Kraków. Wchodzę w ul. Szczepańską od strony Rynku, a tu olbrzymia bańka mydlana przepływa mi nad głową. Po chwili następna. I następna. Idę dalej i staję przed malutkim sklepem w starej kamienicy, skąd z przymocowanej nad wejściem wytwornicy wyłaniają się te giganty. Na drzwiach zachęcająca informacja: wolno wchodzić z lodami, ze zwierzętami, a po odejściu od kasy uwzględnia się reklamacje. W środku tłum. Ktoś stoi w ogromnej bańce mydlanej. Wokół kolejka czekających. Śmiech, pisk. Przedział wieku - od pięciu do 60 lat. Wchodzę do sklepu i ja. Właśnie jakiś 60-latek daje się zamknąć w bańce. Jego żona krzyczy: 'Heniu, i jak?!'. 'No dobra, panie starszy, tu dzieci są, pan już wyjdzie' - jedna z matek się niecierpliwi, bo ośmiolatek u jej boku nerwowo przebiera nogami. Właściciel sklepu Jakub Bochenek uśmiecha się uprzejmie. Miejsce Henia zajmuje chłopiec. Obręcz nasączona płynem idzie w górę. Dziecko piszczy z radości - tak samo jak pan Henio wcześniej. Sklep wypełniony jest po brzegi przeróżnymi maszynami do robienia baniek, a na honorowym miejscu stoi największy skarb Bochenka - butle ze specjalnym płynem do robienia tak dużych baniek. Wchodzi kolejny klient, wymija kolejkę i podchodzi do lady. 'Czy to prawda, że jak opowiem dowcip, to dostanę 10 proc. zniżki?' - pyta właściciela. 'Tak - kiwa głową Bochenek. - Ale musimy się śmiać'.
Pozostało 81% tekstu
Twoja przeglądarka nie ma włączonej obsługi JavaScript

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Pełne korzystanie z serwisu wymaga włączonego w Twojej przeglądarce JavaScript oraz innych technologii służących do mierzenia liczby przeczytanych artykułów.
Możesz włączyć akceptację skryptów w ustawieniach Twojej przeglądarki.
Sprawdź regulamin i politykę prywatności.