Historia Gai i Jacka Kuroniów
28.12.2000
, aktualizacja: 27.12.2000 14:55
O wielkiej miłości i pracy Gai i Jacka Kuroniów
ZOBACZ TAKŻE
- Zwyczajna córka (09-02-10, 01:00)
- Więzienne listy Gai i Jacka Kuroniów (18-06-05, 00:00)
- Jacek Kuroń 1934 - 2004 - raport specjalny (17-06-04, 07:42)
- Gajka (06-06-01, 00:00)
Wszyscy, którzy tego lata widywali Grażynę, przez męża i przyjaciół zwaną Gajką, pamiętają, że wyglądała wyjątkowo pięknie. Rumiana, uśmiechnięta, szczęśliwa, że wypuszczono ją z obozu internowania i będzie mogła wreszcie spotykać się z Jackiem. Nie widziała go prawie pół roku - od 11 grudnia 1981 r., kiedy to wyjechał do Gdańska na posiedzenie Komisji Krajowej "Solidarności". Byli dwadzieścia trzy lata po ślubie, ale jeszcze nigdy nie rozstali się na tak długo, nawet jak Jacek odsiadywał swoje wyroki, mieli przecież widzenia.
- Przez ten czas, kiedy moja żona siedziała w Olszynce, Gołdapi, Darłówku - opowiada Jacek Kuroń - na widzenia do mnie przychodziła jej siostra, Ewa. Dzięki niej miałem informacje o Gajce, bo nasze listy przetrzymywano, przychodziły rzadko lub wcale. Tęskniłem okrutnie, aż tu któregoś dnia, na początku lata, przyjechała do mnie do Białołęki sama Gajka. Piękna, opalona, pełna życia. Miała przerwę w internowaniu ze względu na stan zdrowia, czekał ją jakiś zabieg w wolnościowym szpitalu.
Gajka zapewniła Jacka, że będzie zdyscyplinowaną pacjentką. W obozie już od kilku miesięcy czuła się źle, ale na wolności planuje szybko zdrowieć, musi przecież przejąć obowiązki siostry, zacząć żyć w znanym od lat rytmie wyznaczanym przez kolejne odsiadki Jacka: przygotować paczkę, zanieść list do prokuratury, żeby szybciej doszedł, jechać na widzenie.
Przyjaciółka Kuroniów, Anna Dodziuk, odwiedziła kiedyś Gajkę akurat, gdy ta wybierała się do Jacka na widzenie. - Wyglądała jak uskrzydlona - wspomina. - Cała jaśniała. Z taką twarzą dziewczyny idą do ślubu.
W ogóle możliwe
"Już, już byłoby dobrze - pisała Gajka do syna Maćka 15 czerwca 1982 roku, bo w łódzkim szpitalu zdecydowano, że zabieg nie jest potrzebny, że wystarczy leczenie hormonalne - gdyby nie Marek Edelman. W drodze na obiad na moją cześć usłyszał, że kaszlę. Zawrócił pod swój szpital i zarządził prześwietlenie. Pewna swego dowcipkowałam, kiedy wpadła lekarka z kliszą i mówi: >Chyba popsute zdjęcie, bo to niemożliwe<. Rzeczywiście zdjęcia powtórzyli, ale żadne nie chciało być lepsze".
"Jedyny mój - pisała tegoż dnia do Jacka. - Pewnie jutro biegłabym na dodatkowe widzenie, a tu prątki Kocha albo inne niezidentyfikowane jeszcze wirusy zastawiły drogi, barykady, zasieki. Mam obustronne zapalenie płuc z zaciekami na całych płatach ze zrostami, pewnie trwające już 3 - 4 miesiące na tle infekcji gruźliczej bądź wirusowej, dopiero do ustalenia. Zapakowano mnie do łóżka, bo uznano, że jeszcze krok, a wywalą mi dziury i skończę jak Waryński".
Listy do więzienia idą długo, panika rośnie szybko. "Przestały przychodzić wiadomości - pisał o tym czasie Kuroń w autobiograficznej książce z lat dziewięćdziesiątych, "Spoko, czyli kwadratura koła". - Wiedziałem, że zabieg ma być drobny, ale wbrew temu, co wiedziałem, zaczął się we mnie rodzić strach. Potworny, narastający z godziny na godzinę. Czułem, że nadchodzi jakieś wielkie zło. Byłem cały w dygocie, wbrew logice, wbrew rozsądkowi".
Jeden z internowanych kolegów, Jan Kelus, który akurat wychodził z Białołęki, obiecał, że pojedzie do Łodzi i sprawdzi, co się dzieje.
- Powiedziałem mu, że nie mogę znieść niepewności - wspomina Jacek. - Że moja mama umarła na raka, że nasza przyjaciółka Wanda długo umierała na raka. Przecież gdy Gajka rodziła, zwijałem się w domu w bólach, które ustąpiły w momencie narodzin naszego syna Maciusia. A teraz czułem, że umieram.
Kelus obietnicy dotrzymał. Przysłał gryps, że Gajka nie miała badań wskazujących na podejrzenie raka. Doktor Edelman przysłał gryps: że co prawda diagnozy nie ma, ale o leczenie nie ma się co obawiać. Uspokajające listy słała też Gajka, przepraszała, że zamilkła ("pofolgowałam sobie z powodu choroby"), że przez nią cierpiał ("muszę być bardziej uważna, bardziej jeszcze Tobą odbierać świat").
"Jestem niemiłosiernie pokłuta - w końcu przyszedł również list od Gajki. - Mam kroplówkę, która przez 5 - 8 godzin sączy się w żyłę z zawartością 30 mln jednostek penicyliny, co jest 27-krotną jednego zastrzyku. Łapa boli, słabość ogólna dopiero teraz się zaczęła. Podobno tak trzeba. Marek przez pierwszy dzień nie wstał z krzesła, obok łóżka. Konsultują mnie najlepsi lekarze Łodzi. Teraz rozumiem, że ta słabość, z którą walczyłam, i której nie mogłam zaakceptować w Darłówku - a zaczęło się od transportu Gołdap - Darłówek - to było choróbsko, którego tamtejszy lekarz nie leczył, bo nie raczył wziąć słuchawek do ręki, mimo że mu mówiłam, że czuję się jak podczas zapalenia płuc.Teraz będę musiała leżeć około pół roku. Jedno jest pewne: na to się nie umiera, więc się nie zamartwiaj. Przyjmij, że Marek jest geniuszem w te klocki i wyciągnie mnie w jak najlepszym stylu. Obiecuje nawet, że w lipcu zawiezie mnie do Ciebie do Białołęki samochodem".
"Widziałeś, że zdrowieję, z każdym dniem jest trochę lepiej, oddycham łatwiej, rzadziej kaszlę. Już niedługo będę zdrowa, będę do Ciebie biegała, nosiła paczki. Chcę ci przekazać moją pewność, moją wiarę. Chcę, żebyś był spokojny i czekał na mnie" - pisała po widzeniu w lipcu.
"Widziałam Cię znowu. Taka się czuję szczęśliwa, obdarowana przez Ciebie, wyróżniona Tobą. Kiedy w zwyczajność życia wchodzisz Ty, wszystko się zmienia. W miejsce schematu, odruchu, rytuału, wnosisz powinność, powagę, dociekliwość. A przede wszystkim gotowość przewartościowania wszystkiego w imię tych kilku, ale najistotniejszych wartości" - pisała w sierpniu.
"Prawie codziennie dzwonię do Warszawy. Konsultuję zawartość paczek dla Ciebie przez telefon. Może Bóg da, że następną będę mogła przygotować sama. A jak nie następną, to tę pierwszą kolejną po niej" - pisała we wrześniu.
We wrześniu się nie widzieli. 2 września Kuroń, wraz z dziesiątką KOR-owców i liderów "Solidarności", z internowanego przeistoczył się w regularnego więźnia. Wszczęto przeciwko nim śledztwo i z Białołęki przewieziono na Rakowiecką. 15 września Naczelna Prokuratura Wojskowa pisała do Gajki: "W odpowiedzi na list informujemy, że uzyskanie widzenia z Jackiem Kuroniem w ogóle jest możliwe. Niemniej z uwagi na obecne stadium śledztwa, jak i pobyt obywatelki w szpitalu w Łodzi, pozytywne załatwienie widzenia musi być przełożone na później".
W październiku widzieli się przez jedną małą chwilkę. Jacek zdążył tylko podarować jej różę i już eskortujący go esbecy zabierali go z powrotem do więzienia. Było to w kościele św. Józefata na Powązkach, w czasie pogrzebu Henryka Kuronia. Różę zerwał Jacek z żałobnego wieńca.
Pomyślał, że Gajka blada, źle wygląda. Ale wytłumaczył sam sobie, że trudno dobrze wyglądać na pogrzebie, że to nie z choroby, ale z kłopotów. W końcu miała już za sobą pięć lat jego więzienia (a nie wiadomo, ile przed sobą) i syna odchodowanego na tyle, że też już go posadzili.
Kiedy tego ranka wszedł do celi klawisz i kazał szykować się do golenia - Jackowi zamarło serce. A potem strażnik spytał: - Wie pan, na jaki pogrzeb pan jedzie?
- Przez ten czas, kiedy moja żona siedziała w Olszynce, Gołdapi, Darłówku - opowiada Jacek Kuroń - na widzenia do mnie przychodziła jej siostra, Ewa. Dzięki niej miałem informacje o Gajce, bo nasze listy przetrzymywano, przychodziły rzadko lub wcale. Tęskniłem okrutnie, aż tu któregoś dnia, na początku lata, przyjechała do mnie do Białołęki sama Gajka. Piękna, opalona, pełna życia. Miała przerwę w internowaniu ze względu na stan zdrowia, czekał ją jakiś zabieg w wolnościowym szpitalu.
Gajka zapewniła Jacka, że będzie zdyscyplinowaną pacjentką. W obozie już od kilku miesięcy czuła się źle, ale na wolności planuje szybko zdrowieć, musi przecież przejąć obowiązki siostry, zacząć żyć w znanym od lat rytmie wyznaczanym przez kolejne odsiadki Jacka: przygotować paczkę, zanieść list do prokuratury, żeby szybciej doszedł, jechać na widzenie.
Przyjaciółka Kuroniów, Anna Dodziuk, odwiedziła kiedyś Gajkę akurat, gdy ta wybierała się do Jacka na widzenie. - Wyglądała jak uskrzydlona - wspomina. - Cała jaśniała. Z taką twarzą dziewczyny idą do ślubu.
W ogóle możliwe
"Już, już byłoby dobrze - pisała Gajka do syna Maćka 15 czerwca 1982 roku, bo w łódzkim szpitalu zdecydowano, że zabieg nie jest potrzebny, że wystarczy leczenie hormonalne - gdyby nie Marek Edelman. W drodze na obiad na moją cześć usłyszał, że kaszlę. Zawrócił pod swój szpital i zarządził prześwietlenie. Pewna swego dowcipkowałam, kiedy wpadła lekarka z kliszą i mówi: >Chyba popsute zdjęcie, bo to niemożliwe<. Rzeczywiście zdjęcia powtórzyli, ale żadne nie chciało być lepsze".
"Jedyny mój - pisała tegoż dnia do Jacka. - Pewnie jutro biegłabym na dodatkowe widzenie, a tu prątki Kocha albo inne niezidentyfikowane jeszcze wirusy zastawiły drogi, barykady, zasieki. Mam obustronne zapalenie płuc z zaciekami na całych płatach ze zrostami, pewnie trwające już 3 - 4 miesiące na tle infekcji gruźliczej bądź wirusowej, dopiero do ustalenia. Zapakowano mnie do łóżka, bo uznano, że jeszcze krok, a wywalą mi dziury i skończę jak Waryński".
Listy do więzienia idą długo, panika rośnie szybko. "Przestały przychodzić wiadomości - pisał o tym czasie Kuroń w autobiograficznej książce z lat dziewięćdziesiątych, "Spoko, czyli kwadratura koła". - Wiedziałem, że zabieg ma być drobny, ale wbrew temu, co wiedziałem, zaczął się we mnie rodzić strach. Potworny, narastający z godziny na godzinę. Czułem, że nadchodzi jakieś wielkie zło. Byłem cały w dygocie, wbrew logice, wbrew rozsądkowi".
Jeden z internowanych kolegów, Jan Kelus, który akurat wychodził z Białołęki, obiecał, że pojedzie do Łodzi i sprawdzi, co się dzieje.
- Powiedziałem mu, że nie mogę znieść niepewności - wspomina Jacek. - Że moja mama umarła na raka, że nasza przyjaciółka Wanda długo umierała na raka. Przecież gdy Gajka rodziła, zwijałem się w domu w bólach, które ustąpiły w momencie narodzin naszego syna Maciusia. A teraz czułem, że umieram.
Kelus obietnicy dotrzymał. Przysłał gryps, że Gajka nie miała badań wskazujących na podejrzenie raka. Doktor Edelman przysłał gryps: że co prawda diagnozy nie ma, ale o leczenie nie ma się co obawiać. Uspokajające listy słała też Gajka, przepraszała, że zamilkła ("pofolgowałam sobie z powodu choroby"), że przez nią cierpiał ("muszę być bardziej uważna, bardziej jeszcze Tobą odbierać świat").
