http://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09googleB.gifhttp://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09googleB.gifhttp://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09google.gif

Nie przechodź grypy

Irena Cieślińska
30.09.2010 , aktualizacja: 23.09.2010 17:12
A A A Drukuj
Fot. Corbis
Moda na przechodzenie grypy w pracy, podczas gdy powinno się leżeć w tym czasie w łóżku, stała?się częścią kultury biurowej. Wysoce niekoleżeńskiej
ZOBACZ TAKŻE
Późną jesienią, kiedy dociera do nas, że kolejnych ciepłych dni należy spodziewać się nie wcześniej niż za pół roku, mało kto wygląda dobrze i kwitnąco. Ale przedszkolanka opiekująca się grupą mojego syna prezentowała się wyjątkowo marnie. Przyszarzała, z czerwonymi oczami i zmęczonym wzrokiem, zakutana w zbyt ciepły jak na temperaturę panującą w sali maluchów sweter wyglądała jak cień człowieka. - Głowa mi pęka - wychrypiała w odpowiedzi na moje 'dzień dobry'. - Taka jestem rozbita. Ciągle się trzęsę - wyszeptała - no, ale rozumie pani, tak mało tu zarabiamy, że nie mogę sobie pozwolić na dzień wolny, bo za chorobowe dostaję tylko 80 proc. pensji. Zrozumiałam jedno. Za kilka dni to ja (i paru innych rodziców) będę sobie musiała pozwolić na 80 proc. płacy w dni wolne przeznaczone na opiekę nad chorym dzieckiem.

Prezenteizm, czyli zawsze na stanowisku

Przedziwna moda na przychodzenie do pracy, kiedy się jest chorym i powinno leżeć w łóżku, zatacza coraz szersze kręgi. Staje się częścią kultury biurowej. Jest tak powszechna, że doczekała się nazwy - prezenteizm (od ang. present - obecny; w opozycji do istniejącego już sformułowania absenteizm oznaczającego nieuzasadnione zostawanie w domu i wymawianie się chorobą). Ba! Powstały już pierwsze prace naukowe szacujące zakres prezenteizmu i koszty, które z jego tytułu ponosi pracodawca i całe społeczeństwo. Otóż nadgorliwcy, co to zwykle pozują na bohaterów (bo jestem pracowity i odpowiedzialny, nie opuszczam stanowiska mimo problemów ze zdrowiem, zawsze można na mnie liczyć), przynoszą więcej szkody niż pożytku sobie, firmie i nam wszystkim. Pokasłują, siąkają nosami i snują się po korytarzach, zamieniają biurka w oddziały intensywnej terapii i zarażają, kogo popadnie.

Według pierwszych szacunków wykonanych przez Instytut Zdrowia i Produktywności Cornell University prezenteizm odpowiedzialny jest za ponad 60 proc. strat ponoszonych przez pracodawców z tytułu niezdolności do pracy spowodowanej chorobami. W sondzie telefonicznej przeprowadzonej przez Narodową Fundację Chorób Zakaźnych (National Foundation for Infectious Diseases) co trzeci Amerykanin przyznał, że zwykł przychodzić do pracy niezdrów. Dokładnie tyle samo osób przyznało, że złapało grypę od kolegów w miejscu pracy. Ze statystyk zwolnień lekarskich wynika, że Polacy należą do przodowników prezenteizmu. Na zachodzie Europy nie jest dobrze widziane, by przeziębiony pracownik zarażał resztę zespołu. Posłuchajcie więc, przodownicy i przodowniczki pracy: firma z pewnością nie upadnie z powodu waszej kilkudniowej nieobecności! Tymczasem próby przechodzenia niedyspozycji, a już w szczególności grypy, kończą się często dłuższą chorobą i całkiem poważnymi komplikacjami zdrowotnymi. I są niekoleżeńskim zagraniem.

Nie lekceważ wirusa

W przeciwieństwie do przeziębienia grypa jest bowiem całkiem poważną chorobą. Jak wynika z badań profesora Michaela Marmota z University College London, od lat zajmującego się socjalnymi uwarunkowaniami chorób, ci, którzy starają się przechodzić jesienno-zimowe niedyspozycje, byle tylko nie brać dni wolnych od pracy, przypłacają to dwukrotnie wyższym ryzykiem dorobienia się chorób serca i układu krążenia. - Ludzie zmuszają się do aktywności, ale nie zdają sobie sprawy, czym to grozi - mówi naukowiec. Jego badania przeprowadzone na grupie kilku tysięcy Brytyjczyków stały się impulsem do poważnej debaty w środowisku biznesowym, czy aby nie jest korzystniej dla pracodawców ułatwić zatrudnionym branie kilku dni wolnych w przypadku kiepskiego samopoczucia.

Czym grozi lekceważenie grypy? Przede wszystkim zapaleniem płuc i oskrzeli, zapaleniem ucha środkowego, zatok i - co szczególnie niebezpieczne - zapaleniem mięśnia sercowego i osierdzia. Zdarzają się też powikłania w postaci zapalenia mózgu i opon mózgowych, zapalenia nerwów, rdzenia kręgowego lub choroby Guillaina-Barrégo (uszkodzenie i niedowład mięśni). Zaostrzają się choroby przewlekłe - grypa potrafi rozregulować trzymaną dotąd w ryzach cukrzycę i pogorszyć wydolność nerek. Wśród pacjentów, którzy starali się lekceważyć grypę, notuje się też zwiększony poziom przypadków choroby Parkinsona. Według raportów Światowej Organizacji Zdrowia w wyniku powikłań pogrypowych na świecie umiera od 250 tys. do 500 tys. osób rocznie! W Polsce według różnych statystyk - od 500 do 1000. Część powikłań rozpoczyna się od razu po chorobie (można się niepokoić, jeśli objawy nie ustępują po tygodniu, a zamiast tego pojawiają się nowe dolegliwości), inne ujawniają się dopiero po tygodniach, a nawet miesiącach.

Grypa: nieobecna?

Zaraz, zaraz, ale może przynajmniej tego roku grypa nam odpuści? Mimo że wrzesień nas nie rozpieszcza, deszcz siąpi, powodzie sieją zniszczenia, a ogólna aura daleka jest od pojęcia 'złota polska jesień', czuję się na razie całkiem nieźle. Zaglądam na stronę Flu Trends w Google'u (www.google.org), która monitoruje aktywność wirusa grypy. W Polsce zieloniutko, daleko od stanów alarmowych. Aktywność wirusa bliska zeru. - Czyżbyśmy mogli w tym roku liczyć na dyspensę? - pytam dr. Pawła Grzesiowskiego, eksperta ds. profilaktyki zakażeń z Polskiego Towarzystwa Wakcynologii. - O zeszłorocznej grozie - AH1N1 - jakoś cicho. Czyżby wymarł? Czy po prostu znudził się mediom? - On nie zniknął. Wręcz przeciwnie - będzie krążył jeszcze wiele lat, mimo że w sierpniu 2010 roku Światowa Organizacja Zdrowia ogłosiła przejście z fazy pandemii do następnej, czyli popandemicznej. Znaczy to tylko tyle, że nie mamy już stanu alarmowego, choć wirus wciąż jest obecny - tłumaczy dr Grzesiowski. Co więcej, stał się aktualnie dominującym wirusem 'sezonowym', to znaczy, że ci, którzy zachorują tego roku, złapią najprawdopodobniej właśnie ten zarazek nazywany potocznie rok temu patogenem 'świńskiej grypy'. Choć naturalnie jak co roku w powietrzu krążyć będą też inne wirusy sezonowe - A H3N2 oraz B.

Rosół, herbata i sen

Choć dla pracoholików to nie jest zapewne dobra wiadomość, warto wiedzieć, że podstawą udanej terapii jest wypoczynek. Leżenie w łóżku, picie dużej ilości płynów (sok z malin, miód z cytryną, napar z lipy, rosół) i sen - to jak na razie najlepsze lekarstwa. Jeśli gorączka jest bardzo wysoka, można podać leki działające przeciwzapalnie, przeciwbólowo i przeciwgorączkowo - np. zawierające paracetamol lub ibuprofen. Suchy, męczący kaszel można łagodzić preparatami zawierającymi kodeinę. Organizm poradzi sobie z infekcją, jeśli będzie mógł skoncentrować wszystkie siły na walce z chorobą. Między innymi dlatego tracimy apetyt - nasze ciało zwiększa wydajność układu odpornościowego kosztem procesów trawienia i przemiany materii, tak by rzucić wszystkie siły na najbardziej zagrożony odcinek. Wobec takiej mobilizacji wymaganie, by równolegle z infekcją podjąć walkę z raportem rocznym, podsumowaniem projektu czy dopięciem kontraktu, jest zupełnie nie na miejscu!

