Piotr Pacewicz: Agnieszka Graff, feministka, absolwent m.in. Oxford University, doktor literatury angielskiej, tłumacz, adiunkt w Ośrodku Studiów Amerykańskich Uniwersytetu Warszawskiego?
Agnieszka Graff: To jakaś prowokacja?
Autor głośnego "Świata bez kobiet" i "Magmy", która ukaże się za chwilę, członek Porozumienia Kobiet 8 Marca...
Wszystkie rzeczowniki oprócz doktora zmieniłabym na żeńskie. Absolwentka, tłumaczka, adiunktka, członkini.
Członkini?! Rok temu pisałaś: "Występowałam przed komisją jako obdarzony pewnym talentem i wyposażony w wiedzę odcieleśniony umysł, nowy członek akademickiej wspólnoty". Członek!
Kiedy pisałam doktorat o Joysie, zaczynałam mieć świadomość feministyczną. Długo wierzyłam, że świat akademicki jest przestrzenią odcieleśnionych umysłów, i z tą iluzją broniłam doktoratu, w którym nie ma słowa o kobietach czy płci.
DZIDZIUŚ
A gdybym dodał do twej charakterystyki, że śliczna kobieta?
Proszę bardzo.
Serio? Bo piszesz z oburzeniem, że członek komisji podszedł do ciebie i powiedział: "Ale pani ślicznie wygląda, Agnieszko".
To był wyraz lekceważenia dla mnie jako odcieleśnionego umysłu. Twego komplementu tak nie czytam, bo to nie egzamin, nie ma relacji władzy. I rozmawiasz ze mną dlatego, że mam coś do powiedzenia. Ale w świecie patriarchalnego uniwersytetu myślą tak: "Doktorat doktoratem, no ale ładnie wyglądasz. A kiedy będzie dzidziuś?". Kolegów jakoś nikt nie pyta o dzidziusia. Zwłaszcza starsi mężczyźni roszczą sobie prawo do mówienia młodym kobietom, jak mają żyć. "Niech się pani uśmiechnie, pani taka smutna". A nawet: "Co się tak smutno patrzysz?". Ktoś mi tak powiedział w autobusie.
To kiedy będzie dzidziuś?
Już jest, ale nie będziemy o tym mówić. Osłaniam dziecko, rodzinę, prywatność przed wścibstwem mediów. Nie cierpię talk-show, gdzie ludzie wywlekają rodzinne sprawy, a publiczność się wzrusza.
Magda Środa jest etyczką, prawda? Była ministerką?
Próbujesz sprowokować feministkę do dyskusji? Nie ma aż takiego znaczenia, czy powiemy ministra, czy ministerka, czy pani minister.
Premierka?
Proszę cię! Robisz z feminizmu językową obsesję. A wystarczy słuchać tego, co i jak się mówi. Kiedy do dr Graff profesor zwraca się: "pani Agnieszko", a do dr. Pipsztyckiego: "panie doktorze", to te słowa, nawet mimowolnie, służą grze w prestiż.
Ale czasem ta poprawność zahacza o śmieszność. W Ameryce o Bogu pisze się On/Ona.
Co cię tak śmieszy? Teologowie katoliccy powiedzą ci, że ów On to czysta konwencja, bo Bóg jest poza płcią. I tylko jakoś tak się składa, że zawsze mówimy On. Feminizm jest projektem kulturowym, który ma nam uświadomić, że to nie jest w porządku. Traktowanie męskości jako uniwersalnego wzorca, wobec którego kobieta - jak pisała Simone de Beauvoir - jest Innym, to forma wykluczenia. Nie chodzi o dekretowanie, jak mają ludzie mówić, tylko o uświadomienie tego wykluczenia. To trwa od kilkunastu pokoleń i jeszcze trochę potrwa.
W felietonach o bieganiu często zwracam się wprost do ludzi, np.: "Jeżeli przebiegłeś już 10 km, to?". Jak nie dotknąć biegaczek, na których mi szczególnie zależy? Przebiegłeś/aś to wygląda jak kwestionariusz paszportowy.