"Jestem niemiłosiernie pokłuta - w końcu przyszedł również list od Gajki. - Mam kroplówkę, która przez 5 - 8 godzin sączy się w żyłę z zawartością 30 mln jednostek penicyliny, co jest 27-krotną jednego zastrzyku. Łapa boli, słabość ogólna dopiero teraz się zaczęła. Podobno tak trzeba. Marek przez pierwszy dzień nie wstał z krzesła, obok łóżka. Konsultują mnie najlepsi lekarze Łodzi. Teraz rozumiem, że ta słabość, z którą walczyłam, i której nie mogłam zaakceptować w Darłówku - a zaczęło się od transportu Gołdap - Darłówek - to było choróbsko, którego tamtejszy lekarz nie leczył, bo nie raczył wziąć słuchawek do ręki, mimo że mu mówiłam, że czuję się jak podczas zapalenia płuc.Teraz będę musiała leżeć około pół roku. Jedno jest pewne: na to się nie umiera, więc się nie zamartwiaj. Przyjmij, że Marek jest geniuszem w te klocki i wyciągnie mnie w jak najlepszym stylu. Obiecuje nawet, że w lipcu zawiezie mnie do Ciebie do Białołęki samochodem".
"Widziałeś, że zdrowieję, z każdym dniem jest trochę lepiej, oddycham łatwiej, rzadziej kaszlę. Już niedługo będę zdrowa, będę do Ciebie biegała, nosiła paczki. Chcę ci przekazać moją pewność, moją wiarę. Chcę, żebyś był spokojny i czekał na mnie" - pisała po widzeniu w lipcu.
"Widziałam Cię znowu. Taka się czuję szczęśliwa, obdarowana przez Ciebie, wyróżniona Tobą. Kiedy w zwyczajność życia wchodzisz Ty, wszystko się zmienia. W miejsce schematu, odruchu, rytuału, wnosisz powinność, powagę, dociekliwość. A przede wszystkim gotowość przewartościowania wszystkiego w imię tych kilku, ale najistotniejszych wartości" - pisała w sierpniu.
"Prawie codziennie dzwonię do Warszawy. Konsultuję zawartość paczek dla Ciebie przez telefon. Może Bóg da, że następną będę mogła przygotować sama. A jak nie następną, to tę pierwszą kolejną po niej" - pisała we wrześniu.
We wrześniu się nie widzieli. 2 września Kuroń, wraz z dziesiątką KOR-owców i liderów "Solidarności", z internowanego przeistoczył się w regularnego więźnia. Wszczęto przeciwko nim śledztwo i z Białołęki przewieziono na Rakowiecką. 15 września Naczelna Prokuratura Wojskowa pisała do Gajki: "W odpowiedzi na list informujemy, że uzyskanie widzenia z Jackiem Kuroniem w ogóle jest możliwe. Niemniej z uwagi na obecne stadium śledztwa, jak i pobyt obywatelki w szpitalu w Łodzi, pozytywne załatwienie widzenia musi być przełożone na później".
W październiku widzieli się przez jedną małą chwilkę. Jacek zdążył tylko podarować jej różę i już eskortujący go esbecy zabierali go z powrotem do więzienia. Było to w kościele św. Józefata na Powązkach, w czasie pogrzebu Henryka Kuronia. Różę zerwał Jacek z żałobnego wieńca.
Pomyślał, że Gajka blada, źle wygląda. Ale wytłumaczył sam sobie, że trudno dobrze wyglądać na pogrzebie, że to nie z choroby, ale z kłopotów. W końcu miała już za sobą pięć lat jego więzienia (a nie wiadomo, ile przed sobą) i syna odchodowanego na tyle, że też już go posadzili.
Kiedy tego ranka wszedł do celi klawisz i kazał szykować się do golenia - Jackowi zamarło serce. A potem strażnik spytał: - Wie pan, na jaki pogrzeb pan jedzie?
- Padło słowo "pogrzeb" i lęk, co czaił się we mnie, skoczył mi do gardła - opowiada. - Kiedy usłyszałem "pogrzeb ojca", ucieszyłem się. Wypełniała mnie przedziwna mieszanina uczuć: wdzięczność do taty, że to on umarł, a nie Gajka, i wstyd, że się z tego ucieszyłem.
Dziewczynka z warkoczem
Kiedy Jacek za napisanie wraz z Karolem Modzelewskim "Listu otwartego do PZPR" poszedł do więzienia, Gajka miała lat 25, a Maciuś - pięć. "Wysłałam pieniądze - pisała 5 kwietnia 1965 roku debiutująca w roli żony więźnia politycznego Gajka. - Żałuję, że tak późno, ale nie wiedziałam, że 100 zł, które miałeś przy sobie, musiało iść do depozytu. Błędy wynikają z braku obycia z tą problematyką. No, ale będę się doskonalić". Jacek jednak uważał, że od początku była doskonała: "Zawartość pierwszej paczki była z kryminalnego punktu widzenia absolutnie wspaniała (rosół z drobiu czyni jadalną każdą zupę). Poza tym świetny pomysł z moją pracą naukową i dentystą. Wszystko, co piszesz, wskazuje, że zostałaś stworzona na żonę kryminalisty".
Jej paczki były prawdziwymi arcydziełami kaloryczności, urozmaicenia, smaku. Biszkopty na samych jajkach (by były pożywne), starannie wysuszone (by zmieściło się jak najwięcej). Schab udający smalec, a pod nim sprytnie ukryta kawa. Banknoty stuzłotowe przemyślnie wmontowane w wafelki. Tę jej doskonałość jako żony kryminalisty Stanisław Barańczak unieśmiertelnił w wierszu powstałym już po jej śmierci.
Pamiętać o papierosach. Żeby zawsze były pod ręką,
gotowe do wsunięcia w kieszeń, gdy znowu go zabierają.
Znać na pamięć przepisy dotyczące paczek i widzeń.
Sztukę zmuszania mięśni twarzy do uśmiechu.
Jednym chłodnym spojrzeniem gasić wrzask policjanta,
zaparzać spokojnie herbatę, gdy oni bebeszą szuflady.
Z obozu albo szpitala słać listy, że wszystko w porządku.
Tyle umiejętności, taka perfekcja. Mówię poważnie.
Chociażby po to, aby się nie zmarnowały,
nagrodą za to wszystko powinna być nieśmiertelność,
a już co najmniej jej wybrakowana wersja, życie. (...)
Wyrok trzech i pół lat więzienia dla Jacka zapadł w dziesiątą rocznicę ich poznania "Drętwieję ze strachu na myśl - pisała tego dnia Gajka - że mogłam Cię nie spotkać. Z perspektywy lat wydaje mi się, że nie wymigamy się od teorii przeznaczenia, bo przecież wtedy, dawno temu, kiedy nosiłam warkocze i chodziłam ubrana jak pensjonarka, Ty byłeś dorosłym człowiekiem".
