Dominika Mam 36 lat, jestem dziennikarką. Bardzo długo nie chciałam mieć dziecka. Pracowałam, podróżowałam, prowadziłam bujne życie towarzyskie. Pamiętam swoje 30. urodziny, które dla wielu moich koleżanek są pierwszym z ostatnich dzwonków. A we mnie? Żadnego odzewu.
W końcu poczułam, że chcę mieć dziecko. Miałam 33 lata, sporo już o sobie wiedziałam, wiele rzeczy, które chciałam zrobić, zrobiłam, byłam w wieloletnim związku. Do ciąży podeszłam bardzo świadomie. Od początku byłam zdecydowana na cesarskie cięcie. Mam młodszego brata, który jest niepełnosprawny. Podczas porodu nastąpiło niedotlenienie. Gdyby mama miała w odpowiednim momencie cesarkę, mój brat byłby zdrowy. Bardzo się bałam podobnej sytuacji i do porodu naturalnego nie był w stanie mnie przekonać żaden argument.
Moją decyzję od razu zaakceptował mąż, rodzina i przyjaciółka. Poza nimi niemal wszyscy namawiali mnie, żebym urodziła naturalnie. Czułam się indoktrynowana. Nawet bardzo bliskie mi osoby uważały, że to jest jakaś fanaberia. Jestem feministką i podpisywałam się całym sercem pod hasłami typu 'poczuj swoją kobiecą siłę'. Ale nadrzędne jest dla mnie prawo do wyboru. 'Podjęłam decyzję o cesarce na życzenie, jeśli chcesz posłuchać, powiem ci, jakie mam powody. Ale nie przekonuj mnie, bo moja decyzja już zapadła' - mówiłam.
Jeszcze niedawno usłyszałam zdanie: 'Jak słyszę o cesarkach na życzenie, to uważam, że egoizm zniszczy naszą cywilizację'. Trochę mnie to rozśmieszyło. Ja też czytałam, że mieszkanki Manhattanu rodzą w ósmym miesiącu, żeby nie mieć rozstępów, a szefowe wielkich firm umawiają się na cesarkę o 13, bo o 11 mają jeszcze spotkanie zarządu. Tylko że w prawdziwym życiu takich kobiet nie spotkałam.
W szpitalu państwowym nie miałabym ani pół wskazania do cesarki. Ciąża przebiegała idealnie. Wybrałam prywatny szpital. Nie ma co ukrywać, że to jest duży komfort, który sporo kosztuje. To przykre, że taki spokój trzeba sobie kupić. Wspominam ten dzień wspaniale. Kiedy jechaliśmy do szpitala, myślałam: 'To niewiarygodne, ale w ogóle się nie denerwuję'. To było takie nierealne, że zaraz będę miała dziecko.
Weszliśmy na salę operacyjną. Dwóch lekarzy, neonatolog, położna, dwie pielęgniarki, wszyscy mili. Mąż mógł zostać przy mnie. Od pasa w dół zasłonili mnie parawanem. Dostałam znieczulenie w kręgosłup. Pani anestezjolog cały czas mnie zagadywała: 'Gdzie była pani na najpiękniejszych wakacjach?'. 'Najbardziej na świecie kocham Nowy Jork' - odpowiadałam. Wszystko trwało 13 minut. Nic nie bolało, ale czułam, co się ze mną dzieje, czułam, jak wyjmują mi dziecko z brzucha. Usłyszałam płacz mojego synka i się rozpłakałam. Kilka minut później przynieśli mi go już ubranego. Potem małego trzymał Łukasz, a lekarze zszywali mój brzuch. Kiedy wywożono mnie z sali operacyjnej, zobaczyłam mojego męża z synkiem na rękach i to był taki widok, że do tej pory się wzruszam, kiedy o tym opowiadam. Chwilę potem byliśmy już sami we trójkę w moim pokoju, przytulałam Felka i przystawiałam go do piersi. Nie miałam żadnych problemów z karmieniem. To jest chyba tak, że jeżeli wszystko idzie zgodnie z oczekiwaniami kobiety, jeśli dziecko pojawiło się po drugiej stronie brzucha w taki sposób, w jaki chciała, to jest naprawdę wielki power i hormony działają tak, jak powinny. Byłam w szpitalu trzy dni. Miałam osobny pokój, Łukasz był z nami od rana do nocy, przyjechali rodzice. Rana bolała, ale dostałam środki przeciwbólowe, ból był minimalizowany, a ja bardzo szybko wracałam do formy.
Uważam, że matka powinna mieć wybór. Kobiety nie tracą
w ciąży rozumu, każda jest w stanie wybrać dla siebie i swojego dziecka najlepszą opcję, jeśli tylko się jej uczciwie przedstawi za i przeciw każdego z możliwych rozwiązań. Mam wrażenie, że kobiety nie bólu boją się najbardziej, tylko tego, jak zostaną potraktowane w szpitalu, że nikt nie będzie się z nimi liczył ani informował ich, co się dzieje. Że zostaną nacięte, położone na wznak i będą rodziły wbrew grawitacji, bo tak będzie wygodnie lekarzowi czy położnej, że
poród będzie przyspieszany, że zetkną się z wielką szpitalną machiną. To jest najbardziej przerażające.
Justyna Jestem późną mamą. Zawsze chciałam mieć dzieci, ale mój związek dojrzał do tego, dopiero kiedy miałam 37 lat. Wcześniej żyłam w takim wewnętrznym chaosie. Mój dom rodzinny nie był łatwy: tata pił, a mama próbowała jakoś to wszystko ogarnąć. Bardzo brakowało mi wyrażania emocji. Przeszłam terapię, która zdecydowanie zmieniła moje bycie w świecie. Wtedy też zaczynałam rozumieć, że każda kobieta wie, jak urodzić swoje dziecko. Od początku byłam pewna, że chcę rodzić w domu, nigdy nie lubiłam szpitali, moje ciało się tam spina. Nie byłam pewna, jak na to zareaguje Romek, dlatego od razu dałam mu wolną rękę. Ale Romek zachował się super, powiedział, że to ja jestem w ciąży i że mi ufa.
Byłam zdrowa, ale mój wiek dla większość lekarzy był wystarczającym powodem do obaw. Nie miałam ochoty tego wszystkiego wysłuchiwać, więc od razu poszłam do pani doktor, która sama rodziła w domu. Obydwie ciąże były dla mnie takim mocnym czasem zaglądania w siebie. Miałam absolutny wstręt do książek o ciąży i porodzie. Ciąża z Magdą i poród były jak takie płynięcie. Chciałabym we wszystkich dziedzinach życia mieć tyle ufności do samej siebie. Paradoksalnie, to w drugiej ciąży, z Mikołajem, było więcej napięcia, ale słyszałam płynący od niego głos: 'Mama, spokojnie, wszystko będzie dobrze'.
W czasie ciąży z Magdą zajmowałam się jeszcze Adrianem, dziewięcioletnim autystycznym chłopcem, którego byłam mamą zastępczą. Zabrałam go z domu dziecka, gdzie pracowałam jako wolontariuszka. To była ostra postać autyzmu. Po urodzeniu Magdy zrobiło się bardzo trudno, bo Adrian zaczął się szybko cofać. Wrócił do pampersów, strasznie krzyczał po nocach. To była dla mnie bardzo trudna decyzja, ale musiałam go oddać do ośrodka. Ostra lekcja moich możliwości i ograniczeń, tego, co mogę zrobić, a czego już nie daję rady. Opieka nad dwójką małych dzieci w porównaniu z opieką nad Adrianem to jest nic.
W szóstym miesiącu umówiłam się z położną, która jako pierwsza w Polsce przyjmowała domowe porody. Przygotowałam mieszkanie. Na łóżku, kanapie, fotelach, podłodze rozłożyłam dużą folię. Trochę jak przed malowaniem. Przygotowałam ręczniki, prześcieradła.
Miałam wizję, jak chcę rodzić. Już trzy dni wcześniej chodziłam jak we śnie. W nocy miałam skurcze, które w ciągu dnia ustawały, ale czułam, że się zbliżają. Wiedziałam, że te pierwsze skurcze trwają czasem i trzy dni. To taka mądrość ciała, które powoli się uczy, podczas gdy energia w nim powoli wzbiera. W nocy przed porodem miałam tak silne skurcze, że zrobiłam sobie ciepłą kąpiel. Obudził się też Adrian, więc wzięłam do kąpieli i jego, bo jego także uspokajała ciepła woda. To była dziwna, niesamowita chwila, takie zatrzymanie świata.
Następnego dnia pod wieczór skurcze zaczęły się nasilać i nagle pękł pęcherz płodowy, wody odeszły. Romek zadzwonił do Ireny, położnej. W pokoju było całkiem ciemno. Powiesiłam się na Romku. Jęczałam, krzyczałam. Irena tylko czasem coś delikatnie mi podpowiedziała, dotknęła. Potem usiadłam na worku sako, tam to już był odlot. Ból przetransformował się w jakąś moc. Czułam, że to siła większa ode mnie i że muszę się jej poddać. Kiedy 'oporowałam', Irena szeptała tylko: 'Daj, daj, ono się chce urodzić '. I szłam za tym; czułam, że jestem tylko takim kanałem. Na końcu w kucki oparłam się plecami o Romka i nagle Magda - puch! - wyskoczyła. Irena położyła mi ją na brzuchu, przytuliłam ją. Romek się popłakał.
Irena mnie szyła, bo popękałam. Przeleżałyśmy tak z Magdą razem aż do rana. Dopiero wtedy wstałam i się umyłam.
Poród trwał dwie godziny.
Dałam sobie dużo spokoju i luzu. Przez tydzień leżałam. Wszystko inne było nieważne. Romek gotował nam zupy, leczyłam się ziołami. W trzeciej dobie - nawał pokarmu, leżałam obłożona liśćmi kapusty. Lekarz zobaczył Magdę dopiero po miesiącu. Dwa lata karmiłam ją piersią. Kiedy rodził się Mikołaj, Magda przy tym była. Nie chciała odejść. Grała sobie w
gry komputerowe. Jak jęczałam: 'O matko!'. Mówiła: 'Hej, przecież to ty jesteś matką!'. A kiedy przyjechały położne, podłączyła się do nich i zaczęła mną dyrygować. Z Mikołajem miałam wizję, że będę na czworakach, i tak się stało. To był taki mocny, szybki poród.
Muszę powiedzieć, że jeśli chodzi o ból, to ja normalnie jestem panikara. Mdleję przy pobieraniu krwi. Tu pojawiła się we mnie zupełnie inna jakość. To dzięki temu, że oddałam głowę - tu głowa jest zupełnie niepotrzebna. Dobra położna, której ufasz, to coś strasznie ważnego. Poród to ogromny zastrzyk energii. Kiedy wchodzę znów do tamtego doświadczenia, wydaje mi się, że góry przeniosę. To tam leży moje źródło energii.
Karolina