Agnieszka Kwiatkowska ma 30 lat. Z mężem i niespełna trzyletnim synkiem mieszka w niewysokich blokach w podwarszawskim Pruszkowie. Pięć kilometrów od domu rodziców w miejscowości, gdzie się wychowała. Agnieszka jest handlowcem, pracuje w dużej międzynarodowej firmie w Warszawie. Prawie dziesięć godzin tygodniowo poświęca na dojazdy.
Pamiętam, że kiedy byłam mała, mama zimą często ciągnęła mnie na sankach małymi uliczkami niedaleko domu. Wszystko było białe, przed domami leżały zaspy. Siedziałam opatulona po uszy, owinięta w koce, mama nosiła wtedy kożuch i wielką ruską futrzaną czapę. Koło sanek biegł pies, a my robiłyśmy zakupy w maleńkich sklepach typu "Mydło i powidło". Chyba nie ma już żadnego z tych sklepów. Nie ma już nawet takich zim.
Agnieszka wstaje o szóstej. Krząta się w jasnej wnęce kuchennej. Kiedy dostali mieszkanie, jako pierwszą podjęli decyzję o wybiciu ściany pomiędzy pokojem a kuchnią-kiszką. Szykuje soczki dla małego, wyjmuje z lodówki serek. Ma zapuchnięte oczy, bo jak zwykle poprzedniego wieczoru siedziała do późna. Szybko się kąpie, bo za kilka minut obudzi się jej syn. Kiedy Igor wstaje, Agnieszka jest już ubrana. Podaje mu serek i bawią się drewnianymi pociągami. Mąż, który też pracuje jako handlowiec, bierze prysznic. Punktualnie o siódmej przychodzi niania. Agnieszka ma kwadrans na zostawienie jej dyspozycji (jeżeli nie zdążyła wieczorem ugotować synowi obiadu, poprosi opiekunkę, żeby to dziś zrobiła).
Kwadrans po siódmej zbiega z czwartego piętra, trzaska drzwiami klatki i wsiada do samochodu. Włącza radio i rusza na powitanie nowego dnia.
Do pracy ma 30 km. Słucha wiadomości i dzwoni do przyjaciół. 7.30 to najlepszy moment, by pogadać z Kasią albo Małgosią. Przyjaciółki pracują tak jak Agnieszka, właśnie siedzą w samochodach, mają czas.
W firmie jest po godzinie. Kawa, wymiana uprzejmości z kolegami z pokoju i Agnieszka wpada w wir.
Mieszkaliśmy z rodzicami, babcią, dziadkiem, prababcią, a odkąd urodził się mój brat - także z nianią. Robiło się domowy
makaron i wiśniówkę. Na ogół makaron lepiła niania, klnąc w niebogłosy. Tata miał wytwórnię pustaków, a mama - póki byliśmy dziećmi - była z nami. Mamy dzieci sąsiadów też nie pracowały, a innych dzieci w klasie wracały z biura najpóźniej o 16.
Dwa razy w ciągu dnia Agnieszka dzwoni do domu. - Nie rozmawiam z małym, bo on wtedy płacze. Mnie się wydaje, że dziecko nie ma poczucia czasu. Nie czuje, ile go upłynęło beze mnie, ale kiedy mu się przypomnę, zaczyna tęsknić - mówi z namysłem, mnąc w palcach papierek po gumie do żucia. Z pracy dzwoni też na komórkę do męża, raczej ustalają, co trzeba zrobić, niż wymieniają czułości. Raz, dwa razy w miesiącu każde z nich wyjeżdża służbowo na dwa dni. Poznań, Kraków, Wrocław, Szczecin. Spotkania, rozmowy handlowe, seminaria, szkolenia. - Musimy synchronizować zegarki. Mamy zasadę, że mały nigdy nie zostaje podczas naszych wyjazdów z dziadkami ani z nianią - mówi Agnieszka. W ciągu tego roku była na dwóch międzynarodowych zjazdach firmy, raz na wieczornej imprezie integracyjnej.
