http://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09googleB.gifhttp://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09googleB.gifhttp://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09google.gif

Niedołężny partacz Michel Gondry

Krzysztof Kwiatkowski
04.02.2011 , aktualizacja: 27.01.2011 15:28
A A A Drukuj
Nie ma innego zawodu, z którego - przy moich niewielkich uzdolnieniach - mógłbym utrzymać się na poziomie
<b>Michel Gondry</b>
- ur. 1963, reżyser filmowy. Skończył paryską ASP, realizował teledyski m.in.: Björk, Massive Atack, Rolling Stones, Daft Punk, robił reklamy. Zadebiutował w 2001 r. 'Wojną plemników', ale dopiero 'Zakochany bez pamięci' zdobył rozgłos i Oscara. Gondry zrobił też 'Jak we śnie', 'Ratunku! Awaria', dokument 'Dave Chappelle's Block Party'. Jego ostatni film 'Green Hornet 3D' w kinach
od 28 stycznia
Fot. Getty Images
Michel Gondry - ur. 1963, reżyser filmowy. Skończył paryską ASP, realizował teledyski m.in.: Björk, Massive Atack, Rolling Stones, Daft Punk, robił reklamy. Zadebiutował w 2001 r. 'Wojną plemników', ale dopiero 'Zakochany bez pamięci' zdobył rozgłos i Oscara. Gondry zrobił też 'Jak we śnie', 'Ratunku! Awaria', dokument 'Dave Chappelle's Block Party'. Jego ostatni film 'Green Hornet 3D' w kinach od 28 stycznia
ZOBACZ TAKŻE
Zaczynał pan karierę od artystycznego kina niezależnego, zafascynował widzów światem 'Zakochanego bez pamięci' i 'Jak we śnie'. Teraz jednak coraz częściej zwraca się pan ku rozrywce, bawi się konwencjami i gatunkami, przedrzeźnia filmowe kalki. Po komediowym 'Ratunku! Awaria' proponuje 'Green Hornet 3D'. Osiadł pan na laurach i dał się kupić wielkim studiom?

Nic podobnego. Nie zawsze warto konkurować i na siłę szukać oryginalności. Dziś prawdziwym wyzwaniem staje się próba wymyślenia od nowa czegoś dobrze znanego, wejścia w dialog z tradycją. Lubię filmy powstające z odpadków, zrecyklingowane. Nie mam oczywiście na myśli przeintelektualizowanych trawestacji Bergmana ani cytatów z Antonioniego. Najchętniej wracam myślami do bohaterów popkultury. Ostatnio puszczam sobie na DVD tytuły wypożyczane niegdyś w osiedlowej wideotece przez zmęczonych pracowników fabryk. Obrazy, które oglądaliśmy w dzieciństwie, skacząc po kanałach telewizora.

'Green Hornet 3D' powstał na podstawie słuchowiska radiowego z lat 30. i serialu z lat 60. 'Ratunku! Awaria'. Zatęsknił pan za dawnymi czasami?

Nie jestem typem faceta zapatrzonego w przeszłość. Bardziej interesuje mnie to, co w rzeczach dawnych można uratować dla współczesności. Uwielbiam piosenki z lat 40., zaśmiewam się przy ich tekstach. Ostatnio odkryłem utwór, w którym podmiot liryczny narzeka na rozmiar stóp swojej przyjaciółki. Śpiewa: 'Byliśmy w restauracji, było nas czworo - ty, ja i twoje stopy. Lubię cię aż po łydki, ale poniżej nie mogę cię znieść'. Dzisiaj dawny mainstream okazuje się awangardą! I każda dekada czeka na swoje ponowne odkrycie. Odstręczają nas lata 80., bo pamiętamy Duran Duran, ale przecież funkcjonowało wtedy też niesamowite Talking Heads. Nie wolno zapominać, skąd przyszliśmy.

Zwykle jednak słuchamy dawnych przebojów nie tyle z sentymentem, ile z ironicznym uśmiechem. Naprawdę uważa pan, że powrót do nich jest sposobem na poszerzanie horyzontów współczesnej sztuki?

Drwina i żart mogą zrodzić coś interesującego. Rap powstał jako zabawa dzieciaków rymujących do podkładów, w których miksowali i przedrzeźniali istniejącą muzykę. Graffiti ma swoje korzenie w próbie przełamania nudy w opuszczonych, biednych rejonach Nowego Jorku. Sztuka powstaje, kiedy ludzie postanawiają przełamać rutynę codzienności i sprzeciwić się przemysłowemu systemowi kulturalnemu. Amerykanie przyzwyczaili się, że za rozrywkę trzeba płacić, kupując produkty wielkich korporacji, filmy wychodzące z hollywoodzkich studiów albo albumy muzyczne z logo słynnych wytwórni. Tracą kreatywność. A przecież powinni brać sprawy w swoje ręce.

