http://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09googleB.gifhttp://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09googleB.gifhttp://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09google.gif

Bądź taka jak ja, tylko lepsza

Agnieszka Jucewicz
01.02.2011 , aktualizacja: 27.01.2011 13:09
A A A Drukuj
Najprościej byłoby, gdyby to emerytki rodziły dzieci - rozmowa z Zofią Milską-Wrzosińską, psychologiem psychoterapeutką

Rys. Rafał Szczepaniak
Rys. Rafał Szczepaniak
ZOBACZ TAKŻE
Dlaczego, jeśli nawet nasza relacja z matką jest dobra, pojawia się napięcie, rozczarowanie, pretensje? Czy idealna relacja z matką jest w ogóle możliwa?

Z perspektywy gabinetu psychoterapeutycznego widać, że ważna jest nie tylko relacja z realną matką, ale też z matką w środku siebie, jakąś o niej opowieścią, klimatem emocjonalnym, wyrazistym wspomnieniem. Tym wewnętrznym obrazom matek, tak jak i żywym zresztą, do ideału daleko. I nic dziwnego, bo do każdego związku ludzie wnoszą i to, jacy są, a nie są idealni, i to, jakie mają oczekiwania, a te oczekiwania, zwłaszcza na poziomie nieświadomym, są nierealistyczne i spełnić się ich w stu procentach nie da. Relacja matka - córka jest bardzo ważna, więc odstępstwa od ideału dotykają szczególnie. W ważnych relacjach często chce się jednocześnie rzeczy, które są nie do pogodzenia, więc rozczarowanie, żal i złość są nieuchronne.

Na przykład?

W okresie dojrzewania córka, lat 14 czy 15, chciałaby, żeby z jednej strony matka była mądrym oparciem, autorytetem moralnym, wiarygodnym drogowskazem, a z drugiej - żeby w nic się nie wtrącała, zostawiła jej całkowitą wolność, dawała pieniądze, które ona wyda, na co chce, pozwalała jej wracać o dowolnej porze i akceptowała nocowanie kolegów. Żadna matka się w tym nie wyrobi, choć niektóre próbują, ale to psychologicznie niemożliwe. Pojawia się rozgoryczenie, konflikty.

Niektóre matki z kolei chcą zatrzymać na zawsze swoją małą dziewczynkę zależną od nich we wszystkim i w nie zapatrzoną, a jednocześnie być dumne z samodzielnej młodej kobiety, która bez obawy idzie przez świat.

Ale w całej tej niemożności matkom i córkom jakoś się układa. Te trudne, bolesne momenty mijają, pozostaje emocjonalna więź. Nie ma co matek wpędzać w poczucie winy, że one wszystko robią źle, bo i tak matki są chłopcem czy raczej -należałoby powiedzieć - dziewczynką do bicia. A już zwłaszcza odkąd zaczęło się poszukiwanie źródeł trudności życiowych w dzieciństwie.

I osobą, która tradycyjne najwięcej czasu poświęcała dzieciom, była matka...

Od jakichś stu lat obwinia się matkę o wszystkie nieszczęścia, których doświadcza dziecko. Uważa się, że ona odpowiada za strukturę psychologiczną człowieka, za ewentualną psychopatologię też. Jeśli dorosła córka nie umie ułożyć sobie stosunków z mężczyznami - to przez matkę, jeśli ma kłopot z dyscypliną czy z publicznymi wystąpieniami - też, itd. Do niedawna były nawet teorie - nigdy niepotwierdzone przez wyniki badań - że jej winą jest autyzm albo schizofrenia dziecka. Nawet ukuto takie piętnujące określenie - 'matka schizofrenogenna'.

Jednak nawet jeśli uznajemy, że doświadczenia z wczesnego dzieciństwa są rzeczywiście kluczowe, to dzisiaj w wychowanie dzieci (również córek) w coraz większym stopniu zaangażowani są ojcowie. Zaczęto też doceniać rolę środowiska rówieśniczego. Więcej wiemy o czynnikach wrodzonych. Czyli 'wina' ulega pewnemu rozproszeniu. Ale z odpowiedzialności tak całkiem matek zwolnić się nie da, bo jednak zależy od nich bardzo wiele.

I matki zdają sobie z tego sprawę, stąd to poczucie winy, że nie są wystarczająco dobre?

Kiedy kształtują się podstawy osobowości dziecka, czyli na samym początku, matka jest na ogół młodą kobietą, nie bardzo świadomą wielu spraw. Nie wie jeszcze do końca, czego chce. Czy dobrze wybrała drogę życiową, czy partner nadaje się na ojca, czy dobrze, że dziecko urodziła teraz, a nie później albo wcześniej. Ma masę pytań i ma prawo popełniać błędy. No i nie ma wielkiego doświadczenia życiowego. Właściwie najprościej byłoby, gdyby dzieci rodziły spełnione życiowo emerytki. Taki 'emerytalny' stan ducha, kiedy wie się już, co jest w życiu ważne, a co mniej, sprawiłby, że macierzyństwo byłoby bardziej świadome i spokojne. A też osiągnęło się już to, co było możliwe, dziecko nie zagradza drogi do sukcesu.

