Tysiące ukradzionych dzieci
12.04.2011
, aktualizacja: 08.04.2011 14:58
Madryt, 27 stycznia 2011 r. Stowarzyszenie Anadir (osoby, które padły ofiarą nielegalnych adopcji) protestują przed?prokuraturą generalną w?sprawie porwania 261 dzieci
Przez kilkadziesiąt lat lekarze, położne, księża, zakonnice i urzędnicy państwowi zarządzali systematycznym rabunkiem niemowląt i dzieci. Odbierali je matkom biologicznym i oddawali do adopcji
ZOBACZ TAKŻE
- Ciemna strona katolickiej resocjalizacji (27-06-11, 12:21)
- I ty możesz zostać rodziną zastępczą (29-05-11, 06:00)
- Leki dla dzieci myślących o zmianie płci (16-04-11, 14:06)
- Rozmowa z Magdaleną Lesiak, psychologiem w archidiecezjalnym ośrodku adopcyjno-opiekuńczym w Łodzi (12-06-04, 01:00)
- Wojciech Eichelberger o adopcji (15-03-02, 12:00)
- Moje dziecko urodziło się innym rodzicom - rozmowa o adopcji (15-03-02, 12:00)
- Oddawanie dzieci do adopcji (23-12-00, 13:28)
RAPORTY
Skandal tlił się odlat 80. Były pogłoski, ogłoszenia w prasie o poszukiwaniu rodziców przez dzieci i dzieci przez rodziców, nawet śledztwa -rozpoczęte i rychło umarzane. W ostatnich kilku latach ludzie, którym dzieci odebrano lub którzy odebranymi dziećmi sami kiedyś byli, zaczęli się odnajdować w sieci za pomocą portali społecznościowych. Wreszcie poczucie zbiorowej krzywdy osiągnęło masę krytyczną - skandal wybuchł 27 stycznia, kiedy prokuratura generalna przyjęła zbiorową skargę stowarzyszenia Anadir (osób, które padły ofiarą nielegalnych adopcji) zawiadamiającego ten urząd o rabunku 261 dzieci. Wiadomość uruchomiła lawinę. Po miesiącu do pozwu przyłączyły się kolejne 482 osoby, a na następne tysiące listów elektronicznych stowarzyszenie nie nadąża z odpowiedziami. - Czujemy się jak drzewa bez korzeni, jakby nam amputowano część ciała - mówi Mar~a, którą zabrano matce 30 lat temu w madryckim szpitalu San Ramón. Kierował nim wówczas doktor Eduardo Vela, który do dziś jako 77-letni lekarz pracuje w prywatnym gabinecie w Madrycie.
Dzieci rabowano wszędzie - na Wyspach Kanaryjskich, w Andaluzji, w Katalonii i w Madrycie. Prawnicy sądzą na podstawie zebranych świadectw, zeznań świadków, dokumentów i poszlak, że liczba zrabowanych i nielegalnie adoptowanych dzieci może przekroczyć 200 tys. Będzie to największy skandal obyczajowo-kryminalny współczesnej Hiszpanii, o podobnym zasięgu i sile rażenia jak wieloletnie pedofilskie praktyki księży katolickich w USA czy Irlandii. Na ławę oskarżonych mogą trafić setki albo tysiące osób.
W połowie marca afera sięgnęła parlamentu. Wysłuchawszy szczegółowych raportów Enrique Vili, prawnika stowarzyszenia Anadir, Antonia Barroso, przewodniczącego stowarzyszenia, i Mar Soriano, kobiety, której siostrę zrabowano w klinice O'Donnell w Madrycie w 1964 r., rzecznicy wszystkich partii zażądali zbadania przedstawionych przypadków i surowego ukarania winnych. 'Ilu Hiszpanów umrze, nigdy nie dowiedziawszy się, czy ich adopcyjni rodzice ich nie ukradli prawdziwym?' - pytał Enrique Vila.
Podzielony według linii ideologicznych i nacjonalistycznych hiszpański parlament jak nigdy dotąd przemówił jednym głosem. - Na jaw musi wyjść wszystko - mówił rzecznik opozycyjnej prawicy. - Winni tych zbrodni: lekarze, położne, zakonnice, wciąż cieszą się publicznym szacunkiem.
Komisja sprawiedliwości obiecała uczynić wszystko, by każda z ofiar procederu doznała zadośćuczynienia. 'Hańba', 'wstyd', 'zamach na godność ludzką', 'dowód ludzkiej podłości i nędzy' - takie określenia padały z parlamencie. 'Jak my to mamy znieść?!' - pytali posłowie.
Prasa, ta prawicowa i ta lewicowa, jest pełna doniesień, reportaży, świadectw o desperackiej pogoni rodziców i dzieci za utraconym życiem i skradzioną tożsamością.
Najciężej przyjdzie Hiszpanom znieść to, że rabunek dzieci, który zaczął się w latach 40.-50., czyli jeszcze za dyktatury wojskowej gen. Franco ustanowionej po wojnie domowej 1936-39, trwał w najlepsze w latach 80. i 90., czyli po odzyskaniu demokracji i w państwie prawa. Jeśli pierwotnie stanowił szczególną dodatkową formę represji frankistów wobec rodzin ściganych lub więzionych republikanów czy partyzantów komunistycznych, to rychło, w latach 60., 70. czy 80., stał się procederem handlowym.
- Popyt na dzieci do adopcji wytworzył całą sieć ludzi, którzy postanowili go zaspokoić poza prawem - uważa socjolog Francisco González de Tena, który od lat bada ten proceder. Sporządził raport o jego początkach w latach 40. i 50. i przekazał go sędziemu śledczemu Baltasarowi Garzonowi, który podjął się ścigania zbrodni frankizmu. Według raportu dzieci odbierano wtedy zgodnie z prawem - dyktatura pozbawiała wszelkich praw uwięzionych lub ściganych republikanów, socjalistów, komunistów czy anarchistów - oraz oddawano je na wychowanie rodzinom wiernym reżimowi. Akcji patronował naczelny lekarz psychiatra dyktatury Nicolás Vallejo-Nájera - było to częścią 'pozytywnej eugeniki', eliminowania pokonanych wrogów, słabych i zbędnych. De Tena szacuje, że takich przypadków mogło być ok. 30 tys.
Bezkarność gwarantowało to, że kupującymi dzieci byli ludzie majętni, a oszukiwanymi - kobiety biedne, zagubione i wykorzystane. Prawdziwe matki okłamywano, że ich niemowlęta zmarły, ciał nie okazywano, wydawano fałszywe świadectwa zgonu. Skandal mówi zatem więcej o samym społeczeństwie i ludziach niż o opartym na ideologicznej i policyjnej przemocy ustroju dyktatury. Zarazem jednak demaskuje moralność ludzi Kościoła katolickiego, którzy przez wiele dziesięcioleci zarządzali szpitalami i klinikami położniczymi i których udział w tym procederze był powszechny.
Elsa López szuka dziecka od 30 lat. Urodziła je w madryckiej klinice San Ramón 5 lutego 1981 r. - Powiedzieli mi, że córeczka jest słabiutka, genetycznie zniekształcona i nie wiadomo, czy przeżyje - opowiada jako jedna ze skarżących szpital matek. - Następnie przynieśli mi zawiniątko z zupełnie zimnym niemowlęciem. Zaraz potem powiedzieli, że zmarło, ale że zdążyli je ochrzcić i jest już aniołkiem.
Elsa kilka lat później dowiedziała się, że takie zmarznięte zawiniątko pokazywano wielu innym matkom, i zaczęła podejrzewać, że i ona padła ofiarą systematycznego rabunku niemowląt.
Z czasem planowanie rabunku zaczęło wyprzedzać narodziny dzieci. Kandydatki wyszukiwano za pośrednictwem działającego od 1971 r. dyżurnego i związanego z Kościołem 'telefonu nadziei', który teoretycznie miał służyć jako poufna pomoc samotnym, zgwałconym, wykorzystanym i porzuconym czy po prostu zagubionym kobietom w ciąży. Wytypowane kobiety zabierano na poród do podziemnych sal porodowych lub do legalnych klinik zarządzanych przez Kościół, gdzie z góry nakłaniano je prośbą, groźbą lub przekupstwem do oddania dzieci w 'dobre ręce'. Dobre ręce już czekały na drugim końcu łańcuszka, płacąc od 6 do 18 tys. dzisiejszych euro za szpital i 'usługę' oraz od kilkudziesięciu do kilkuset tysięcy euro za dziecko.W niektórych wypadkach dochodziło do pokazów dzieci do wzięcia niczym na przetargu, a nowi rodzice mogli wybierać między chłopczykiem a dziewczynką, blondynką a brunetką. Wszelki ślad po biologicznej matce ginął, bo co najmniej do roku 1970 nowi rodzice mogli wpisywać adoptowane dziecko jako własne, a archiwalne rejestry klinik, urzędów stanu cywilnego i cmentarzy, gdzie zmarłe rzekomo niemowlęta były chowane, niszczono lub fałszowano.
