Feministka - wywiad z Kazimierą Szczuką
17.05.2002
, aktualizacja: 20.05.2002 20:10
Z Kazimierą Szczuką, historyk literatury, feministką, osobowością telewizyjnego programu "Dobre ksiażki" rozmawia Katarzyna Bielas
Katarzyna Bielas: Kiedy oglądałam pierwszy program telewizyjny "Dobre książki", miałam wrażenie, że Witold Bereś i Tomasz Łubieński, którzy wraz z Tobą dyskutują o nowościach wydawniczych, próbowali nie dopuścić Cię do słowa. W następnych odcinkach to się zmieniło. Co się stało?
Kazimiera Szczuka: Myślę, że zachowywali się tak, jak się zachowują mężczyźni dyskutujący z kobietami. Nie chcę sobie pochlebiać, ale przypuszczam, że miałam tam występować jako miła, przyjemnie wyglądająca, bezproblemowa, inteligentna kobieta. A ja, zaprawiona w bojach na seminarium prof. Marii Janion, wychowana do mówienia, sporu, refleksu w dyskusji, zaczęłam walczyć o to, żeby powiedzieć to, co chcę powiedzieć.
I okazało się, że program czerpie swoją energię właśnie z tego zderzenia. Chodzi o to, że na styku ról przypisanych mężczyznom i kobietom wytwarza się napięcie. Kiedy wychodzę z roli potakującej, uśmiechającej się kobiety, od razu robi się ciekawie. Ludzie na ogół odbierają program jako ten, w którym dziewczyna, kobieta, baba kłóci się z facetami.
Występowanie w telewizji niewątpliwie jest okazją, żeby głosić "słowo boże", ale robię to dlatego, że ja tak czytam. Czytając, stosuję krytykę feministyczną, bo mam takie zainteresowania. I jestem przekonana, że rozmowa dzięki temu staje się głębsza.
Masz w ręku konkretne narzędzie. Twoi partnerzy w dyskusji - nie. Nie obawiasz się jednostronności?
To nie jest tak, że ja mam w kieszeniach swoje wytrychy, jadę ciężarówą i jak tylko mi się coś wyda podobne, od razu staję i piłuję. To byłby straszny błąd.
Staram się być uważna, szukać dojścia do tekstu, który czytam. Zwracam jednak uwagę, kiedy męski sposób widzenia przedstawia się jako uniwersalny. Nie zawsze tak jest.
Kiedy mówię o poezji Miłosza, nie mówię o patriarchacie. Na seminarium prof. Janion w Szkole Nauk Społecznych przy Instytucie Filozofii i Socjologii PAN tworzymy z koleżankami, jak to mówimy, lożę feministek. Profesor wykłada, a my - przyznaję - tylko czekamy, że będzie tam coś dla nas. Czekamy, a tu często po prostu nic nie ma.
Czasem jednak wystarczy tylko pstryknąć w jakieś miejsce i tekst fenomenalnie się otwiera. Nagle się okazuje, że coś, co wydaje się perspektywą uniwersalną, nawet metafizyczną, wykłada się na sprawach związanych z płcią, na relacjach między płciami. To może być Krasiński, może być Iwaszkiewicz.
Ja nie mam nic przeciwko temu, żeby mężczyźni mówili to, co myślą, szczerze. O kobietach, o świecie, o wartościach, ale niech będzie jasne, że mówią to w swoim imieniu.
Prof. Janion mówi, że kobietom na jej zajęciach dopiero po jakimś czasie przechodzi strach przed mówieniem.
Jak im w tym pomaga?
Moim zdaniem to jest efekt cierpliwości. Ona regularnie, co tydzień, pracuje oddzielnie z każdą dziewczynką, która ma referat. Daje jej poczucie bezpieczeństwa, przyzwolenie.
Poza tym wydaje mi się, że Profesor przestała przejmować się tym, że chłopcom może być przykro. Bo na ogół na takich zgromadzeniach gadają tylko kolesie, a pasje dziewczyn idą trochę na bok. One mają słuchać, mogą najwyżej coś streścić.
Potem często dzieje się tak, że dziewczyny swoje zainteresowania intelektualne kanalizują w miłości - zdolna dziewczynka zakochuje się w chłopaku, którego uważa za ucieleśnienie własnych ambicji.
Wiem, co mówię, sama taka byłam.
Wydaje mi się, że dzięki temu seminarium stałam się pełnoprawną uczestniczką sfery publicznej. Wprawdzie jako dziewczynka nigdy nie bałam się mówić, ale potem - w wielu sytuacjach szkolnych, akademickich, publicznych - mówiąc, czułam się jak natręt. Wydawało mi się - i pewnie wiele osób tak mnie widzi - że jak zaczynam dużo mówić, to jest to po prostu nie na miejscu.
Nie bałaś się mówić, nie byłaś nieśmiała, to już coś.
Miałam dwie siostry, koleżanki, to dawało siłę. Grupa kobiet wokół mnie była zawsze ważna, ale jednocześnie wierzyłam w gorszość kobiet.
