcu miałyśmy lokal, w maju ruszyłyśmy. Miejsce wybrałam intuicyjnie. Jest na uboczu, ale kiedy weszłam do tego ogrodu, wiedziałam, że to jest to. Nazwa powstała na jednym ze spotkań z przyjaciółmi. Uwolnić Matkę w sensie dosłownym, ale też metaforycznie - uwolnić od stereotypów. Włożyłam w to wszystkie moje oszczędności; mam satysfakcję, że nie poszły na nowy
samochód albo plazmę! Ale to nie były duże pieniędzy, więc przydało się każde wsparcie - całe nasze rodziny były w to zaangażowane. Same malowałyśmy ściany, urządzałyśmy wnętrze. Logo, babuszka to wspólna praca moja, Kasi i mojej siostry Karoliny, graficzki.
Prowadzimy u nas warsztaty dla mam; wiele matek niepracujących mówi o poczuciu winy, bo mimo wielkiej miłości do swojego dziecka wariują same w domu. Próbowałyśmy też stworzyć Klub Wystarczająco Dobrych Mam, taką siatkę wzajemnej pomocy, żeby kobiety z naszej dzielnicy się poznały i zaczęły się ze sobą spotykać, rozmawiać, dzielić troskami, ale to jakoś nie wyszło. W Anglii na porządku dziennym są kluby dla mam. My w Polsce jesteśmy trochę takimi Zosiami Samosiami: od tygodnia nie przespałam całej nocy, bo dziecko ma kolki, ale na zewnątrz się uśmiecham, wszystko jest wspaniale. Może trzeba się czasem przyznać, poszukać wsparcia? W tradycyjnych społeczeństwach kobiety siedzą razem, pracują, gotują, wyplatają. Moim marzeniem jest, żeby dziś matki robiły znów to, co robiły od zawsze - spotykały się i gadały, a ich dzieci bawiły się razem obok nich. Taki mam plan, taką misję: niech się mamy spotykają.
White & Black - Trzy lata temu zaszłam w ciążę i zapisałam się do szkoły rodzenia - opowiada Julia Bąkowska, 31 lat, z Gdańska. - Na jednym z wykładów dowiedziałam się, że czarno-białe przedmioty stymulują rozwój noworodka. Rozejrzałam się po sklepach z artykułami dla dzieci i nie znalazłam nic czarno-białego. Same róże, błękity, pastelowe kolory. Coś z tym trzeba zrobić, pomyślałam. Od dawna już chciałam otworzyć coś swojego. Jestem po pedagogice i politologii. Przez ostatnie dwa lata pracowałam jako trener PR i marketingu. Było OK, ale trochę mnie już męczyło, że wciąż powtarzam to samo, tylko grupy się zmieniają. Jeszcze wcześniej przez wiele lat byłam przedstawicielem handlowym. Siedziałam w pracy po 12 godzin. Miałam dobre wyniki i coraz lepsze stanowiska, ale przestało mnie to kręcić. Odeszłam. Nie lubię pracować u kogoś. Powiedziałam o swoim pomyśle Patrycji, mojej znajomej.
- Od razu się w tym temacie zakochałam - mówi Patrycja Szymichowska, 25 lat. - Julia nie musiała mi zbyt dużo tłumaczyć, bo znałam tę teorię z wykładów na psychologii. Dziecko po urodzeniu widzi jedynie czarno-białe kontrasty. Czarno-białe przedmioty w jego polu widzenia pobudzają mózg i stymulują rozwój intelektualny i psychoruchowy. Dzieci zaczynają szybciej siadać, szybciej nawiązują kontakt z otoczeniem. Pierwszy zwykle około czwartego miesiąca pojawia się kolor czerwony, około ósmego - żółty i zielony; dopiero wtedy sensowne jest pokazywanie dziecku kolorowych rzeczy. Zostały mi wtedy dwa miesiące do obrony; pracowałam w knajpie, ale nie chciałam utknąć w gastronomii i intensywnie zastanawiałam się, co dalej. Interesowała mnie psychologia biznesowa, tworzenie marek. Propozycja Julii, żebyśmy stworzyły od podstaw firmę, która będzie produkować czarno-białe produkty dla dzieci, żebyśmy stworzyły nową markę - to był dla mnie po prostu strzał w dziesiątkę. Rok temu założyły firmę, w którą Patrycja zainwestowała swoje oszczędności.
- Postanowiłyśmy produkować zwykłe przedmioty dodatkowo stymulujące rozwój dziecka. Poprosiłyśmy znajomą projektantkę Maję Ratyńską o propozycje wzorów; każdy z nich konsultowałyśmy potem z psychologiem. Krok po kroku uczyłyśmy się wszystkiego - co jest potrzebne do produkcji, do kogo dzwonić, o co prosić. Wreszcie miałyśmy w ręku 250 produktów. Tylko że nie wiedziałyśmy, co dalej z nimi zrobić. Gdzie sprzedawać? I wtedy zdarzył się cud. Zadzwoniłam do znajomej, która pracowała w telewizji, a ona nasze zgłoszenie przesłała do 'Dzień Dobry TVN'. Nie miałyśmy wielkiej nadziei, że nas zaproszą, tymczasem zadzwonili następnego dnia, że mamy stawić się w studiu. Tylko w czasie trwania programu miałyśmy 6 tys. wejść na naszą stronę! Posypały się zamówienia, które nas uratowały.
