Olga Tokarczuk: Niech mnie pani ośmieli, proszę, bo się obawiam pisarek i do tego psycholożek.

Ale że co? Że pisarka widzi więcej, a jako psycholożka czytam body language?

Właśnie, i się wyda, że śni mi się "nagi tyłek Kłoski" z "Prawieku" albo że marzę skrycie, żeby zostać myśliwym, a Janina Duszejko, bohaterka pani ostatniej książki, morduje myśliwych.

Nie jestem już psycholożką, od dawna się tym nie zajmuję. A jako pisarka to raczej ja powinnam się obawiać ciebie. Przenikliwy czytelnik ma autorkę na talerzu. Nie wiem, czy potrafię zbudować postać przekonującą psychologicznie, która jest całkowicie ode mnie różna, więc ci wszyscy ludzie z moich książek to też wiedza o mnie. To pisarz ma problem, że się w książce odkrywa.

To może się pani trochę odkryje?

Tak na początku rozmowy? Proszę pytać.

Przyznałaś gdzieś, że tak wewnętrznie to masz 12 lat. Malutka jesteś.

Często tak się czuję. Jakbym nie dorastała. Chodzi o nieustającą ciekawość, rodzaj niepoukładania, spontaniczne fascynacje, nad którymi nie do końca panuję.

W "Biegunach" mała dziewuszka ucieka rodzicom nad Odrę, urodziłaś się na wsi pod Sulechowem, tata był rolnikiem?

Nie, rodzice byli nauczycielami, pracowali w uniwersytecie ludowym, dzisiaj byśmy powiedzieli, że brali udział w pięknym projekcie społecznym kształcenia młodzieży wiejskiej. Zdaje się, że miałam nietypowe dzieciństwo, zawsze wśród dorosłych. Żyłam w tej szkole, stojącej w wielkim parku, oddalonym od reszty wsi. Pewnie dlatego bardzo dobrze czuję się sama. Może dziecięce monologowanie wewnętrzne przerodziło się w pisanie. Kiedyś rzeczywiście wymknęłam się rodzicom pogapić się na rzekę. Jechaliśmy niedawno tamtędy z Grzegorzem, moim partnerem, chciałam mu pokazać to miejsce, ale szkołę i park ktoś kupił, zamknął, za ogrodzeniem puścił ogromnego psa i nie mogłam tam wejść. Poczułam, że w jakiś symboliczny sposób to koniec młodości i nie mogę już wejść do swojego dzieciństwa.

CZYTAJ TAKŻE: Olga Tokarczuk: Mam opór wobec mody. Nigdy nie kupuję niczego, co modne, i nie czytam modnych książek

W wywiadach i książkach powtarzasz, że kobieta im starsza, tym staje się coraz mniej widoczna.

Ta kultura słabo zorganizowała dla nich miejsce po pięćdziesiątce. Znikają z pracy na wczesne emerytury, zajmują się w domu wnukami. Dość gwałtownie, gdy przestają być "atrakcyjne", wypadają poza rynek. Ich partnerzy często biorą sobie młodsze żony (zawsze mnie interesowało, co się dzieje z pierwszymi żonami znanych mężczyzn). Mężczyźni nie muszą się starać, bo starzenie w dużo mniejszym stopniu zagraża ich pozycji. W Sejmie, radach nadzorczych kobiet jest zdecydowanie mniej. Niewiele jest starszych spikerek, dyskutantek w programach. Co się takiego dzieje, że kobiety są wycinane, że ich doświadczenie nie procentuje tak jak mężczyznom? To pytanie do całej kultury. Pamiętam doświadczenie pierwszej tego rodzaju niesprawiedliwości, z początku podstawówki. Kiedy szłam do wiejskiej szkoły, umiałam pisać i czytać, więc lepiej dawałam sobie radę niż inni. Ale nauczycielka faworyzowała Waldka , dopuszczała go pierwszego do głosu, chwaliła, choć ewidentnie zadania wykonywał gorzej niż ja. Nie rozumiałam dlaczego. Bo byłam dziewczynką, a on chłopcem? W mojej prywatnej psychologii nazywam to "syndromem Waldka D .".
Pozostało 89% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej