Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl
>
Wiara w Boga jest jak zakochanie - tak Paweł, 30-letni dramaturg z Warszawy, tłumaczy, dlaczego jest katolikiem. - Spędzasz z kimś czas i nie widzisz w nim nic specjalnego, a nagle coś czujesz i totalnie ci odpala. Rutynowa modlitwa się zmienia. W ten sposób zrozumiałem, że moje miejsce jest w Kościele. Czułem nawet tęsknotę za Bogiem. W niedzielę rano wbiegałem do kościoła, aby uklęknąć, pomodlić się.
- A teraz jesteś zakochany?
- Właśnie rozstałem się z jednym chłopakiem, ale jestem otwarty na zauroczenia.
- Spowiedź?
- Teraz nie chodzę do spowiedzi. Jeśli w życiu homoseksualisty mi nie wyjdzie, wrócę do Kościoła w taki pełny sposób.
W wieku 16 lat Paweł zaangażował się w Ruch Światło-Życie. Działał w dominikańskim duszpasterstwie akademickim. Był animatorem, odpowiedzialnym duszpasterstwa, przygotowywał dorosłych do chrztu. Prowadził katechezy dla młodzieży. Omawiał prawdy wiary, zagadnienia moralne i teologiczne. Czuł się przewodnikiem tych młodych ludzi, a oni często prosili, aby został ich świadkiem bierzmowania.
Chodził na pielgrzymki, uczestniczył w rekolekcjach ignacjańskich, jeździł medytować do benedyktynów.
- Do 30. roku życia prowadziłem tak intensywne życie religijne, że problem seksualności właściwie nie istniał. Żyłem w czystości.
- Dlaczego?
- Myślałem, że to jest sprawa, którą Bóg za mnie rozwiąże. Albo będę miał powołanie kapłańskie, albo umrę, albo zakocham się w kobiecie. Chciałem wierzyć, że wszystko się ułoży.
Paweł: W Kościele widzę delikatność Po skończeniu studiów nie wstąpił do zakonu, mówi, że chyba głównie pod wpływem fascynacji teatrem. - Chciałem być wśród ludzi. Teatr to przestrzeń. To nie jest praca przy biurku, która kończy się o określonej godzinie, lecz zawód, który wypełnia życie. Mogłem się zatracić. Zaangażowanie w pracę i życie religijne zapełniały czas. Miałem mnóstwo koleżanek, które chciały się ze mną związać. Ale nic z tego nie wychodziło, a potrzeba ułożenia sobie życia zaczęła we mnie narastać. W końcu zrozumiałem, że jestem, kim jestem, i nie muszę nic zmieniać. Mam prawo szukać miłości. Przecież staram się żyć, jak naucza Kościół.
Paweł zaznacza, że nigdy nie czuł się odrzucony przez księży i że to stanowi kolejny dowód na istnienie Boga. - Tłumaczyli mi, że seksualność to tylko jeden element spośród ogromnej liczby cech, które są we mnie. Nie muszę być oceniany poprzez tę jedną cechę. I w Kościele nigdy nie byłem. Nadal doświadczam w nim wiele miłości i zrozumienia, czasem nawet dużo więcej niż w środowisku gejów, w którym z orientacji seksualnej za wszelką cenę chce się zrobić tożsamość.
- Bycie gejem to nie tożsamość?
- Religia odpowiada na najgłębsze, najintymniejsze pytania dotyczące mojego pochodzenia i przeznaczenia: kim jestem? dokąd zmierzam? co jest dobre, a co złe? A bycie gejem to tożsamość stworzona dla celów politycznych. Moja wrażliwość nie jest powodowana orientacją seksualną. Jeśli spojrzę na wyznawane wartości i światopogląd, z wieloma gejami niewiele mnie łączy. Więcej wspólnych tematów mam już z panią, która sprzedaje bułki w sklepie. Czy powinienem zatem budować wspólne, fałszywe tożsamości, które mnie nie określają? Oczywiście, jeśli ktoś zapyta o moją orientację, odpowiem, że jestem homoseksualny. Ale to tak, jakbym mówił, że jestem wysoki, szczupły, mam niebieskie oczy czy blond włosy.
- Ciepła szukasz w Kościele, ale przecież nie dostaniesz tam rozgrzeszenia?
- Mogę sobie załatwić rozgrzeszenie, znam dużo księży, którzy mi go udzielą. Oczywiście nie wskażę nazwisk. Geje, którzy znajdują się w środowisku kościelnym, wiedzą, do którego księdza pójść. Nie jest tajemnicą, że niektórzy księża mają orientację homoseksualną, są też tacy, którzy po prostu rozumieją gejów i lesbijki.
- A czy to nie jest taki mały prywatny Kościół tylko dla ciebie?
- Oczywiście, że tak. W Kościele są postacie charyzmatyczne, które bardzo różnią się w poglądach, jak biskup Pieronek czy ojciec Rydzyk. To oni prowadzą innych duchownych. Dla mnie ważne jest, że są księża, którzy więcej rozumieją.