No ale biologia przewidziała to inaczej i dzieci ma się na ogół dość młodo. A dzisiejsze dziewczyny mają świadomość, że od nich zależy jakaś część przyszłego życia małego człowieka. Dobrze, że to wiedzą, ale czasem wzbudza to w nich tak wiele lęku, że zamiast kierować się naturalnym matczynym talentem, próbują wszystko zaplanować i kontrolować. A przecież widać, że ten świat jakoś się układa. Kobiety rodzą córki, które też się z kimś wiążą i zostają matkami - i tak to się toczy. Większość matek wywiązuje się dobrze z tego zadania rodzicielskiego.

Bywa jednak, że się nie wywiązuje. Na czym to może polegać?

Jedne wywiązują się lepiej, innym mniej się to udaje. Czyli jednak mamy obciążać matki w tej rozmowie? No cóż, nie da się ukryć, że postawa matki może bardziej lub mniej sprzyjać rozwojowi zdrowego i szczęśliwego dziecka. Matka może na przykład całą swoją energię życiową koncentrować na córce. Wbrew pozorom to nie za dobrze i dla niej, i dla dziecka, bo brakuje jej dorosłego dystansu. Na przykład matka czuje się życiowo niespełniona i w roli macierzyńskiej chce odnaleźć sens życia. Wtedy wszystko, co robi córka, ma dla niej olbrzymie znaczenie i jest traktowane jako własny sukces albo porażka. Jeżeli córce coś się uda, matka przypisuje to sobie, popada w samozachwyt i domaga się uznania. Nazywa się to oczekiwaniem od córki gratyfikacji narcystycznej.

Jedna z pacjentek mówi: 'Nie potrafię jej powiedzieć o awansie w pracy, o udanych wakacjach, bo wiem, że uzna to za swoją zasługę, tak jak w dzieciństwie, kiedy zawsze okazywało się, że jej zdaniem nauczyciele czy koleżanki lubią mnie tylko dlatego, że jestem jej córką. Ale jak coś było źle, to dlatego, że ja się nie starałam i przyniosłam jej wstyd'. Albo matka obwinia się za normalne procesy rozwojowe dziecka, myśli, że jest złą matką, jeśli córka jest niezadowolona, płacze czy ma trudniejszy okres w życiu. Przejmuje się, godzinami o tym z córką rozmawia, wynajduje środki zaradcze. Tyle że dziewczynka już za chwilę widziałaby to w innych barwach, ale reakcja mamy ją przytrzymuje. Myśli: 'Coś źle robię, skoro mama tak się niepokoi, nie mogę jej martwić, na drugi raz lepiej jej nic nie powiem'. A mama po prostu nie czuje się bezpiecznie, gdy pojawiają się jakiekolwiek trudniejsze momenty.

Może ona boi się świata ludzi dorosłych?

Z pewnością, bo takimi jesteśmy matkami, jak żyjemy, przecież to nie kostiumowa rola, z której wychodzimy po przedstawieniu. Jeśli kobieta czuje się ze sobą źle, to może wyobrażać sobie, że jej dziecko będzie zawsze odrzucane - jak pójdzie do przedszkola, to będzie bite lub wyśmiewane; jak pójdzie do szkoły, to nauczyciele się zawezmą; jak znajdzie chłopaka, to on będzie tylko myślał, jak ją wykorzystać, cokolwiek by to w dzisiejszych czasach oznaczało. No i córka idzie do przedszkola, przeżywa rozstanie z bezpiecznym domem i okazuje to na różne sposoby, a matka myśli: 'Oni tam ją krzywdzą, ja muszę tam ruszyć i jej bronić, bo na pewno ją gorzej traktują niż innych'. Jak matka boi się życia, to lęk dotyczy też bliskich osób - boi się za córkę i w końcu córka zaczyna się bać już sama za siebie.

Czy matki na ogół chcą, żeby córki były takie jak one?

To nie zawsze takie proste. Kobieta, która jest ze swojego życia z grubsza zadowolona, nie potrzebuje hodować własnych klonów, raczej z życzliwą ciekawością patrzy, co i jak córki wybierają. Ale jeśli matka ma poczucie niespełnienia, może chcieć, by dziewczynka była taka, jaka ona by chciała być. Albo chce, żeby córka naprawiła jej błędy. Te sytuacje nie są rozwojowo korzystne.

Dlaczego?

Zobacz więcej na temat:

Podziel się