Pracę kończy o 17, nim się zbierze, jest 17.30. Samochód, radio, komórka. Po drodze ustala, kto robi zakupy. Mąż pracuje bliżej, zwykle wraca pierwszy, z siatkami, ona dociera do Pruszkowa o 18.30. Ma dwie godziny dla synka. - Igor najbardziej lubi książeczki--zgadywanki, gdzie trzeba poznać, czym się różnią obrazki, dopasować przedmioty do zawodów. Bawimy się też pociągami, ma obsesję na ich punkcie, chyba po tacie, który studiował na wydziale transportu. Mały pierwszy raz był w Muzeum Transportu, kiedy miał półtora roku - mówi z dumą Agnieszka.
Potem kładzie go spać w jego pokoiku z kolorową wykładziną i komodą, która zamiast gałek przy szufladach ma czarne myszki. Kiedy Agnieszka była mała, jej mama słynęła w okolicy z umiejętności doskonałego kopiowania Myszki Mickey. Malowała Mickey i Donalda na ścianach dziecinnych pokojów. Z reguły mysz albo kaczor trzymali łapę na kontakcie. - Kto by dziś miał na to czas? - Agnieszka kręci głową. Żeby nie tracić czasu na sprzątanie, zatrudnia dziewczynę, która raz w tygodniu robi generalne porządki.
Kiedy Igor zaśnie, mają z mężem kilka godzin dla siebie. Chyba że to jest wtorek, wtedy Krzysiek idzie pograć w piłkę nożną. Raz w tygodniu Agnieszka chodzi na aerobik. Oprócz codziennego zbiegania i wbiegania na czwarte piętro to jedyna okazja, żeby się ruszać - z parkingu pod domem dojeżdża przecież prosto na parking pod pracą, prosto na Dworzec Centralny w Warszawie albo na lotnisko na Okęciu.
W tygodniu z reguły nie jedzą wspólnie ani jednego posiłku, choć starają się przynajmniej kolacje jeść razem. - Rano jest dla nas za wcześnie, żeby coś zjeść. Śniadanie i
obiad mamy w pracy. Czasem w nocy jemy coś z Krzyśkiem - mówi Agnieszka. Ostatnio pogryzali sobie kiełbasę, wprost z lodówki.
W niedziele przyjeżdżała z Warszawy ciocia Andzia. Jedliśmy obiad - stół w ogrodzie, zielone drzewa, dzieciarnia pod stołem, kruszonka na szarlotce, którą piekła mama. W maju w ogródku kwitła wiśnia.
Parę lat temu uschła, rodzice posadzili nową. Nie przyjęła się, niszczyły ją robaki. Mama mówi, że teraz nie przyjmie się już drzewo, które nie jest krzyżówką.
- Weekend to odwrócenie całego tygodnia - ożywia się Agnieszka. Wytęskniony, wyczekany, wyliczony.
W weekend wstają o siódmej, a czasem się na zmianę wysypiają. Jedno zajmuje się Igorem, drugie śpi pod pierzyną z Ikei w maleńkiej sypialni.
W weekend celebrują wspólne jedzenie. Na śniadanie jajecznica - smaży Krzysiek. Do 11 w sobotę bawią się, trochę sprzątają przed przyjściem pani, która w niedzielę posprząta na poważnie.
Potem wciągają dżinsy, ubierają Igora i jadą do Patataja, stadniny koni w Kaniach. Sadzają Igora na kucyku, Krzysztof prowadzi konia, Agnieszka trzyma Igora. Tak wyruszają na dwukilometrowy spacer po lesie. - Jest zielono, jest zwierzę, dotyk sierści, dziecko się rozwija. Kochamy konie, choć na nich nie jeździmy - mówi Agnieszka.
Czasem w stadninie jedzą obiad. Ale to wszystko udaje się, jeśli jest ładna pogoda. Jeśli jej nie ma, pozostaje Kidiland, Colorado czy inny kinder-raj. Większość wpuszcza dzieci od trzeciego roku życia, niektóre młodsze, jeśli bawią się pod opieką rodziców. - Najczęściej jedziemy więc do Tesco, bo tam wpuszczają już dwulatki. Jak to zobaczyłam pierwszy raz - te drabinki, baseny z piłeczkami, balony do skakania - chciałam wejść i spróbować wszystkiego. To naturalna ciekawość, takich rzeczy nie było, jak byłam mała. Najbardziej podobało mi się w gąsienicy. Przeciskaliśmy się w niej z Igorem przez różne przeszkody, było super - wspomina Agnieszka.