Po lekturze
'Czemu winne są trzydziestki' ('WO' nr 601) i 'Bilansu trzydziestolatki' (grudniowa 'Elle') miałam mieszane uczucia. Czy na pewno samotne trzydziestki są tak postrzegane? Czy to nie nasza nadwrażliwość lub zaniżona samoocena?
Realizujemy się zawodowo, jesteśmy otwarte na ludzi, a coraz częściej zaczynamy czuć się wyobcowane, a nawet gorsze. Dlaczego? Po wczorajszej sylwestrowej zabawie wśród wykształconych trzydziesto-i czterdziestolatków mam niesmak do samej siebie: dlaczego ja, singielka, poszłam tam sama? Dlaczego moja przyjaciółka przedstawiła mnie swoim znajomym: 'Oto moja koleżanka, stara panna'? I po chwili jej znajoma: 'Szuka męża, niekoniecznie wolnego'... Gdzie się podziały dobre maniery, skoro tak się traktuje zupełnie nową osobę w towarzystwie?
I tak oto zaczynam wieczór, ten jedyny w roku... Muszę chyba szerzej otworzyć oczy i zweryfikować znajomości. Małym pocieszeniem może być to, że niektóre z tych eleganckich, dobrze sytuowanych mężatek nie do końca sprawiały wrażenie bosko szczęśliwych.
Drogie trzydziestki, jako 39-latka mam jedno życzenie: oby za kilka lat jak najmniej samotnych trzydziestek i czterdziestek miało wątpliwą przyjemność imprezowania wśród takich mężatek, często atrakcyjnych kobiet i spełnionych matek, ale wciąż atakujących potencjalne w ich mniemaniu rywalki... A może nie tylko my mamy zaniżoną samoocenę i czujemy się niepewne swojej wartości? Mam jeszcze rok na znalezienie odpowiedzi na pytanie 'Czemu winne są trzydziestki?'