IGNACY BOREJKO, filolog klasyczny, pracownik Biblioteki Raczyńskich w Poznaniu, jego żona Mila, zajmująca się wychowaniem dzieci oraz robieniem swetrów dla spółdzielni Świt, a także ich cztery dorodne córki: Gabrysia, Ida, Natalia zwana Nutrią i Patrycja zwana Pulpą - oto rodzina Borejków w komplecie. Wraz z jej narodzinami stało się jasne, że literatura polska dorobiła się swojej własnej Lucy Maud Montgomery (albo też - jak wolą niektórzy - "Kornela Makuszyńskiego w spódnicy"). W rozpisanej kiedyś przez "Filipinkę" ankiecie "Książki mojego życia" powieści Małgorzaty Musierowicz znalazły się zresztą tuż obok "Ani z Zielonego Wzgórza".

NA KOPERCIE nie zawsze jest kod, często w ogóle nie ma prawidłowego adresu, tylko: "Małgorzata Musierowicz, Poznań-Jeżyce", albo: "Małgorzata Musierowicz, Roosevelta 5, u państwa Borejków", albo: "Małgorzata Musierowicz, Słowackiego, narożna kamienica z wieżyczką".

Czasami za to widnieje rozpaczliwy apel: "Jeśli pani Musierowicz nie mieszka pod tym adresem, błagam, proszę ją odnaleźć i jej to dostarczyć".

Po każdej kolejnej książce z cyklu "Jeżycjada" fala listów od czytelniczek gwałtownie wzbiera. Jeszcze do niedawna autorka próbowała sobie bohatersko z nią radzić, ale ostatnio, po dwudziestu latach z okładem, w zasadzie się poddała. Zwłaszcza że listów potrafi przyjść i czterdzieści dziennie.

Borejkowie stali się czymś w rodzaju rodziny zastępczej, przy której próbują się ogrzać psychicznie zmarznięte dzieci. Ale w cieple ich domowego ogniska grzeją się też osoby pochodzące z rodzin kochających się i szczęśliwych. Niezamożni, niespecjalnie zaradni, pozbawieni siły przebicia, za to pełni ciepła, kochający książki i przerzucający się łacińskimi sentencjami Borejkowie, jak przystało na bohaterów serialu, związują ze sobą swoje czytelniczki na lata. "Kiedy było mi smutno i trudno, pocieszało mnie bijące z Pani książek przekonanie o istnieniu niezachwianej harmonii - pisze stała korespondentka Agnieszka Kwiatkowska z Wrześni. - Teraz, kiedy sama ją widzę, kiedy tak mi dobrze, że aż się boję oddychać, żeby czegoś nie popsuć, nadal potrzebuję ?Jeżycjady ?, wszystkich ludzi, którzy się wychylają z jej kartek i mieszają z moimi znajomymi. Opowieści o Borejkach są ponad czasem, ponad podziałami pokoleniowymi, społecznymi. Dziwna jakaś moc płynie z tych książek, pomaga zrozumieć drugiego człowieka i wyzwala naturalne odruchy dobroci, tej najbardziej niemodnej i naiwnej".

W TRZYNASTEJ POWIEŚCI z cyklu "Jeżycjada" - "Tygrys i Róża" - w pierwszej scenie Jerzy Hajduk, nauczyciel w szkole na Jeżycach, wybiera się - jak oświadcza Grzegorzowi Strybie, mężowi Gabrysi Borejko - do Środy, do matki.

"- Ty masz matkę? - zdziwił się Grzegorz.

- Ja? - zdziwił się z kolei Jerzy Hajduk. - Nie, ja nie mam matki.

- No, właśnie - rzekł Grzegorz, uspokojony. - Przecież zawsze byłeś sierotą.

- Nie, nie zawsze. Tylko od pewnego czasu.

- Ale w Środzie masz matkę? - drążył Grzegorz (...).

- Belferski skrót myślowy. Mam tam matkę ucznia".

Tego dialogu najprawdopodobniej by nie było, gdyby nie czytelniczki. Otóż w "Szóstej klepce" Jerzy Hajduk był sierotą, ale dwadzieścia lat później, pisząc "Imieniny", Małgorzata Musierowicz nie pamiętała już o tym i kazała mu jechać do Środy do matki.

- W tej sprawie - mówi Musierowicz - dostałam tyle listów, że musiałam jakoś zareagować i naprawić swój błąd. Najpierw chciałam, żeby on miał w tej Środzie matkę chrzestną, ale w końcu uznałam, że to zbyt banalne.
Pozostało 91% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej