Piątka w indeksie niewiele znaczy, szczególnie ta wywalczona na studiach humanistycznych. Bywa jednak sielsko i szczęśliwie, czasem udaje się zdobyć stałą pracę ze wszystkimi składkami, ubezpieczeniami.
Moja przyjaciółka Ania, lat 29. Nauczycielka historii i WOS-u. Ten WOS musiała studiować podyplomowo, na własną rękę i za własne pieniądze. Od zawsze była realistką, żadne tam pstro w głowie. Miała marzenia, oczywiście, ale tylko te możliwe do spełnienia w polskim krajobrazie.
Uczy zatem historii i wiedzy o społeczeństwie. W gimnazjum oraz w liceum. Nieźle. Plan zrealizowany. Nadaje się do tego, jest stanowcza, a nawet uparta. Od pewnego czasu zdradza wszakże oznaki zaniepokojenia, które powolutku zaczyna przypominać frustrację. Chciałaby coś zmienić. Nie jest bowiem przekonana, że chce sprawdzać klasówki do końca życia.
I właśnie w tym miejscu pojawia się problem, duży problem. Wertuje ogłoszenia, pisze
CV, rozsyła, zanosi - bez efektu. Posprzeczałyśmy się, chciałam ją przekonać, że trzeba wierzyć w tę jedną jedyną, wyjątkową ofertę czekającą, by na nią odpowiedziała. Dla niej przekwalifikowanie to nie kwestia wiary, tylko twardych realiów. Szkolenia są kosztowne, niekoniecznie poprawiają sytuację na rynku pracy. Zaiste - syzyfowe przedsięwzięcie próbować zmienić zawód. Duże miasto oznacza więcej możliwości, ale też trudniej się utrzymać. Własne mieszkanie? Mało prawdopodobne. Za co je wynająć? Za co kupić? Wykształcenie, przedsiębiorczość, pomysł. Naturalnie, ale do tego zestawu przydałoby się jeszcze trochę szczęścia. Zwykły życiowy fart. Jednak to już moja interpretacja. Ania na pewno nie zgodziłaby się ze mną.