Siostra miłosierdzia Juana Alonso ma dzisiaj 96 lat, ale w odróżnieniu od innych podejrzanych o udział w handlu rabowanymi dziećmi nie zasłania się brakiem pamięci, choć nie mówi całej prawdy. W latach 1951-70 była siostrą przełożoną katolickiego żłobka na Teneryfie.
- Oddaliśmy do adopcji bardzo wiele dzieci, ale wszystkie legalnie. Nigdy ich nie sprzedawałyśmy. Nic z tego nie miałyśmy. Sama płaciłam za akty urodzenia. Reszta to kłamstwa - mówi dziennikarzom.
Opowiada, jak regularnie latała samolotem do Bilbao na wezwanie bogatej damy, która prowadziła 'zakład położniczy', gdzie rodziły samotne matki. Noworodki zabierała na wyspę, gdzie pokazywała je czekającym na adopcję parom.
- Zwykle to byli ludzie kulturalni, na poziomie, dobrzy chrześcijanie. Było im wszystko jedno, czy dziewczynka, czy chłopiec. Jak jeden wybrzydzał i chciał tylko blondynkę, to mu powiedziałam, żeby poszedł sobie na bazar kupić lalkę - opowiada dumna z siebie.
Ale wikła się w sprzeczności, gdy raz mówi, że oddawali dzieci do adopcji tylko powyżej trzeciego roku życia, bo legalnie do tego czasu biologiczna matka miała prawo się o oddane dziecko upomnieć, by zaraz wspomnieć: - Wolałyśmy oddawać noworodki, najpóźniej kilkumiesięczne. Dobrze nam szło. U nas żadne dziecko nie mieszkało długo.
Siostra Juana zaprzecza, by noworodki były odbierane matkom wbrew ich woli. - Ja nie miałam z nimi do czynienia, myśmy tych matek w ogóle nie znały. Nie przypomina sobie przypadku Liberii Hernández, która dziś, jako 56-letnia kobieta, opowiada, jak ją zabrano ze żłobka na Teneryfie w wieku ośmiu lat. Liberia dobrze pamięta, co się działo w żłobku. Wie, że matka oddała ją tam po owdowieniu, kiedy miała już sześcioro dzieci. Wyszła za mąż ponownie, żeby dzieci utrzymać, ale nowy mąż nie chciał już siódmego, więc oddała Liberię siostrom. Codziennie jednak córkę odwiedzała, obiecując, że już niedługo wróci do rodzeństwa.
- Zakonnice nas terroryzowały. Karały nas za siusianie w łóżko. Zakładały nam mokre majtki na głowę i musiałyśmy paradować przed innymi dziećmi z napisem: 'Zsikałam się w łóżko, jestem szczoch'.
Inną karą było przyklejanie do buzi plastrem kup królików i kur, które siostry hodowały. - Siostra Milagros miała zawsze
Dzieci rabowano wszędzie - na Wyspach Kanaryjskich, w Andaluzji, w Katalonii i w Madrycie. Prawnicy sądzą na podstawie zebranych świadectw, zeznań świadków, dokumentów i poszlak, że liczba zrabowanych i nielegalnie adoptowanych dzieci może przekroczyć 200 tys. Będzie to największy skandal obyczajowo-kryminalny współczesnej Hiszpanii, o podobnym zasięgu i sile rażenia jak wieloletnie pedofilskie praktyki księży katolickich w USA czy Irlandii. Na ławę oskarżonych mogą trafić setki albo tysiące osób.
W połowie marca afera sięgnęła parlamentu. Wysłuchawszy szczegółowych raportów Enrique Vili, prawnika stowarzyszenia Anadir, Antonia Barroso, przewodniczącego stowarzyszenia, i Mar Soriano, kobiety, której siostrę zrabowano w klinice O'Donnell w Madrycie w 1964 r., rzecznicy wszystkich partii zażądali zbadania przedstawionych przypadków i surowego ukarania winnych. 'Ilu Hiszpanów umrze, nigdy nie dowiedziawszy się, czy ich adopcyjni rodzice ich nie ukradli prawdziwym?' - pytał Enrique Vila.