Przez cały rok tylko inwestowałyśmy. Dopiero teraz zarabiamy na kolejne produkcje, dla siebie wciąż nie mamy nic. Zdarzają się kryzysy - po co ja to robię, jeśli nie mam z tego pieniędzy? Dla samej idei? Ale to mija. Kochamy ten projekt. Jak na cztery miesiące na rynku i tak odniosłyśmy duży sukces. Współpracujemy z dużymi sklepami internetowymi i mamy już podpisaną umowę z siecią stacjonarną - wchodzimy do sklepów. Chwyciło! Jesteśmy promowane przez Pomorski Park Naukowo-Technologiczny, jesteśmy w Inkubatorze Przedsiębiorczości. Dostałam też propozycję założenia grupy badawczej na Uniwersytecie Gdańskim i zrobienie doktoratu na podstawie tych badań - dokładnie: jak i na co wpływa stymulacja czarno-białym kontrastem.
To naprawdę działa. Na targach podchodzą do nas ludzie z maleńkimi dziećmi. Kiedy pokazujemy nasz czarno-biały wzór, wzrok dziecka natychmiast się na nim skupia, dziecko wyciąga rączki. Ale społeczne stereotypy są bardzo silne. Sprawiają, że kupujemy dziewczynce różowe, a chłopcu niebieskie kocyki. Czasem nawet ci, którzy widzą reakcję dziecka, mówią: 'No tak, ale pokój dziecka powinien być kolorowy'. To jest zbyt smutne.
Mamania - Gdyby nie Bronka, pewnie nie założyłabym tego wydawnictwa - mówi Ania Zdrojewska, 27 lat, kulturoznawczyni, mama trzyletniej Bronki. - Bronka urodziła się mała. I nikt nie wiedział, dlaczego tak jest. Nigdy nie byłam osobą podatną na wpływy, ale zanim się obejrzałam, wpadliśmy w ten kocioł: bieganie po lekarzach, rozszerzanie diety. I wtedy wpadła mi w ręce angielska książka 'Bobas lubi wybór' o tym, że dziecku należy od początku pozwolić jeść samemu, dawać po prostu do rączki ugotowaną marchewkę albo kawałek jabłka i już. Po przeczytaniu tej książki stopniowo zrezygnowałam z wszelkich papek; Bronka jeść więcej nie zaczęła, ale poziom naszego stresu spadł kilkakrotnie.
Drugą ważną książką, którą wtedy przeczytałam, było 'W głębi kontinuum' Jean Liedloff. Autorka opisuje różnice w wychowywaniu dzieci przez Indian z plemienia Yequana i przez Amerykanów lat 70. Biorąc za wzór tych pierwszych, autorka propaguje bliskość - naturalny, instynktowny sposób traktowania dziecka, zapomniany w cywilizacji zachodniej. Miałam wrażenie, że tych książek bardzo w Polsce brakuje. Wtedy narodził się pomysł wydawnictwa. Byłam wtedy na studiach doktoranckich, prowadziłam zajęcia na wydziale dziennikarstwa. Wcześniej pracowałam w telewizji w kanale Kultura, robiłam film o podziemiu aborcyjnym, angażowałam się w ruch feministyczny i scenę punkową. Wydawnictwo jest ryzykownym biznesem, bo ludzie w Polsce mało czytają, ale się nie bałam. Mam silną więź z moim mężem, z moją siostrą, z mamą. Oni mi pomagali.
Działam od półtora roku. Wydałam dziesięć książek, wszystkie o rodzicielstwie i bliskości - o porodzie naturalnym, o karmieniu piersią. Wydaje mi się, że macierzyństwo jest takim szczególnym czasem w życiu kobiety, w którym musi ona opowiedzieć się po pewnej stronie. Kobiety często pozostają wycofane; tutaj nie mogą uniknąć decyzji. Czy w ogóle chcę być matką, czy nie? Czy wybiorę
poród naturalny? Czy będę karmić piersią? Czy będę pozwalała, żeby dziecko ze mną spało? Czy będę mamą pracującą? Te wybory pokazują jak w soczewce ich stosunek do dziecka, do swojego ciała, do swojej roli w społeczeństwie. O tym piszę teraz doktorat na kulturoznawstwie - o macierzyństwie jako sytuacji konfliktu. Książki pomagają w dokonywaniu tych wyborów.
Najlepiej się sprzedaje 'W głębi kontinuum', choć to nie jest książka zaprojektowana na hit. To pokazuje, jak bardzo była potrzebna. Bo mimo że opisuje lata 70. w Stanach Zjednoczonych, jest aktualna i u nas dzisiaj. Wciąż odwracamy naturalny porządek - usamodzielniamy na siłę małe dziecko, a upupiamy starsze. Małe dziecko kładziemy w osobnym łóżeczku, nie nosimy za dużo, 'żeby się nie przyzwyczaiło'. A 12-latka wszędzie wozimy
samochodem, bo boimy się go puścić samego do autobusu. Bądźmy na początku blisko dziecka, po to by mogło być później samodzielne.