Rząd chce kupić laptopy dla pierwszaków z podstawówek. Ministerstwo Infrastruktury proponuje przeznaczyć na to miliard złotych z koncesji, które płacą telefonie cyfrowe. Pieniądze mają wystarczyć dla pięciu roczników. Pisaliśmy o tym wczoraj. W cyfrową przyszłość szkoły uwierzył już samorząd Jarocina. We wrześniu wyposażył każdą podstawówkę i
gimnazjum w zestawy laptopów - nie dla każdego ucznia, ale tak, żeby każdy nauczyciel mógł użyć komputera na lekcji. Na 850 netbooków dla 25 szkół poszło 1,5 mln zł.
Rozmowa z Andrzejem Grzybowskim, nauczycielem informatyki i anglistą, koordynatorem jarocińskiego programu Aleksandra Pezda: Uczniowie na każdej lekcji mogą korzystać z laptopów, w każdej klasie jest internet. Wystarczyło, żeby odnieść "cyfrowy" sukces? Andrzej Grzybowski: Na początku tak myśleliśmy. Ale po pierwsze, z dostępem do internetu nie jest aż tak prosto. Mamy słabą przepustowość i czasem się zdarza, że laptopy chodzą zbyt wolno albo wieszają się programy.
Po drugie, i to uważam za problem trudniejszy i ważniejszy, nauczycielom brakuje przygotowania i entuzjazmu.
Oczywiście, od razu założyliśmy, że trzeba będzie ich wspomóc. Przecież większość z nich pamięta świat bez internetu, w dodatku nikt ich nie uczył, jak wykorzystywać nowe technologie w pracy. Dlatego od razu zaczęliśmy szkolenia - po cztery godziny dla każdego z 250 nauczycieli. Szacowaliśmy, że może nie każdy od razu, ale tak co trzeci się zapali i weźmie po tych szkoleniach laptopy na lekcje. Nic z tego! Korzystał z laptopów może co dziesiąty nauczyciel.
Zaczęliśmy kolejne szkolenia: 100 nauczycieli, 20 godzin. Tak żeby wykształcić zapaleńców i "ambasadorów" nowych technologii. Teraz mogę liczyć, że może połowa kadry korzysta z nowego sprzętu.
Mówią, dlaczego tego nie chcą? - Najczęściej słyszę: lekcja jest za krótka, a jeśli zaplanuję laptopy i coś mi nie zadziała, to co zrobię? Podpowiadam: zmienisz scenariusz lekcji. Mówią mi wtedy: e tam, to podwójna praca, scenariusze alternatywne. Ręce mi opadają!
Lubię z uczniami na angielskim korzystać z googlowskiego programu Street View - dzięki temu mogą sobie spacerować po Wielkiej Brytanii albo USA, rozmawiamy o tym, oczywiście po angielsku. Często też do ćwiczeń wykorzystujemy internetowego tłumacza. Przeprowadzam sprawdziany w programie, który sam sobie opracowałem. Nie muszę potem liczyć punktów - komputer robi to za mnie, ja tylko wprowadzam pytania.
Każdy nauczyciel w Jarocinie ma do tego programu dostęp. I nic.
Myślę, że podstawową barierą dla nauczycieli jest lęk, że nie opanują sprzętu w takim samym stopniu jak ich uczniowie. Wstydzą się tego. Dlatego widzę szansę w tym, że rząd da laptopy tym, którzy uczą najmłodsze dzieci. Może będą mieli mniejsze opory?
A uczniom się podoba? - Szaleją. Żeby upowszechnić internet w szkole, ogłosiliśmy konkurs dla uczniów. Mieli przygotować materiały do wykorzystania na lekcji. Żeby pani to widziała! Nagrywają z komórek ćwiczenia na chemię o dyfuzji - ustawią szklanki, wleją wodę, coś tam włożą do środka i już gotowe. Albo robią filmiki z instruktażowymi ćwiczeniami na wf. Albo powybierają jakieś fotki z internetu i układają rewelacyjne prezentacje. Przy okazji uczą się prawa autorskiego, bo muszą wykazać, z jakich korzystali źródeł. Konkurs się nazywa "Kreatywna
szkoła, kreatywny uczeń" i jest dowodem na to, że możliwości technologiczne to w uczniach właśnie wyzwalają.
Kupowanie laptopów dla uczniów to dobry czy zły pomysł?
- Odpowiem przykładem: mieliśmy w podstawówce dni otwarte dla przedszkolaków. Przyszły dzieci z rodzicami. Rodzice czekali na informacje podawane przez nauczycieli. A co robiły ich dzieci? Rzuciły się do netbooków i uruchomiły je bez problemów, a potem hulały sobie po internecie.
Jeśli więc ktoś jest przeciwny wprowadzaniu laptopów do szkół, to znaczy, że nie rozumie otaczającej nas cywilizacji. Uczniowie w internecie już są. Nauczycieli trzeba tam koniecznie wprowadzić.
Inaczej my będziemy produkowali trampki, a Chińczycy przyjadą budować nasze mosty.