Po moim ostatnim felietonie 'Dobre gwiazdy' prezes zarządu Stowarzyszenia na rzecz Pomocy Osobom Niepełnosprawnym 'Siedlisko' napisała do mnie list określony jako 'polemiczny'. Chętnie odpowiadam, zwłaszcza że w liście jest prośba o ustosunkowanie się do niego. W związku z tym krótki cytat: '...pragnę zwrócić uwagę, że udział znanych i popularnych osób w działalności na rzecz słabszych, cierpiących jest niezwykle ważny. To blask gwiazdy sprawia, że organizacje, których działania z założenia opierają się na pracy społecznej, wolontariacie, stają się machiną gromadzącą ogromne środki'. List kończy się zdaniem: 'To prawda, że nominacje i gale nie zawsze odzwierciedlają uczciwy stan rzeczy, ale poza Pani oburzeniem pozwolę sobie zauważyć, że najważniejszy jest biedny, bezbronny człowiek'.
Dziękuję za list, ale kłopot w tym, że ja tu nie widzę polemiki. Nie tylko jestem za tym, żeby gwiazdy wdawały się w pomoc jak najszerzej idącą, ale przede wszystkim też uważam, że 'najważniejszy jest biedny, bezbronny człowiek'. Co więcej, życzę Siedlisku jak najwięcej gwiazd - tych skromnych i tych próżnych... Zresztą to nie jest łatwe. Lista osób, które w lans sponsorowany wliczoną mają charytatywę, jest ścisła jak casting do atrakcyjnego filmu. Po charytatywnej akcji z gwiazdami, którą miałam okazję obserwować, nie każda załapała się na wspólną fotografię do prasy. Karty są rozdane - nie każdemu wolno pomagać w blasku fleszy. Niezależnie od tego jestem za uczestnictwem gwiazd we wszelkiej pomocy. Jedyne, za czym nie jestem, to wystawne gale, nagradzanie gwiazd za takie wsparcie i blask. Gwiazdy mają go naprawdę wystarczająco dużo. Nagrody o bardzo górnolotnych nazwach sugerują, że ktoś dokonuje ogromnego wysiłku. Otóż ten wysiłek jest często żaden w stosunku do codzienności wolontariuszy, a słowa, które towarzyszą gwiazdom - nieadekwatne do ich zasług. No właśnie. Słowa... Tak jak długo odczekałam przed skomentowaniem okładki 'Newsweeka' z nagrodzonymi gwiazdami, tak długo czekam z komentarzem do okładki 'Super Expressu' z 'wybitną aktorką Katarzyną Cichopek, która idzie w ślady największych polskich pisarzy'.
'Po co to pani czyta?' - zapytała mnie osoba stojąca tuż za mną w sklepie spożywczym. Ja tego nie czytam. Ja to oglądam. Widzę to, czy chcę, czy nie chcę, ponieważ to leży tuż obok potrzebnych mi warzyw i jajek. Nie mogę więc nie zobaczyć, nie zapamiętać, że Katarzyna Cichopek zostanie jedną z największych polskich pisarek. Co więcej, jako osoba zainteresowana polską literaturą kupiłam sobie ten numer z nadzieją, że może naprawdę istnieją przesłanki, że rośnie nam talent literacki. Bo dlaczego nie? Może w środku numeru znajdę jakiś cytat, recenzję wybitnego krytyka... W środku numeru znajduję tłustym drukiem: 'Wybitna aktorka idzie w ślady Sienkiewicza, Reymonta, Orzeszkowej', a dalej argument: Katarzyna Cichopek ma zamiar pisać. Nie to, że pisze. Ma zamiar.
A będzie to kolejny poradnik dla mam, który wpisze ją w poczet 'pisarzy jak Reymont i Sienkiewicz'. Ja nie mam nic przeciw Katarzynie Cichopek. I nie przyjmę polemiki z listami o tym, że mam coś przeciw poradnictwu. Mam natomiast coś przeciw kradzieży słów, nazwisk i pojęć dla lobbowania gwiazd. I nie umiem się wyluzować. Zobaczyć tego jako konwencji. Konwencją 'Super Expressu' może być zachwalanie i lobbing - ale w swoim języku. Poradnik Cichopek może być super. Może być nawet wyjątkowy, a przede wszystkim potrzebny. Poradniki jednak nie są nigdy 'wielkie' ani 'wybitne'... To słowo nie jest potrzebne poradnikom. Jest natomiast potrzebne pisarzom, ale pod warunkiem, że waży tyle, ile waży, a nie tyle co zużyta ścierka.
'Czym ty się przejmujesz? »Super Expressem «?' - zapytał znany mi prawdziwy pisarz. Jest doceniany głównie za granicą, gdzie ma poczucie, że jego książki są żywe i istnieją w publicznym obiegu. I tam jeździ być pisarzem. Tutaj przyjeżdża coraz rzadziej, bo - jak mówi - po co ma przyjeżdżać? 'Tutaj jest dziecinna zabawa. Wyrosłem'. Takich jak on jest więcej. I tym się właśnie przejmuję.