Każdy może być artystą?

Każdy może czerpać frajdę z robienia muzyki albo kręcenia amatorskich klipów do znanych piosenek. Proszę nie zrozumieć mnie źle. Nie twierdzę, że to kierunek, w którym zmierza sztuka, i nie wiążę wielkich nadziei z rozwojem YouTube'a. Ale czasem warto zapomnieć o artystycznym nadęciu i się zabawić. Budować wspólnotę, która może powstać czasem dzięki kinu. Jest w tym coś pięknie dziecięcego, kiedy ludzie śmieją się, widząc siebie na ekranie.

Ludzie dają się łatwo namówić na sięgnięcie po kamerę?

Kiedyś w galerii Deitch w Nowym Jorku zrobiłem eksperyment. W jednej z sal postawiliśmy kilka gotowych filmowych scenografii - sztuczne ognisko, gabinet lekarski, monitor z widokiem z wnętrza samochodu, w którym świat ucieka szybciej, kiedy naciska się specjalny pedał. Widzowie przy wejściu dostawali instrukcję 'Jak zrobić film w 15 osób'. Opisałem cały proces krok po kroku: najpierw ustalali, kto będzie odpowiedzialny za operatorkę i za dźwięk. Wymyślali tytuły i w demokratycznym głosowaniu wybierali najlepszy. On naprowadzał ich na trop przyszłej fabuły. Akcję mieli opisać w 8-12 zdaniach, z których każde odpowiadało jednej scenie. W końcu obsadzali role. Aby uniknąć kłótni wywoływanych przez egocentryków, nie wolno było proponować siebie jako odtwórcy żadnej z postaci. Po takich ustaleniach wystarczyło zostawić uczestników na godzinę samych. Bez przewijania taśmy, cięć, montażu, dubli i prób robili gotowe do wyświetlenia etiudy. Niektóre fajne.

Naprawdę myśli pan, że w ten sposób może powstać coś ciekawego?

Oczywiście, przecież kiedyś tak wyglądała produkcja. W czasach Macka Sennetta ekipa składała się z dwóch osób i operatora wyposażonego w jedną kamerę. Znikali oni na jeden dzień i wracali z 10-minutowym filmem, który bawił i wzruszał. Nie trzeba było stosować się do żadnych reguł, twórcy próbowali uchwycić wszystko, co zwróci ich uwagę. Czasami lubię sobie wyobrażać, jak wyglądałyby pierwsze filmy, gdyby kino wynaleziono dzisiaj. Czy przechodziłyby nas ciarki w czasie seansów 'Lądowania samolotu na lotnisku de Gaulle'a' albo śmieszył 'Oblany informatyk'? Brakuje nam niewinności ludzi nieskażonych kinematograficznym światem.

To dlatego zaprasza pan czasem do współpracy ludzi niezwiązanych z przemysłem filmowym?

Staram się patrzeć na kino ich oczami, bez poczucia obowiązku i bycia w pracy. Na planie 'Ratunku! Awaria' poprosiłem amatorów, żeby nie słuchali niczyich rad, tylko robili swoje. Trafił się wśród nich facet w wielkich okularach, miał 60 lat, mieszkał z matką, na okrągło mówił coś o Elvisie i podszczypywał naszą stylistkę. A w co drugiej scenie podchodził do kamery i patrzył prosto w obiektyw. Ale na tym polegała jego siła. Uczył nas szybkiego reagowania, wnosił na plan spontaniczność.

Nie każdy by to zniósł. Są wśród twórców zdyscyplinowani rzemieślnicy, którzy każde ujęcie rozrysowują i pragną wizję wiernie przenieść na ekran.

Nudzi mnie perfekcyjność niektórych filmów. Kiedy oglądam 'Chicago' - musical, który powinien być lekki, łatwy i przyjemny - wszystko wydaje mi się w nim zrobione na siłę. Odpicowani bohaterowie na tle idealnie dopracowanej scenografii dumnie noszą świetnie skrojone stroje. I nawet jeśli realia epoki się zgadzają, nie wierzę w świat wykreowany na ekranie. Brakuje mu duszy. W moim sposobie robienia kina jest więcej miejsca na zabawę, luz, spontaniczność. Dlatego właśnie wszedłem do show-biznesu bocznymi drogami i funkcjonuję w nim na zasadzie nieszkodliwego szaleńca.

Dzisiaj już może pan sobie na to pozwolić. Ale podobno w czasie zdjęć do 'Zakochanego bez pamięci' ciągle ktoś kłócił się z panem o kształt filmu.

Rzeczywiście. Teraz już mam wolną rękę, ludzie postrzegają mnie jako kogoś, kto osiągnął sukces i komu opłaca się zaufać. Sam też zacząłem bardziej wierzyć w siebie. Ale przy drugim filmie pełnometrażowym nie mogłem opędzić się od 'dobrych rad'. Pamiętam, jak robiliśmy ostatnią scenę. Na plan przyszło dwóch głównych producentów, jeden producent wykonawczy i scenarzysta. W dodatku Jim Carrey to aktor, który o wszystkim miał własne zdanie. W pewnym momencie nie wytrzymałem. Zacząłem krzyczeć: 'Wysłuchałem was wszystkich, ale, kurwa, uwierzcie, że wiem, jaki film chcę zrobić!'. Zapanowała cisza. Wywalczyłem sobie przyzwoite warunki pracy.

Przy pierwszych projektach współpracował pan z jednym z najbardziej znanych scenarzystów - Charliem Kaufmanem. Jednak panów drogi się rozeszły. Woli pan realizować własne projekty?

Charlie to fantastyczny facet. Ale jego legenda nieco się za mną ciągnie. Wciąż słyszę od kolegów: 'Wróć do Charliego, przecież ty sam nie umiesz opowiadać historii'. To bardzo amerykańskie. Za oceanem ludzie przeceniają rolę scenariusza, bo sztukę filmową traktują jak przemysł. Uważają, że praca nad filmem przypomina składanie samochodu z poszczególnych części - scenariusza, montażu, muzyki, a nad tym wszystkim ma czuwać producent. W Europie mocniej wierzymy w organiczność tego procesu. Ekscytuje mnie możliwość stworzenia świata od zera. Moment, w którym siedzi się przed komputerem i przemierza krainy wyobraźni. Czasami bywa to wstydliwe. 'Jak we śnie' opierało się na mojej własnej historii miłosnej. Musiałem zagryźć zęby i przełamać opór. Dopiero na planie przyszła myśl: jak ja to wszystko nakręcę?

Kino to dla pana strefa wolności i niczym nieskrępowanej fantazji?

Chciałbym tak myśleć, ale muszę trzymać się setek reguł, aby utrzymać przez dwie godziny uwagę widzów. Film to nie książka, którą znużony czytelnik może odłożyć na bok. A zasady budowania napięcia odbierają wolność. Szkoda, że nie da się ich uniknąć.

Wpada pan w rutynę?

Nie, zawsze czuję się na planie amatorem. I to wcale nie w dobrym tego słowa znaczeniu. Widzę siebie jako niedołężnego partacza, któremu mylą się kable i fachowe nazwy i który w swoim rozkojarzeniu nie umie zabrać się porządnie do pracy. Wciąż mam wrażenie, że coś mi nie wychodzi, że ponoszę kolejną życiową porażkę. Przekraczam wszelkie terminy, nie mieszczę się w budżetach. Ale muszę z tym trwać, inaczej bym nic nie zrobił.

Jeśli tak bardzo to pana drażni, dlaczego ciągle trzyma się pan kina?

Bo nie ma innego zawodu, z którego - przy moich niewielkich uzdolnieniach - mógłbym utrzymać się na poziomie. No i jakoś sobie radzę. Nauczyłem się opanowywać na planie strach, niepewność, poczucie zbyt wielkiej odpowiedzialności ciążącej na moich barkach. Ale i tak każdy dzień zdjęciowy to dla mnie wielki stres.

Ale przecież jednocześnie opowiada pan o radości płynącej z kręcenia filmów, więc chyba musi być w tym wszystkim coś, co pan lubi?

Jasne. Kiedy patrzę na swoją pracę z dystansu, naprawdę ją kocham. A największą przyjemność czerpię z pokazywania gotowych filmów - ze słuchania opinii widzów albo pytań dziennikarzy. Nie dlatego, że zabiegam o rozgłos. Łaknę rozmowy z ludźmi. Dlatego, choć po każdym filmie obiecuję sobie, że nigdy już nie stanę za kamerą, wciąż mięknę, montuję ekipę i przechodzę przez ten koszmar od nowa.

Podziel się