Nie mogłem odmówić. Amerykańskie kluby książkowe dotąd znałem tylko z filmów i seriali. Wiedziałem więc, że to instytucja bardzo silnie sfeminizowana. W filmowo-serialowych klubach książki uczestniczą głównie gospodynie domowe, takie jak 'Żony ze Stepford', ale także młode, przebojowe mieszkanki Manhattanu. W 'Seinfeldzie' George'a zaciąga tam jego dziewczyna, choć nie był w stanie przebrnąć przez 'Śniadanie u Tiffany'ego' (jak wyznał, książki nietraktujące o futbolu generalnie go nudzą).
Każdy wielbiciel serialu 'Zagubieni' pamięta z kolei początek trzeciego sezonu - w którym widzimy spotkanie klubu książki w czymś, co się początkowo wydaje zwykłym amerykańskim przedmieściem. Potem odkrywamy, że to wioska Innych, których przez pierwsze dwa sezony uważaliśmy za ludzi pierwotnych!
Pamiętam, że kiedy oglądałem ten odcinek, poczułem lekkie ukłucie niepokoju: skoro dla scenarzystów 'Zagubionych' istnienie na wyspie klubu książki dowodzi, że Inni są ludem cywilizowanym - to kim jestem ja, skoro nigdy w czymś takim nie uczestniczyłem? Barbarzyńcą z późnego neolitu? Z radością więc skorzystałem z zaproszenia. Trochę się martwiłem, jak reszta klubu zareaguje na nieoczekiwane pojawienie się nowego gościa - ale trudno, dziennikarz musi być twardy.
Stereotyp się potwierdził: poza mną na spotkaniu pojawiły się wyłącznie kobiety. Zapewniły mnie, że do klubu należą też mężczyźni, ale są w zdecydowanej mniejszości. Od dzisiejszego spotkania zresztą odstraszyła ich tematyka - Emily Giffin uważana jest za pisarkę dla kobiet (to trochę niesprawiedliwa ocena, ale pisałem o tym gdzie indziej).
Potem jednak usłyszałem od bywalczyń klubu, że bardzo często z premedytacją wybierają taki temat, żeby spotkać się w swoim babskim towarzystwie, w którym po prostu dobrze się czują. Tę uwagę skwitowała salwa śmiechu, na razie jeszcze kontrolowanego, ale klubowiczki potem już śmiały się takim charakterystycznym śmiechem, którym kobiety śmieją się tylko w towarzystwie innych kobiet.
Klub książki nie musi mieć osobowości prawnej i nie musi być sformalizowanym stowarzyszeniem. Warto jednak wyłonić na pierwszym zebraniu jakąś trzyosobową grupkę, która będzie stałym komitetem organizacyjnym, mogącym np. podjąć szybką decyzję, jeśli nagle trzeba będzie zmienić lokal. Lokal może być dowolny. Jeśli ktoś ma dom z dużym salonem, może zapraszać do siebie. W amerykańskiej praktyce łatwo jest znaleźć restaurację, która przyciąganiem takiego towarzystwa podbija sobie trochę image.
W Atlancie klubowiczki spotykają się w restauracji, która ma wprawdzie francuską nazwę i oferuje francuskie sery i francuskie wina (zresztą okropne, oni chyba złośliwie Amerykanom wysyłają same odpady), ale tak naprawdę jest częścią centrum handlowego. Jak to w Atlancie, mieście, które w centrum nie ma ani jednej księgarni, są tylko sieciówki w galeriach handlowych na obrzeżach.
To trochę paradoksalne, ale znajomość książki nie jest wymagana. Komitet organizacyjny specjalnie wybiera na spotkania takie książki, których temat da się sprowadzić do prostego pytania. W przypadku 'Siedem lat później' Giffin temat brzmi na przykład: czy można wybaczyć zdradę?
Każda kobieta (i, nie oszukujmy się, każdy mężczyzna) ma w tej sprawie jakieś zdanie i gotów jest go bronić do upadłego. Znajomość powieściowych przykładów może taką dyskusję ubarwić, ale nie jest niezbędna. Ważniejsze jest, żeby podczas dyskusji nie zabrakło napojów i zakąsek.
Wśród szacownych mieszkanek Atlanty działają ponoć dwa takie kluby, bardziej oficjalny i bardziej rebeliancki. Ja trafiłem na spotkanie tego drugiego, więc tutaj dyskusja - coraz częściej przerywana wybuchami owego charakterystycznego kobiecego śmiechu - toczyła się przy winie i serze. Ten pierwszy spotyka się w prywatnych domach, gdzie kawą popija się domowe wypieki. Cóż, cieszę się, że trafiłem na obrady rebeliantek.
W USA panuje spora mobilność społeczna, ludzie za pracą jadą z jednego kontynentu na drugi. Klub książki to doskonała szansa dla żony, która towarzyszy mężowi w takiej wędrówce za pracą, na zawarcie nowych znajomości. Tak przecież do Atlanty trafiła sama Emily Giffin, ale gdy podpytywałem inne klubowiczki, były wśród nich jeszcze trzy inne 'przyjezdne'.
U nas też mobilność rośnie, więc pewnie to również mogłoby być dobre narzędzie budowania więzi społecznych, zwłaszcza na nowych grodzonych osiedlach. No i czas udowodnić, że nie jesteśmy ludem pierwotnym! Narodzie - do klubów!
Zakładajcie kluby książki z 'Wysokimi Obcasami'! Na pierwszy ogień polecamy książkę kanadyjskiej pisarki Alice Munro (pisze o niej w naszym klubie książki Joanna Sokolińska). Spotykajcie się przy zakąskach i napojach. Dyskutujcie z nami na naszym forum, piszcie o własnych klubach książkowych i przesyłajcie zdjęcia na obcasy-p@agora.pl