Osoby z obniżoną odpornością niekiedy muszą wspomóc kurację lekami przeciwwirusowymi. Środkiem polecanym niegdyś przez lekarzy w przypadku grypy typu A (to ta najgroźniejsza, wirusy typów B i C nie są aż tak zjadliwe) była amantadyna. Niestety, nie był to lek całkiem bezpieczny, bo zdarzało się, że występowały po nim działania niepożądane ze strony układu nerwowego. Leki nowej generacji są bardzo skuteczne w zwalczaniu wirusów grypy, to tzw. inhibitory neuraminidazy - zanamiwir (Relenza) i oseltamiwir (Tamiflu). Ale uwaga, działają pod jednym warunkiem - trzeba podać je w ciągu 36 godzin od pojawienia się pierwszych objawów choroby. Dlatego też - zwłaszcza w przypadku osób starszych, osłabionych innymi dolegliwościami i małych dzieci - nie jest żadną fanaberią natychmiastowa konsultacja u lekarza. Uwaga! W walce z grypą i przeziębieniem nie pomagają antybiotyki (tymczasem, jak wynika z sondażu Eurobarometru, ponad połowa Polaków błędnie wierzy, że zabijają one wirusy, i co piąty z nas bezsensownie sięga po nie, by zwalczyć wirusową infekcję).

Sezon grypowy bez grypy

Czy to w ogóle możliwe? Tak, ale trzeba się zaszczepić. Na razie jednak z dobrodziejstw szczepionki korzysta zaledwie 5 proc. Polaków. To bardzo mało - żeby w ogóle pozbyć się sezonowych epidemii, powinniśmy uodpornić blisko 80 proc. społeczeństwa. Jednym z najbardziej rozpowszechnionych mitów dotyczących szczepionki jest ten, że można zachorować od samego zastrzyku. Nic podobnego! Obecne na rynku szczepionki zawierają jedynie oczyszczone fragmenty wirusa, niezdolne do namnażania się. Słabsze samopoczucie tuż po szczepieniu może być spowodowane wyłącznie tzw. odczynem poszczepiennym. Prawdą jest, że szczepionka może nie pomóc. Około 10 proc. populacji nie wykształca bowiem odporności przeciwko wirusowi.

W zeszłym roku było ze szczepionkami sporo zamieszania. Najpierw mogliśmy zaszczepić się jak co roku przeciw grypie sezonowej, potem pojawiła się druga, niejako uzupełniająca szczepionka wymierzona w robiącego błyskawiczną karierę wirusa AH1N1. Czy i teraz powinniśmy się nastawić na dwie serie zastrzyków? - upewniam się u dr. Grzesiowskiego?

- Bynajmniej. Szczepionka na ten sezon to '3 w 1'. Zawiera składniki chroniące przed pandemicznym wirusem z zeszłego roku, sezonowym A H3N2 oraz B - uspokaja specjalista. Ważne jest też to, że profilaktyczne szczepienia, jeśli nawet nie uchronią nas całkowicie przed zachorowaniem, to złagodzą jego przebieg i radykalnie zmniejszą ryzyko powikłań.

Szczepić trzeba się co roku przed sezonem grypy, czyli między końcem sierpnia a początkiem listopada. Słowem, właśnie teraz!

Jak odróżnić grypę od przeziębienia?

Przeziębienie to przeważnie łagodna infekcja wirusowa trwająca kilka dni (największe nasilenie objawów - 2.-3. dzień) i atakująca górne drogi oddechowe (stąd dominujące objawy to kaszel, katar, zapchany nos i ból gardła). Grypa natomiast uderza w cały organizm - dojmujące jest poczucie rozbicia, osłabienie, bóle stawów, głowy i klatki piersiowej.

Paracetamol czy panadol?

Wszystko jedno! Oba specyfiki zawierają tę samą substancję czynną (identyczna jest też np. w apapie czy tylenolu). Środki przeciwgorączkowe, przeciwbólowe i przeciwzapalne zawierają zwykle jedną z czterech głównych substancji: paracetamol, kwas acetylosalicylowy, ibuprofen i metamizol, i są uzupełnione różnymi dodatkowymi składnikami - witaminą C, rutyną czy kofeiną. Łatwo jest przekroczyć bezpieczną dawkę leku, jeśli się zażywa różne medykamenty zawierające ten sam środek.

Na przykład biorąc równocześnie upsarin i polopirynę, można sobie bardziej zaszkodzić, niż pomóc - polopiryna składa się wyłącznie z kwasu acetylosalicylowego, a upsarin to nic innego jak kwas acetylosalicylowy z witaminą C.

Podziel się