http://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09googleB.gifhttp://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09googleB.gifhttp://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09google.gif

Los równoległy

Tłumaczenie: Jarosław Mikołajewski
12.07.2002 , aktualizacja: 09.07.2002 12:30
A A A Drukuj
Ayat al-Akhras nie była pierwszą "męczennicą". Zamach Ayat wywołał jednak szczególne wrażenie. Do wyobraźni przemówiło zestawienie jej z żydowską rówieśnicą: jak gdyby obie dziewczyny umówiły się na feralne spotkanie
W 1972, kiedy konflikt w Wietnamie jest w swojej końcowej fazie, Kim Phuc zostaje poparzona napalmem. Jej zdjęcie natychmiast staje się jednym z symbolicznych obrazów tej wojny oraz tych, którzy żądają jej końca. 30 kwietnia 1975 r. Amerykanie opuszczają Sajgon pokonani po ponaddziesięcioletniej wojnie rozpoczętej niewielką obecnością wojskową, a zakończoną bilansem 
ponad 58 tysięcy zabitych żołnierzy.
NICK UT AP
W 1972, kiedy konflikt w Wietnamie jest w swojej końcowej fazie, Kim Phuc zostaje poparzona napalmem. Jej zdjęcie natychmiast staje się jednym z symbolicznych obrazów tej wojny oraz tych, którzy żądają jej końca. 30 kwietnia 1975 r. Amerykanie opuszczają Sajgon pokonani po ponaddziesięcioletniej wojnie rozpoczętej niewielką obecnością wojskową, a zakończoną bilansem ponad 58 tysięcy zabitych żołnierzy.
29 marca rano ładna palestyńska dziewczyna, osiemnastoletnia Ayat al-Akhras, wyszła z domu w obozie Dehaiszeh niedaleko Betlejem. Jej matka zdziwiła się trochę, że zamiast chusty włożyła kapelusz, taki, jakie noszą europejskie kobiety. Bocznymi ścieżkami przedostała się do Jerozolimy, otrzymała od kogoś pas z ładunkami wybuchowymi i skierowała się do supermarketu Supersol w zachodniej Jerozolimie. Zamierzała wysadzić się w powietrze dopiero w środku, ale już w drzwiach zatrzymał ją 55-letni strażnik Haim Smadar, ojciec pięciorga dzieci, więc zrobiła to właśnie przy wejściu. Razem z nią zginął nie tylko strażnik, lecz również izraelska dziewczyna, jej rówieśnica, osiemnastoletnia Rachel Levy.

Ayat Al-Akhras nie była pierwszą "męczennicą". Pierwszy samobójczy zamach kobiety miał miejsce 27 stycznia - dokonała go Wafa Idriss, 28-letnia pielęgniarka z Ramallah. Potem, 27 lutego, zabiła się Abu Aisha. Następne samobójstwa były kwestią czasu. Gdzie indziej kobiety poważały się już na takie czyny, i to wiele razy. Na przykład kurdyjskie dziewczyny popełniały samobójstwa w Turcji - obładowywały się materiałami wybuchowymi, udawały, że są w ciąży, i wysadzały się w powietrze. Z tym że Kurdyjki obierały sobie za cel tylko wojskowych. Terroryzm palestyński mierzy w cywili, wybiera obiekty ataku w najbardziej zatłoczonych i najbardziej zwyczajnych miejscach życia codziennego. Zamach Ayat wywołał jednak szczególne wrażenie. Do wyobraźni przemówiło zestawienie jej z żydowską rówieśnicą: jak gdyby obie dziewczyny umówiły się na feralne spotkanie. Gazety skupiły się na tym równoległym losie, porównywały życiorysy obu dziewczyn, publikowały ich fotografie, jedna przy drugiej.