I na pewno maksymalnie idealizowałam facetów. Długo wydawało mi się, że muszę połączyć się w parę, żeby stać się wartościowym człowiekiem.
Kazimiera Szczuka: Myślę, że zachowywali się tak, jak się zachowują mężczyźni dyskutujący z kobietami. Nie chcę sobie pochlebiać, ale przypuszczam, że miałam tam występować jako miła, przyjemnie wyglądająca, bezproblemowa, inteligentna kobieta. A ja, zaprawiona w bojach na seminarium prof. Marii Janion, wychowana do mówienia, sporu, refleksu w dyskusji, zaczęłam walczyć o to, żeby powiedzieć to, co chcę powiedzieć.
I okazało się, że program czerpie swoją energię właśnie z tego zderzenia. Chodzi o to, że na styku ról przypisanych mężczyznom i kobietom wytwarza się napięcie. Kiedy wychodzę z roli potakującej, uśmiechającej się kobiety, od razu robi się ciekawie. Ludzie na ogół odbierają program jako ten, w którym dziewczyna, kobieta, baba kłóci się z facetami.
Występowanie w telewizji niewątpliwie jest okazją, żeby głosić "słowo boże", ale robię to dlatego, że ja tak czytam. Czytając, stosuję krytykę feministyczną, bo mam takie zainteresowania. I jestem przekonana, że rozmowa dzięki temu staje się głębsza.
Masz w ręku konkretne narzędzie. Twoi partnerzy w dyskusji - nie. Nie obawiasz się jednostronności?
To nie jest tak, że ja mam w kieszeniach swoje wytrychy, jadę ciężarówą i jak tylko mi się coś wyda podobne, od razu staję i piłuję. To byłby straszny błąd.
Staram się być uważna, szukać dojścia do tekstu, który czytam. Zwracam jednak uwagę, kiedy męski sposób widzenia przedstawia się jako uniwersalny. Nie zawsze tak jest.
Kiedy mówię o poezji Miłosza, nie mówię o patriarchacie. Na seminarium prof. Janion w Szkole Nauk Społecznych przy Instytucie Filozofii i Socjologii PAN tworzymy z koleżankami, jak to mówimy, lożę feministek. Profesor wykłada, a my - przyznaję - tylko czekamy, że będzie tam coś dla nas. Czekamy, a tu często po prostu nic nie ma.
Czasem jednak wystarczy tylko pstryknąć w jakieś miejsce i tekst fenomenalnie się otwiera. Nagle się okazuje, że coś, co wydaje się perspektywą uniwersalną, nawet metafizyczną, wykłada się na sprawach związanych z płcią, na relacjach między płciami. To może być Krasiński, może być Iwaszkiewicz.
Ja nie mam nic przeciwko temu, żeby mężczyźni mówili to, co myślą, szczerze. O kobietach, o świecie, o wartościach, ale niech będzie jasne, że mówią to w swoim imieniu.
Prof. Janion mówi, że kobietom na jej zajęciach dopiero po jakimś czasie przechodzi strach przed mówieniem.
Jak im w tym pomaga?
Moim zdaniem to jest efekt cierpliwości. Ona regularnie, co tydzień, pracuje oddzielnie z każdą dziewczynką, która ma referat. Daje jej poczucie bezpieczeństwa, przyzwolenie.
Poza tym wydaje mi się, że Profesor przestała przejmować się tym, że chłopcom może być przykro. Bo na ogół na takich zgromadzeniach gadają tylko kolesie, a pasje dziewczyn idą trochę na bok. One mają słuchać, mogą najwyżej coś streścić.
Potem często dzieje się tak, że dziewczyny swoje zainteresowania intelektualne kanalizują w miłości - zdolna dziewczynka zakochuje się w chłopaku, którego uważa za ucieleśnienie własnych ambicji.
Wiem, co mówię, sama taka byłam.
Wydaje mi się, że dzięki temu seminarium stałam się pełnoprawną uczestniczką sfery publicznej. Wprawdzie jako dziewczynka nigdy nie bałam się mówić, ale potem - w wielu sytuacjach szkolnych, akademickich, publicznych - mówiąc, czułam się jak natręt. Wydawało mi się - i pewnie wiele osób tak mnie widzi - że jak zaczynam dużo mówić, to jest to po prostu nie na miejscu.
Nie bałaś się mówić, nie byłaś nieśmiała, to już coś.
Miałam dwie siostry, koleżanki, to dawało siłę. Grupa kobiet wokół mnie była zawsze ważna, ale jednocześnie wierzyłam w gorszość kobiet.
I na pewno maksymalnie idealizowałam facetów. Długo wydawało mi się, że muszę połączyć się w parę, żeby stać się wartościowym człowiekiem.
Najczęściej czytane24 htydzień
- Wisława Szymborska o swojej miłości
- Co sobotę w kiosku z "Gazetą Wyborczą"
- Galeria okładek
- Kup E-wydanie
- Wysokie Obcasy Extra





więcej zdjęć