- Nie tylko Gaja, wszystkie trzy moje siostry - opowiada Ewa Dobrowolska - to kobiety jednego mężczyzny. Gaja patrzyła na świat oczyma Jacka. Mnie to nawet irytowało, że Gaja, gdy była z nim umówiona, rzucała wszystko w pół słowa, żeby się do niego nie spóźnić. Koło Jacka zawsze był tajfun i czasem myślę, że gdy on szedł do więzienia, Gaja zażywała trochę spokoju. Oddawała długi, kupowała coś do domu.
Jacek pamięta ten obóz walterowców w Wolinie w lipcu 1955 roku, na którym poznał piętnastoletnią Gajkę, uczennicę II klasy liceum. Już na miejscu okazało się, że brakuje łóżek i koców. Cały wieczór szykowali spanie dla dzieciaków, obozowej kadrze pomagało kilka starszych dziewczyn. Potem Jacek ruszył na obchód sprawdzić, czy wszystko w porządku. Tu poprawił materac, tam przykrył kogoś kocem. W końcu przyszedł do jednego zastępu, a tam każde dziecko starannie przykryte, a na plecaku w kącie przysnęła jedna z tych dziewczyn. Kiedy się zbudziła, Jacek spytał, dlaczego tak śpi, dlaczego nie przyszła tam, gdzie zebrała się kadra.
- Nie chciałam wam zawracać głowy - usłyszał.
Dziewczynka z warkoczem
Kiedy Jacek za napisanie wraz z Karolem Modzelewskim "Listu otwartego do PZPR" poszedł do więzienia, Gajka miała lat 25, a Maciuś - pięć. "Wysłałam pieniądze - pisała 5 kwietnia 1965 roku debiutująca w roli żony więźnia politycznego Gajka. - Żałuję, że tak późno, ale nie wiedziałam, że 100 zł, które miałeś przy sobie, musiało iść do depozytu. Błędy wynikają z braku obycia z tą problematyką. No, ale będę się doskonalić". Jacek jednak uważał, że od początku była doskonała: "Zawartość pierwszej paczki była z kryminalnego punktu widzenia absolutnie wspaniała (rosół z drobiu czyni jadalną każdą zupę). Poza tym świetny pomysł z moją pracą naukową i dentystą. Wszystko, co piszesz, wskazuje, że zostałaś stworzona na żonę kryminalisty".
Jej paczki były prawdziwymi arcydziełami kaloryczności, urozmaicenia, smaku. Biszkopty na samych jajkach (by były pożywne), starannie wysuszone (by zmieściło się jak najwięcej). Schab udający smalec, a pod nim sprytnie ukryta kawa. Banknoty stuzłotowe przemyślnie wmontowane w wafelki. Tę jej doskonałość jako żony kryminalisty Stanisław Barańczak unieśmiertelnił w wierszu powstałym już po jej śmierci.
Pamiętać o papierosach. Żeby zawsze były pod ręką,
gotowe do wsunięcia w kieszeń, gdy znowu go zabierają.
Znać na pamięć przepisy dotyczące paczek i widzeń.
Sztukę zmuszania mięśni twarzy do uśmiechu.
Jednym chłodnym spojrzeniem gasić wrzask policjanta,
zaparzać spokojnie herbatę, gdy oni bebeszą szuflady.
Z obozu albo szpitala słać listy, że wszystko w porządku.
Tyle umiejętności, taka perfekcja. Mówię poważnie.
Chociażby po to, aby się nie zmarnowały,
nagrodą za to wszystko powinna być nieśmiertelność,
a już co najmniej jej wybrakowana wersja, życie. (...)
Wyrok trzech i pół lat więzienia dla Jacka zapadł w dziesiątą rocznicę ich poznania "Drętwieję ze strachu na myśl - pisała tego dnia Gajka - że mogłam Cię nie spotkać. Z perspektywy lat wydaje mi się, że nie wymigamy się od teorii przeznaczenia, bo przecież wtedy, dawno temu, kiedy nosiłam warkocze i chodziłam ubrana jak pensjonarka, Ty byłeś dorosłym człowiekiem".
- Nie tylko Gaja, wszystkie trzy moje siostry - opowiada Ewa Dobrowolska - to kobiety jednego mężczyzny. Gaja patrzyła na świat oczyma Jacka. Mnie to nawet irytowało, że Gaja, gdy była z nim umówiona, rzucała wszystko w pół słowa, żeby się do niego nie spóźnić. Koło Jacka zawsze był tajfun i czasem myślę, że gdy on szedł do więzienia, Gaja zażywała trochę spokoju. Oddawała długi, kupowała coś do domu.
Jacek pamięta ten obóz walterowców w Wolinie w lipcu 1955 roku, na którym poznał piętnastoletnią Gajkę, uczennicę II klasy liceum. Już na miejscu okazało się, że brakuje łóżek i koców. Cały wieczór szykowali spanie dla dzieciaków, obozowej kadrze pomagało kilka starszych dziewczyn. Potem Jacek ruszył na obchód sprawdzić, czy wszystko w porządku. Tu poprawił materac, tam przykrył kogoś kocem. W końcu przyszedł do jednego zastępu, a tam każde dziecko starannie przykryte, a na plecaku w kącie przysnęła jedna z tych dziewczyn. Kiedy się zbudziła, Jacek spytał, dlaczego tak śpi, dlaczego nie przyszła tam, gdzie zebrała się kadra.
- Nie chciałam wam zawracać głowy - usłyszał.
- Masz pewnie młodsze rodzeństwo i jesteś najstarsza w domu - powiedział. Przytaknęła.
- My się zawsze czepiałyśmy Gai - wspomina Ewa - bo miała pomysły, jak się z nami, młodszymi siostrami, bawić. A gdy wyszła za mąż, koleżanki z klasy myślały, że w domu przydarzyło się jakieś nieszczęście, tak strasznie płakałam.
Tamtego wieczoru w Wolinie Jacek po raz pierwszy wziął Gajkę za warkocz. Na naradach kadry już zawsze siadał na jej pryczy i bawił się jej warkoczem, a potem się przejmował, że zarzucano mu faworyzowanie Gajki.
Dziesięć lat później, siedząc w więzieniu, wspominał tamte lato: "Kiedyś wiatr ruszył płótnem namiotu, płótno dotknęło moich włosów i zdawało mi się, że to Twój warkocz. Przez chwilę byłem szczęśliwy, a potem obudziłem się z uczuciem potwornego pragnienia. Pragnąłem być blisko Ciebie. Wtedy wystarczyło przejść parę kroków, ale trudno było je przejść. I nikt, ani ja, ani Ty nie mógł wiedzieć, czy to właśnie my jesteśmy połówkami jednego jabłka".
"Jest coś takiego między ludźmi - pisał w "Wierze i winie", książce-wyznaniu o tym, jak doszedł do komunizmu i jak się z niego, razem z Gajką, wyzwalał - że kiedy zaczyna się miłość, to przylatuje anioł, którego nikt nie widzi oprócz tych, którzy się kochają. Ja czułem tego anioła, ale nie miałem odwagi powiedzieć, że to tak, więc się broniłem. I jedyna pieszczota, to było to branie za warkocz".
- Myślałem wtedy o sobie, że jestem stary - mówi. - Że muszę uważać, żeby jej nie skrzywdzić. Że nie należy uwodzić małych dziewczynek.
- Tylko w swojej wyobraźni Jacek był tym dorosłym facetem zakochanym w dziewczynce - mówi Ewa Milewicz, która poznała Kuroniów w czasach wspólnej działalności w KOR-ze. - Przecież on sam miał wtedy niewiele ponad dwadzieścia lat. Oni razem współrośli.
Po tym lipcowym turnusie miał być następny, ale Gajka przyszła do Jacka, by mu powiedzieć, że na tym drugim już nie będzie.
- Dlaczego - spytał.
- Bo Cię kocham, a nie mam szans.
Nie widywali się przez cały następny rok, jednak Jacek czasem jeździł wieczorami z Żoliborza na Mokotów, stawał pod jej domem i patrzył w oświetlone okna, za którymi ona - pilna uczennica - odrabiała lekcje.
- Miałyśmy szczęście rosnąć w normalnym, ciepłym domu - opowiada Ewa. - Tata był przed wojną rzeźnikiem, ale nie lubił tego zawodu. Po wojnie chwilę siedział jako burżuj, bo miał sklep z wędlinami, a potem już pracował w biurze. Był z nas, swoich czterech córek, bardzo dumny. Lubił powtarzać, że nikt nie ma takich pięknych, mądrych i dobrych córek jak on. Udzielał nam lekcji oberka, tanga, polki, fokstrota, wyobrażał sobie, że przygotowuje nas na bale. Jako ostatni doszedł do rodziny nasz najmłodszy brat Jacek. Tata miał już wtedy Parkinksona i Gaja zabrała brata ze sobą, gdy zamieszkała z mężem.
Karol Modzelewski powiedział kiedyś, że Kuroń ma wielkie talenty wychowawcze, zwłaszcza w dziedzinie chowania sobie żony. A dziś dodaje: - Prawda, mówiło się, że wychował sobie żonę, tylko że wychował ją sobie do tego, żeby ona go wychowywała. Gaja była dla niego moralnym autorytetem.
Jacek zresztą, choć innymi słowy, mówi to samo. - Gajka mnie stworzyła, wszystko, co we mnie dobre, mam z niej. Konsultowałem z nią wszystkie ważne decyzje. Powiedziała: "dobrze", znaczy "dobrze"; mówi: "źle", znaczy "źle"; Gajka się waha, trzeba się wahać.
Teresa Bogucka, która należała do kręgu warszawskich studentów organizujących wiec 8 marca 1968 r.: - Dla nas, komandosów, Gajka, którą zaczęliśmy odwiedzać przed 1968 rokiem, kiedy Jacek siedział w więzieniu, była niesłychanie ważną osobą - jedyną ze świata dorosłych, która uważała, że to my buntując się, mamy rację. Wszyscy inni próbowali nam przetłumaczyć, żebyśmy sobie dali spokój, bo to się źle dla nas skończy.
Na miarę marzeń
Pierwsze ich listy pochodzą z lipca 1958 roku. Ona wtedy zdawała na fizykę (dopiero pod jego wpływem zamieni ją na psychologię), on był na obozie wojskowym w Wałczu. Kilometrami ganiali go po poligonie w pełnym ekwipunku, ale wystarczyło, by ogłoszono pięć minut przerwy, a zaraz wyjmował zeszyt i pisał do niej, na przykład tak: "Istotą człowieczeństwa jest bunt. Jest w człowieku taki bakcyl niezgody na zło. Im mocniejszy, tym mocniejszy jest człowiek. Nie zgodzę się na konformizm nigdzie i w żadnych warunkach. Powiesz zapewne, Gaju, że nic nie zdziałam. Masz rację, ale tu nie chodzi o zmianę czy naprawę wojska. To, co tu robię, ma sens dla mnie".
Drobne, staranne, czytelne pismo Gajki, pokreślone, kulfoniaste, miejscami nieczytelne pismo Jacka (ani śladu skargi, że nie może go odcyfrować). Kilkaset ich listów, rozdzielonych foliowymi "koszulkami", spoczywa dziś w archiwum Fundacji "Karta". Nie jesteśmy ich pierwszymi czytelnikami, nim trafiały do adresatów, czytali je prokuratorzy, cenzorzy, ubecy, funkcjonariusze więzienni. Poza garścią listów z wojska, które też przecież musiały być czytane przez zwierzchność, cała korespondencja Jacka i Grażyny to listy z i do więzienia.
- My się zawsze czepiałyśmy Gai - wspomina Ewa - bo miała pomysły, jak się z nami, młodszymi siostrami, bawić. A gdy wyszła za mąż, koleżanki z klasy myślały, że w domu przydarzyło się jakieś nieszczęście, tak strasznie płakałam.
Tamtego wieczoru w Wolinie Jacek po raz pierwszy wziął Gajkę za warkocz. Na naradach kadry już zawsze siadał na jej pryczy i bawił się jej warkoczem, a potem się przejmował, że zarzucano mu faworyzowanie Gajki.
Dziesięć lat później, siedząc w więzieniu, wspominał tamte lato: "Kiedyś wiatr ruszył płótnem namiotu, płótno dotknęło moich włosów i zdawało mi się, że to Twój warkocz. Przez chwilę byłem szczęśliwy, a potem obudziłem się z uczuciem potwornego pragnienia. Pragnąłem być blisko Ciebie. Wtedy wystarczyło przejść parę kroków, ale trudno było je przejść. I nikt, ani ja, ani Ty nie mógł wiedzieć, czy to właśnie my jesteśmy połówkami jednego jabłka".
"Jest coś takiego między ludźmi - pisał w "Wierze i winie", książce-wyznaniu o tym, jak doszedł do komunizmu i jak się z niego, razem z Gajką, wyzwalał - że kiedy zaczyna się miłość, to przylatuje anioł, którego nikt nie widzi oprócz tych, którzy się kochają. Ja czułem tego anioła, ale nie miałem odwagi powiedzieć, że to tak, więc się broniłem. I jedyna pieszczota, to było to branie za warkocz".
- Myślałem wtedy o sobie, że jestem stary - mówi. - Że muszę uważać, żeby jej nie skrzywdzić. Że nie należy uwodzić małych dziewczynek.
- Tylko w swojej wyobraźni Jacek był tym dorosłym facetem zakochanym w dziewczynce - mówi Ewa Milewicz, która poznała Kuroniów w czasach wspólnej działalności w KOR-ze. - Przecież on sam miał wtedy niewiele ponad dwadzieścia lat. Oni razem współrośli.
Po tym lipcowym turnusie miał być następny, ale Gajka przyszła do Jacka, by mu powiedzieć, że na tym drugim już nie będzie.
- Dlaczego - spytał.
- Bo Cię kocham, a nie mam szans.
Nie widywali się przez cały następny rok, jednak Jacek czasem jeździł wieczorami z Żoliborza na Mokotów, stawał pod jej domem i patrzył w oświetlone okna, za którymi ona - pilna uczennica - odrabiała lekcje.
- Miałyśmy szczęście rosnąć w normalnym, ciepłym domu - opowiada Ewa. - Tata był przed wojną rzeźnikiem, ale nie lubił tego zawodu. Po wojnie chwilę siedział jako burżuj, bo miał sklep z wędlinami, a potem już pracował w biurze. Był z nas, swoich czterech córek, bardzo dumny. Lubił powtarzać, że nikt nie ma takich pięknych, mądrych i dobrych córek jak on. Udzielał nam lekcji oberka, tanga, polki, fokstrota, wyobrażał sobie, że przygotowuje nas na bale. Jako ostatni doszedł do rodziny nasz najmłodszy brat Jacek. Tata miał już wtedy Parkinksona i Gaja zabrała brata ze sobą, gdy zamieszkała z mężem.
Karol Modzelewski powiedział kiedyś, że Kuroń ma wielkie talenty wychowawcze, zwłaszcza w dziedzinie chowania sobie żony. A dziś dodaje: - Prawda, mówiło się, że wychował sobie żonę, tylko że wychował ją sobie do tego, żeby ona go wychowywała. Gaja była dla niego moralnym autorytetem.
Jacek zresztą, choć innymi słowy, mówi to samo. - Gajka mnie stworzyła, wszystko, co we mnie dobre, mam z niej. Konsultowałem z nią wszystkie ważne decyzje. Powiedziała: "dobrze", znaczy "dobrze"; mówi: "źle", znaczy "źle"; Gajka się waha, trzeba się wahać.
Teresa Bogucka, która należała do kręgu warszawskich studentów organizujących wiec 8 marca 1968 r.: - Dla nas, komandosów, Gajka, którą zaczęliśmy odwiedzać przed 1968 rokiem, kiedy Jacek siedział w więzieniu, była niesłychanie ważną osobą - jedyną ze świata dorosłych, która uważała, że to my buntując się, mamy rację. Wszyscy inni próbowali nam przetłumaczyć, żebyśmy sobie dali spokój, bo to się źle dla nas skończy.
Na miarę marzeń
Pierwsze ich listy pochodzą z lipca 1958 roku. Ona wtedy zdawała na fizykę (dopiero pod jego wpływem zamieni ją na psychologię), on był na obozie wojskowym w Wałczu. Kilometrami ganiali go po poligonie w pełnym ekwipunku, ale wystarczyło, by ogłoszono pięć minut przerwy, a zaraz wyjmował zeszyt i pisał do niej, na przykład tak: "Istotą człowieczeństwa jest bunt. Jest w człowieku taki bakcyl niezgody na zło. Im mocniejszy, tym mocniejszy jest człowiek. Nie zgodzę się na konformizm nigdzie i w żadnych warunkach. Powiesz zapewne, Gaju, że nic nie zdziałam. Masz rację, ale tu nie chodzi o zmianę czy naprawę wojska. To, co tu robię, ma sens dla mnie".
Drobne, staranne, czytelne pismo Gajki, pokreślone, kulfoniaste, miejscami nieczytelne pismo Jacka (ani śladu skargi, że nie może go odcyfrować). Kilkaset ich listów, rozdzielonych foliowymi "koszulkami", spoczywa dziś w archiwum Fundacji "Karta". Nie jesteśmy ich pierwszymi czytelnikami, nim trafiały do adresatów, czytali je prokuratorzy, cenzorzy, ubecy, funkcjonariusze więzienni. Poza garścią listów z wojska, które też przecież musiały być czytane przez zwierzchność, cała korespondencja Jacka i Grażyny to listy z i do więzienia.
Ich życie wypełnione było ludźmi, ale w listach są tylko oni i nikt więcej. Musieli mieć świadomość, że SB szuka w ich listach informacji.
W czerwcu 1976 roku, po Radomiu i Ursusie, Jacka na wszelki wypadek powołano do wojska. "Miałam w nocy złe sny - pisała do niego Gajka. - Wracał motyw Ciebie znikającego, ja szukałam w lesie, wołałam. Ty migałeś mi w gęstwinie, nie dawałeś mi znaku i traciłam Twój ślad. Miałam przy sobie gruby zeszyt na listy do Ciebie. Kartki się kolejno wyrywały i tonęły w bagnie. Obudziłam się tak przestraszona, że nie byłam w stanie zacząć pisać listu".
Zapewniali się w listach o bezgranicznej miłości i stawiali sobie nawzajem wielkie wymagania. Jacek namawiał Gajkę, dzielącą dzień między pracę zawodową, wychowywanie syna, dorabianie, załatwianie opozycyjnych interesów i wystawanie po różnych korytarzach, by uzyskać zgodę na widzenie czy dodatkową paczkę, bo akurat znów go aresztowano - by robiła doktorat.
"Zrozum, nie ma o tym mowy - odpowiadała mu 27 czerwca 1977 roku. - Kiedy byliśmy we dwoje, mało mieliśmy czasu na czytanie, bibliotekę, spokojniejsze pomyślenie. A teraz? Chyba sobie wyobrażasz, ile mam kłopotów, jak dużo pracy. Tylko Ty przy swojej niezwykłej umiejętności koncentrowania się mogłeś w naszym domowym rozgardiaszu pracować. Ja muszę mieć spokojną głowę. A tu telefon dzwoni do późna w nocy, a zaczyna dzwonić świtem. Chwilami mam poczucie, że oduczyłam się spać. Umówmy się tak, w czerwcu i przez okres wakacji nie zacznę nad tym pracować".
On z więzienia prosił, żeby koniecznie wyjechała na wakacje, a ona się broniła: "Nie potrafię sobie wyobrazić, co by było, gdybyś został puszczony, a ja dowiedziałabym się o tym za kilka godzin czy dni. Zazdrościłabym wszystkim, których wcześniej widziałeś, którzy Ciebie mogli wcześniej widzieć. Chyba umarłabym z piekielnej zazdrości".
- Przy Gajce odkryłem, na czym polega miłość - opowiada Jacek. - Trzeba się stać takim, jakim ta druga osoba chce Cię widzieć. Jako wychowawca wiedziałem, że małe dziewczynki mają swoje marzenia i że Gajka sobie mnie wymarzyła innego, lepszego. Więc z całej siły starałem się taki zostać. Kiedy po ślubie powiedziała, że się rozczarowała, bo za mało czytam, natychmiast zwiększyłem liczbę czytanych książek. Ona uważała, że gdybyśmy tak żyli, że musielibyśmy się tego wstydzić - zabilibyśmy naszą miłość.
Pisał do niej: "Zawsze starałem się być na miarę Twoich marzeń. Stawałem na rzęsach, byś się na mnie nie zawiodła".
"Jestem Ciebie pewniejszy w każdej sprawie wielkiej i małej. Ty uchronisz mnie przed tchórzostwem, małostkowością".
"Nastawiałem się tylko na to, żeby przetrwać więzienie. Ty kazałaś się nastawić na to, żeby jak najwięcej skorzystać z tego czasu"; "Jeśli chodzi o gimnastykę, wykonuję skrupulatnie 4 razy dziennie wszystkie ćwiczenia, które mi poleciłaś: wdechy, nożyce, pompki, skłony".
Pisała do niego: "Kiedy byliśmy razem i wracałam do domu wieczorem, z niepokojem patrzyłam w okno. Bałam się, że może Ciebie nie być. Nie myślałam o tym, że może Cię nie być przez tydzień, miesiąc, rok. Bałam się, że ten wieczór nie będzie nasz. Teraz, kiedy siedzę sama w domu, nie pozwalam sobie na podobne myśli, byłoby to samobójstwem. Duszę głęboko tęsknotę, a raczej przetwarzam ją na świadomość tego, że jesteś mój. I ta świadomość jest moją radością".
"Zaklinam Cię, nie martw się. Ja wszystko świetnie znoszę i nie jest mi ani źle, ani smutno. Pamiętaj, potrafię czekać i wolę takie czekanie od każdego innego wyboru życia. Ja naprawdę jestem szczęśliwa".
A jednak Jacek się martwił. Tym, że on podejmuje decyzje, a płaci ona i Maciek. "Myślę dużo o odpowiedzialności - pisał więc. - Straszne kłopoty i zmartwienia zwaliłem na Twoje plecy. Gdyby nie to, mógłbym powiedzieć, że jestem zadowolony z losu".
Kiedyś, ktoś ze znajomych, uświadomił mu, że jego niepokorne zachowania mogą się odbić na finansach rodziny, że nie pozwolą mu zarabiać.
Jacek na to: - Niedługo Grażyna skończy studia i zacznie pracować.
- Z moralnych względów nigdy się nie zgodzisz - oświadczył znajomy - żeby żona cię utrzymywała.
"Cóż za brednia - komentował tę wymianę zdań w liście do Gajki Jacek. - Z całym obiektywizmem, na jaki mnie stać, rozważam sobie tę sprawę. I nie mam żadnych skrupułów, żeby być na Twoim utrzymaniu. Ty przecież jesteś ja".
Czasem jednak miał wyrzuty sumienia. Nie, że to ona zarabia, ale że to on za dużo wydaje. "Chcę, żebyśmy mieli pieniądze, żebyś się ubierała - pisał - a wydaję całą forsę. Nawet mnie nie stać na podjęcie zobowiązania, że będę mniej pił kawy. Ale jakieś tam zobowiązanie złożę. Przyrzekam, że bez wyraźnej, ważnej i trudnej sytuacji nie będę jeździł taksówką".
Kiedy Grażyna skończyła studia, miała nadzieję zostać na uniwersytecie, ale jako żona Kuronia nie miała szans. Brała dorywcze chałtury, w końcu dostała pracę w poradni psychologiczno-zawodowej, najpierw na Pradze, później na Żoliborzu. Pracowała tam lat kilkanaście. Czasem nasyłano kontrolę, szukano pretekstu do jej zwolnienia. Pokontrolne sprawozdania stawały się nieoczekiwanie dla samych kontrolerów peanem na cześć jej pracy.
W październiku 1982 roku, kiedy chorowała?, koleżanki z przychodni napisały, że przyjęły kogoś na jej miejsce, ale pod warunkiem że odejdzie natychmiast, jak Gajka wróci do pracy. Podpisano z nią zresztą umowę tylko na tak długo, na jak długo opiewało lekarskie zwolnienie Gajki.
W czerwcu 1976 roku, po Radomiu i Ursusie, Jacka na wszelki wypadek powołano do wojska. "Miałam w nocy złe sny - pisała do niego Gajka. - Wracał motyw Ciebie znikającego, ja szukałam w lesie, wołałam. Ty migałeś mi w gęstwinie, nie dawałeś mi znaku i traciłam Twój ślad. Miałam przy sobie gruby zeszyt na listy do Ciebie. Kartki się kolejno wyrywały i tonęły w bagnie. Obudziłam się tak przestraszona, że nie byłam w stanie zacząć pisać listu".
Zapewniali się w listach o bezgranicznej miłości i stawiali sobie nawzajem wielkie wymagania. Jacek namawiał Gajkę, dzielącą dzień między pracę zawodową, wychowywanie syna, dorabianie, załatwianie opozycyjnych interesów i wystawanie po różnych korytarzach, by uzyskać zgodę na widzenie czy dodatkową paczkę, bo akurat znów go aresztowano - by robiła doktorat.
"Zrozum, nie ma o tym mowy - odpowiadała mu 27 czerwca 1977 roku. - Kiedy byliśmy we dwoje, mało mieliśmy czasu na czytanie, bibliotekę, spokojniejsze pomyślenie. A teraz? Chyba sobie wyobrażasz, ile mam kłopotów, jak dużo pracy. Tylko Ty przy swojej niezwykłej umiejętności koncentrowania się mogłeś w naszym domowym rozgardiaszu pracować. Ja muszę mieć spokojną głowę. A tu telefon dzwoni do późna w nocy, a zaczyna dzwonić świtem. Chwilami mam poczucie, że oduczyłam się spać. Umówmy się tak, w czerwcu i przez okres wakacji nie zacznę nad tym pracować".
On z więzienia prosił, żeby koniecznie wyjechała na wakacje, a ona się broniła: "Nie potrafię sobie wyobrazić, co by było, gdybyś został puszczony, a ja dowiedziałabym się o tym za kilka godzin czy dni. Zazdrościłabym wszystkim, których wcześniej widziałeś, którzy Ciebie mogli wcześniej widzieć. Chyba umarłabym z piekielnej zazdrości".