Zdjęcie Ayat, jej ładna twarz, głębokie oczy i mocne włosy znalazły się na okładce "Newsweeka". Wafa Idriss miała swoją okładkę już wcześniej, w "Time'ie". Dziewczyny z palestyńskich obozów stają się dziewczynami z okładki: przypada im w udziale najbardziej upragniony los dziewczyn z Zachodu. Za cenę śmierci i zabójstwa.

Przede wszystkim śmierci czy przede wszystkim zabójstwa? Zamach, jakiego dopuściła się Ayat, wzbudził osobliwe kontrowersje. Niektórzy - jak Giulio Andreotti - byli gotowi wyrazić swoje zrozumienie dla samobójczyni i sugerowali, że dostrzegają różnicę pomiędzy dziewczynami takimi jak Ayat, które z "poświęceniem" zabijają siebie, zabijając innych, a zamachowcami z al Kaidy. Innych oburzało takie stanowisko. Zgłaszali obawę, że te rozróżnienia i wyrazy współczucia mogą się przekształcić w wyrozumiałość dla ohydnego terroryzmu, że doprowadzą do przemiany katów w ofiary. Zrozumienie wszystkiego naraz wydawało się trudne. Obraz zakłócały przede wszystkim pokazowe zestawienia Ayat i Rachel - retoryczny sentymentalizm, który odpowiedzialnością za spotkanie dziewczyn obciążał los. A los nie miał z tym nic wspólnego, ponadto Rachel nie wyraziła zgody na to spotkanie. Ostatnio zdarzyło się jednak coś, co pozwala udzielić pełniejszej odpowiedzi na ten stan zagubienia.



Zdarzyło się mianowicie to, że gazeta "Il Manifesto" 5 czerwca opublikowała długi reportaż Michele Giorgio z Dehaiszeh, ilustrując go dwoma zdjęciami. Jedno z nich to już powszechnie znana fotografia Ayat al-Akhras, ładnej dziewczyny z pomalowanymi ustami, głębokimi oczami i kaskadą czarnych włosów. Drugie to zdjęcie dziecka, sześcioletniej dziewczynki o gęstych, zmierzwionych włosach i ładnej, nieprzeniknionej twarzy, która przekrzywia główkę i patrzy na fotografa z powagą, niemal z wyrzutem, wykrzywiając dłonie w geście niewinnego zmieszania. To słynna fotografia, która dwanaście lat temu stała się manifestem pierwszej intifady. Wykonał ją Tano D'Amico. Reportaż ujawnia, że ta dziewczynka to Ayat. Zestawione fotografie są poruszające, lecz każda z nich była poruszająca już wcześniej, na własny rachunek. Wprawiają w onieśmielenie. Ta druga, ponieważ widać na niej dziewczynę o wyrazistej urodzie, która pójdzie na śmierć w tym właśnie momencie swojego życia. Ta pierwsza, ponieważ w poważnej twarzy dziewczynki kryje się jakaś tajemnicza mądrość. Patrząc na sąsiedztwo tych twarzy, łatwo ulec pokusie, by w małej dziewczynce doszukiwać się zapowiedzi losu młodej samobójczyni. Zawsze istnieje pokusa, żeby montować wstecz wszystko to, co już jest znane, co już się dokonało. Żeby rozpoznawać zapowiedź zaistniałych wydarzeń w przeszłości, której odbieramy w ten sposób wolność. To właśnie, jak myślę - to przeglądanie rzeczy od końca - nazywamy przeznaczeniem. W przypadku Ayat pokusa jest jeszcze silniejsza i bardziej brzemienna w skutki, ponieważ sprzyja przekonaniu, że dziewczynka wychowana w obozie Dehaiszeh może się stać wyłącznie dziewczyną, która wysadza się w powietrze dynamitem i gwoździami pośrodku jerozolimskiego tłumu. Tano D'Amico, który jest wielkim fotografem (być może on sam zaprzeczyłby, że istnieją wielcy fotografowie, i powiedziałby, że istnieją tylko fotografie, które same się proszą o miłość i pamięć) i na pewno wielkim człowiekiem, napisał komentarz do ankiety "Il Manifesto", którego fragmentem chcę się posłużyć do przeprowadzenia własnej refleksji. "Obóz był otoczony bardzo wysoką siatką. Dzieci nigdy nie widziały Betlejem i Jerozolimy. Życie nie było dla nich niczym innym, jak ucieczką po błocie przed umundurowanymi ludźmi. Ciskały kamienie i uparcie pokazywały palcami znak zwycięstwa. Biegały, ale łapano je zawsze. Niektóre wypuszczano na otwarte pola, inne więziono w małych klatkach dla psów, w ciemności. Palce miały miażdżone buciorami. Szkoły były ciągle zamknięte, dzieci widziały upokorzenie ojców i słyszały obelgi, jakie spadały na ich matki. Wzrastały w oparach gazów, oślepiane i okaleczane pociskami, jakimi na ogół rozprasza się manifestacje. Zdjęcia zabitych były przyklejane do kartek bezużytecznych zeszytów szkolnych".

Tano wrócił do Dehaiszeh i mówi, że dzieci trzymają teraz w zeszytach zdjęcie osiemnastoletniej Ayat.

Proszę. Popatrzcie na zdjęcia tej małej i na fotografię tej młodej, przeczytajcie wspomnienie Tana (czyli kogoś, kto mówi prawdę), a pomyślicie ze smutkiem, że to się musiało zdarzyć, że takie było przeznaczenie. Że słowo "poświęcenie" użyte przez Andreottiego ma swoje podstawy. Że pomiędzy fanatykiem a dziewczyną, którzy idą dobrowolnie na śmierć, jest różnica, że odmienne są ich kulty "męczeństwa" - że współczucie wywołuje przede wszystkim dziewczyna. Jesteście zasmuceni i zrozpaczeni. Ale nie potraficie do końca ulec temu współczuciu - nie pozwala wam na nie wizerunek tej drugiej dziewczyny, owej Rachel, która poszła do supermarketu po zakupy. Również po niej musiało pozostać jakieś zdjęcie z dzieciństwa, nie tylko z czasu, kiedy miała osiemnaście lat, lecz również z czasu, kiedy miała ich sześć. Jakiemu przeznaczeniu przypiszemy fakt, że znalazła się właśnie w tym miejscu? A może dostrzeżemy w niej jedynie zwykłe dopełnienie losu Ayat al-Akhras? Albo, co gorsza, dopełnienie historii przewin Izraelczyków i Palestyńczyków?



Nie umiałbym odpowiedzieć inaczej, niż biorąc pod uwagę obie strony tragedii. Ale pamięć podsuwa mi inną jeszcze historię, inne zdjęcie. Oto jeszcze jedna dziewczyna. Biegnie, jej ciało jest nagie i poparzone napalmem, ma usta rozdarte krzykiem przerażenia, a w jej oczach jest strach bez nadziei na ratunek. Razem z nią, szosą, ucieka jeszcze czwórka dzieci, za ich plecami widać żołnierzy. (Nie wiem, czy ktoś to już odnotował, ale spośród rzeczywistych obrazów właśnie ten jest najbliższy "Krzykowi" Edwarda Muncha). To zdjęcie zmieniło historię wojny w Wietnamie. Dziewczynka miała dziewięć lat i nazywała się Kim Phuc. Fotograf nazywał się Nick Ut, pracował dla AP i dzięki temu zdjęciu zdobył Pulitzera. Kiedy tylko wykonał tę fotografię - w Trang Bang, 8 czerwca 1972 roku - Ut natychmiast pospieszył dziewczynce z pomocą i umieścił ją w szpitalu amerykańskim w Sajgonie, gdzie przez wiele miesięcy walczyła o życie. Następnie, wspierana sławą tego zdjęcia, zjechała pół świata, żeby poddać się siedemnastu operacjom chirurgicznym. Przez długi czas Kim Phuc pozostawała zakładniczką propagandy rządu wietnamskiego, lecz w 1993 roku wymknęła mu się spod kontroli, została obywatelką Kanady, a dziś jest ambasadorem dobrej woli przy Unesco. Ma 39 lat, dwóch synów, i podróżuje, żeby mówić o przebaczeniu i o ochronie dzieci. Płomienie, które w dwóch trzecich spaliły jej ciało, ominęły jej ładną twarz. Na licznych, już nie tak bardzo pamiętnych fotografiach, maluje się na tej twarzy serdeczność. Kilka lat temu, w dniu poświęconym pamięci poległych, w Waszyngtonie, skierowała przesłanie do weteranów Wietnamu: "Gdybym mogła stanąć twarzą w twarz z pilotem, który zrzucił bomby, powiedziałabym mu, że co prawda nie możemy zmienić historii, lecz powinniśmy zrobić coś dla pokoju, z myślą o teraźniejszości i przyszłości".

Teraz, na zakończenie, pozwólcie mi wyobrazić sobie rzecz głupią, a również delikatną. Wyobraźcie sobie, że poparzona dziewczyna z Trang Bang już jako młoda kobieta podjęłaby zamach samobójczy przeciw niewinnym ludziom, na przykład przeciw amerykańskim turystom w mieście Ho Szi Min. Bylibyście przybici, w milczeniu wpatrywalibyście się w zdjęcie z 1972 roku. Mogło się tak zdarzyć, prawda? Mogło. A w takim razie mogło się również nie zdarzyć to, co zdarzyło się w przypadku Ayat al-Akhras. Może się nie zdarzyć w przypadku innych takich jak ona, innych, które były dziećmi w obozie Dehaiszeh lub w innym okropnym obozie. Niedawno gazety opublikowały opowiadanie Tourai Hamour, 25-latki z Tulkarem, która w ostatniej chwili postanowiła się wycofać z pielgrzymki do śmierci. W poruszającą fotografię, jaką Tano wykonał w 1990 roku, nie był wpisany zamach na Supersol. Na fotografii Kim Phuc z 1972 roku nie było zapisane, że ta, która przeżyła, będzie pracowała dla pokoju i przebaczenia.

To nie jest łatwe, ale możemy spróbować: zachować równocześnie współczucie (i miłość) oraz osąd tego, co niesłuszne. W tej ostatniej sprawie najmocniejszym argumentem jest twarz izraelskiej dziewczyny, która nazywała się Rachel. Nie znamy takiego jej zdjęcia, które pokazywałoby coś innego niż własne zwykłe dzieciństwo. Coś, co przeznaczałoby ją do unicestwienia razem z nieznajomą palestyńską rówieśnicą w drzwiach prowadzących do supermarketu.



Adriano Sofri, jeden z najbardziej znanych włoskich intelektualistów, odbywa karę 20 lat więzienia za zabójstwo. Był jednym z założycieli lewicowej grupy Lotta Continua (Walka Nieustająca). W 1976 r., Lotta Continua została rozwiązana, a Sofri wycofał się z polityki. Dogoniła go po latach. W 1988 r. został aresztowany wraz z dwoma ekstowarzyszami pod zarzutem kierowania w 1972 r. zamachem na komisarza policji Luigiego Calabresi. Dawny członek organizacji Leonardo Marini przyznał się do tego zabójstwa, a Sofriego i jego kolegów oskarżył o współudział. Ciągnąca się dziewięć lat seria procesów, zakończyła się wyrokami skazującymi dla całej trójki. Od lat w obronie niewinności Sofriego występuje włoska lewica. Sofri z więzienia pisze komentarze i artykuły dla najważniiejszych włoskich pism, m.in."La Repubbliki" i "Panoramy". Ten tekst ukazał się w numerze "La Repubbliki" z 13 czerwca 2002 r. mj

* tytuł pochodzi od redakcji

Podziel się