Podzielony według linii ideologicznych i nacjonalistycznych hiszpański parlament jak nigdy dotąd przemówił jednym głosem. - Na jaw musi wyjść wszystko - mówił rzecznik opozycyjnej prawicy. - Winni tych zbrodni: lekarze, położne, zakonnice, wciąż cieszą się publicznym szacunkiem.
Komisja sprawiedliwości obiecała uczynić wszystko, by każda z ofiar procederu doznała zadośćuczynienia. 'Hańba', 'wstyd', 'zamach na godność ludzką', 'dowód ludzkiej podłości i nędzy' - takie określenia padały z parlamencie. 'Jak my to mamy znieść?!' - pytali posłowie.
Prasa, ta prawicowa i ta lewicowa, jest pełna doniesień, reportaży, świadectw o desperackiej pogoni rodziców i dzieci za utraconym życiem i skradzioną tożsamością.
Najciężej przyjdzie Hiszpanom znieść to, że rabunek dzieci, który zaczął się w latach 40.-50., czyli jeszcze za dyktatury wojskowej gen. Franco ustanowionej po wojnie domowej 1936-39, trwał w najlepsze w latach 80. i 90., czyli po odzyskaniu demokracji i w państwie prawa. Jeśli pierwotnie stanowił szczególną dodatkową formę represji frankistów wobec rodzin ściganych lub więzionych republikanów czy partyzantów komunistycznych, to rychło, w latach 60., 70. czy 80., stał się procederem handlowym.
- Popyt na dzieci do adopcji wytworzył całą sieć ludzi, którzy postanowili go zaspokoić poza prawem - uważa socjolog Francisco González de Tena, który od lat bada ten proceder. Sporządził raport o jego początkach w latach 40. i 50. i przekazał go sędziemu śledczemu Baltasarowi Garzonowi, który podjął się ścigania zbrodni frankizmu. Według raportu dzieci odbierano wtedy zgodnie z prawem - dyktatura pozbawiała wszelkich praw uwięzionych lub ściganych republikanów, socjalistów, komunistów czy anarchistów - oraz oddawano je na wychowanie rodzinom wiernym reżimowi. Akcji patronował naczelny lekarz psychiatra dyktatury Nicolás Vallejo-Nájera - było to częścią 'pozytywnej eugeniki', eliminowania pokonanych wrogów, słabych i zbędnych. De Tena szacuje, że takich przypadków mogło być ok. 30 tys.
Bezkarność gwarantowało to, że kupującymi dzieci byli ludzie majętni, a oszukiwanymi - kobiety biedne, zagubione i wykorzystane. Prawdziwe matki okłamywano, że ich niemowlęta zmarły, ciał nie okazywano, wydawano fałszywe świadectwa zgonu. Skandal mówi zatem więcej o samym społeczeństwie i ludziach niż o opartym na ideologicznej i policyjnej przemocy ustroju dyktatury. Zarazem jednak demaskuje moralność ludzi Kościoła katolickiego, którzy przez wiele dziesięcioleci zarządzali szpitalami i klinikami położniczymi i których udział w tym procederze był powszechny.
Elsa López szuka dziecka od 30 lat. Urodziła je w madryckiej klinice San Ramón 5 lutego 1981 r. - Powiedzieli mi, że córeczka jest słabiutka, genetycznie zniekształcona i nie wiadomo, czy przeżyje - opowiada jako jedna ze skarżących szpital matek. - Następnie przynieśli mi zawiniątko z zupełnie zimnym niemowlęciem. Zaraz potem powiedzieli, że zmarło, ale że zdążyli je ochrzcić i jest już aniołkiem.
Elsa kilka lat później dowiedziała się, że takie zmarznięte zawiniątko pokazywano wielu innym matkom, i zaczęła podejrzewać, że i ona padła ofiarą systematycznego rabunku niemowląt.
Z czasem planowanie rabunku zaczęło wyprzedzać narodziny dzieci. Kandydatki wyszukiwano za pośrednictwem działającego od 1971 r. dyżurnego i związanego z Kościołem 'telefonu nadziei', który teoretycznie miał służyć jako poufna pomoc samotnym, zgwałconym, wykorzystanym i porzuconym czy po prostu zagubionym kobietom w ciąży. Wytypowane kobiety zabierano na poród do podziemnych sal porodowych lub do legalnych klinik zarządzanych przez Kościół, gdzie z góry nakłaniano je prośbą, groźbą lub przekupstwem do oddania dzieci w 'dobre ręce'. Dobre ręce już czekały na drugim końcu łańcuszka, płacąc od 6 do 18 tys. dzisiejszych euro za szpital i 'usługę' oraz od kilkudziesięciu do kilkuset tysięcy euro za dziecko.W niektórych wypadkach dochodziło do pokazów dzieci do wzięcia niczym na przetargu, a nowi rodzice mogli wybierać między chłopczykiem a dziewczynką, blondynką a brunetką. Wszelki ślad po biologicznej matce ginął, bo co najmniej do roku 1970 nowi rodzice mogli wpisywać adoptowane dziecko jako własne, a archiwalne rejestry klinik, urzędów stanu cywilnego i cmentarzy, gdzie zmarłe rzekomo niemowlęta były chowane, niszczono lub fałszowano.
Siostra miłosierdzia Juana Alonso ma dzisiaj 96 lat, ale w odróżnieniu od innych podejrzanych o udział w handlu rabowanymi dziećmi nie zasłania się brakiem pamięci, choć nie mówi całej prawdy. W latach 1951-70 była siostrą przełożoną katolickiego żłobka na Teneryfie.
- Oddaliśmy do adopcji bardzo wiele dzieci, ale wszystkie legalnie. Nigdy ich nie sprzedawałyśmy. Nic z tego nie miałyśmy. Sama płaciłam za akty urodzenia. Reszta to kłamstwa - mówi dziennikarzom.
Opowiada, jak regularnie latała samolotem do Bilbao na wezwanie bogatej damy, która prowadziła 'zakład położniczy', gdzie rodziły samotne matki. Noworodki zabierała na wyspę, gdzie pokazywała je czekającym na adopcję parom.
- Zwykle to byli ludzie kulturalni, na poziomie, dobrzy chrześcijanie. Było im wszystko jedno, czy dziewczynka, czy chłopiec. Jak jeden wybrzydzał i chciał tylko blondynkę, to mu powiedziałam, żeby poszedł sobie na bazar kupić lalkę - opowiada dumna z siebie.
Ale wikła się w sprzeczności, gdy raz mówi, że oddawali dzieci do adopcji tylko powyżej trzeciego roku życia, bo legalnie do tego czasu biologiczna matka miała prawo się o oddane dziecko upomnieć, by zaraz wspomnieć: - Wolałyśmy oddawać noworodki, najpóźniej kilkumiesięczne. Dobrze nam szło. U nas żadne dziecko nie mieszkało długo.
Siostra Juana zaprzecza, by noworodki były odbierane matkom wbrew ich woli. - Ja nie miałam z nimi do czynienia, myśmy tych matek w ogóle nie znały. Nie przypomina sobie przypadku Liberii Hernández, która dziś, jako 56-letnia kobieta, opowiada, jak ją zabrano ze żłobka na Teneryfie w wieku ośmiu lat. Liberia dobrze pamięta, co się działo w żłobku. Wie, że matka oddała ją tam po owdowieniu, kiedy miała już sześcioro dzieci. Wyszła za mąż ponownie, żeby dzieci utrzymać, ale nowy mąż nie chciał już siódmego, więc oddała Liberię siostrom. Codziennie jednak córkę odwiedzała, obiecując, że już niedługo wróci do rodzeństwa.
- Zakonnice nas terroryzowały. Karały nas za siusianie w łóżko. Zakładały nam mokre majtki na głowę i musiałyśmy paradować przed innymi dziećmi z napisem: 'Zsikałam się w łóżko, jestem szczoch'.
Inną karą było przyklejanie do buzi plastrem kup królików i kur, które siostry hodowały. - Siostra Milagros miała zawsze
1
2
następne »
Najczęściej czytane24 htydzień
- Wisława Szymborska o swojej miłości
- Co sobotę w kiosku z "Gazetą Wyborczą"
- Galeria okładek
- Kup E-wydanie
- Wysokie Obcasy Extra