- Przy Gajce odkryłem, na czym polega miłość - opowiada Jacek. - Trzeba się stać takim, jakim ta druga osoba chce Cię widzieć. Jako wychowawca wiedziałem, że małe dziewczynki mają swoje marzenia i że Gajka sobie mnie wymarzyła innego, lepszego. Więc z całej siły starałem się taki zostać. Kiedy po ślubie powiedziała, że się rozczarowała, bo za mało czytam, natychmiast zwiększyłem liczbę czytanych książek. Ona uważała, że gdybyśmy tak żyli, że musielibyśmy się tego wstydzić - zabilibyśmy naszą miłość.
Pisał do niej: "Zawsze starałem się być na miarę Twoich marzeń. Stawałem na rzęsach, byś się na mnie nie zawiodła".
"Jestem Ciebie pewniejszy w każdej sprawie wielkiej i małej. Ty uchronisz mnie przed tchórzostwem, małostkowością".
"Nastawiałem się tylko na to, żeby przetrwać więzienie. Ty kazałaś się nastawić na to, żeby jak najwięcej skorzystać z tego czasu"; "Jeśli chodzi o gimnastykę, wykonuję skrupulatnie 4 razy dziennie wszystkie ćwiczenia, które mi poleciłaś: wdechy, nożyce, pompki, skłony".
Pisała do niego: "Kiedy byliśmy razem i wracałam do domu wieczorem, z niepokojem patrzyłam w okno. Bałam się, że może Ciebie nie być. Nie myślałam o tym, że może Cię nie być przez tydzień, miesiąc, rok. Bałam się, że ten wieczór nie będzie nasz. Teraz, kiedy siedzę sama w domu, nie pozwalam sobie na podobne myśli, byłoby to samobójstwem. Duszę głęboko tęsknotę, a raczej przetwarzam ją na świadomość tego, że jesteś mój. I ta świadomość jest moją radością".
"Zaklinam Cię, nie martw się. Ja wszystko świetnie znoszę i nie jest mi ani źle, ani smutno. Pamiętaj, potrafię czekać i wolę takie czekanie od każdego innego wyboru życia. Ja naprawdę jestem szczęśliwa".
A jednak Jacek się martwił. Tym, że on podejmuje decyzje, a płaci ona i Maciek. "Myślę dużo o odpowiedzialności - pisał więc. - Straszne kłopoty i zmartwienia zwaliłem na Twoje plecy. Gdyby nie to, mógłbym powiedzieć, że jestem zadowolony z losu".
Kiedyś, ktoś ze znajomych, uświadomił mu, że jego niepokorne zachowania mogą się odbić na finansach rodziny, że nie pozwolą mu zarabiać.
Jacek na to: - Niedługo Grażyna skończy studia i zacznie pracować.
- Z moralnych względów nigdy się nie zgodzisz - oświadczył znajomy - żeby żona cię utrzymywała.
"Cóż za brednia - komentował tę wymianę zdań w liście do Gajki Jacek. - Z całym obiektywizmem, na jaki mnie stać, rozważam sobie tę sprawę. I nie mam żadnych skrupułów, żeby być na Twoim utrzymaniu. Ty przecież jesteś ja".
Czasem jednak miał wyrzuty sumienia. Nie, że to ona zarabia, ale że to on za dużo wydaje. "Chcę, żebyśmy mieli pieniądze, żebyś się ubierała - pisał - a wydaję całą forsę. Nawet mnie nie stać na podjęcie zobowiązania, że będę mniej pił kawy. Ale jakieś tam zobowiązanie złożę. Przyrzekam, że bez wyraźnej, ważnej i trudnej sytuacji nie będę jeździł taksówką".
Kiedy Grażyna skończyła studia, miała nadzieję zostać na uniwersytecie, ale jako żona Kuronia nie miała szans. Brała dorywcze chałtury, w końcu dostała pracę w poradni psychologiczno-zawodowej, najpierw na Pradze, później na Żoliborzu. Pracowała tam lat kilkanaście. Czasem nasyłano kontrolę, szukano pretekstu do jej zwolnienia. Pokontrolne sprawozdania stawały się nieoczekiwanie dla samych kontrolerów peanem na cześć jej pracy.
W październiku 1982 roku, kiedy chorowała?, koleżanki z przychodni napisały, że przyjęły kogoś na jej miejsce, ale pod warunkiem że odejdzie natychmiast, jak Gajka wróci do pracy. Podpisano z nią zresztą umowę tylko na tak długo, na jak długo opiewało lekarskie zwolnienie Gajki.
Jacek: - Do jej poradni była kolejka z całego miasta. Była geniuszem słuchania. Dla ludzi, którzy lubią mówić o sobie, a ja do takich należę, to idealne. Przestawała istnieć, zamieniała się w słuch, wszystko było dla niej doniosłe.
Kapitan okrętu i narzeczona marynarza
Mieszkali na Żoliborzu u rodziców Jacka, we trójkę z Maćkiem w jednym pokoju, i do tego pokoju każdy, o każdej godzinie, mógł wejść bez pukania. I cały czas ktoś wchodził.
Teresa Bogucka: - Organizowałam Gajce wagary od KOR-owskiej codzienności, zdobywałam bilety do teatru, wyciągałam na spacer, raz udało nam się nawet wyrwać na tydzień do NRD - nie wiem, jakim cudem dostałyśmy obydwie stemple w dowodzie.
- Gajce można się było zwierzać - mówi Ewa Dorowolska. - Ale ona była tak naprawdę typem samotnicy, skryta, tak jak mama i pozostałe siostry. Wiadomo było, że jest szczęśliwa, nie prosiła nigdy o pomoc, nigdy, nie była w rozpaczy. Pomagać jej dawało się jedynie mimochodem, dyskretnie.
- Była osobą głęboką emocjonalnie i opanowaną, bez cienia egzaltacji - wspomina ją Modzelewski. - Może i miała jakieś słabości, ale nigdy nie miałem okazji ich zobaczyć.
Ewa Milewicz: - To był dom, gdzie Jacek był najważniejszy, albo dlatego że siedział, albo dlatego że właśnie wyszedł z więzienia.
Paula Sawicka: - Jacek różne rzeczy robił dla Gajki i tylko dla niej. Na przykład nie buntował się przeciwko chodzeniu na suknach i jedzeniu sałaty.
W każdej sprawie Gajka stawała murem za Jackiem. W jednym się z nim nie zgadzała. Uważał, że ubekowi, który przyszedł na rewizję, należy zrobić herbatę, bo trzeba widzieć w nim człowieka. Ale tu Gajka się zapierała, że to nie są jej goście. On z nimi konwersował, kolegował się, a ona pokazywała im surową, nieprzystępną twarz i nie podawała im krzesła. Dla niej to byli prześladowcy Jacka.
- Ja wzorowałam się na ich małżeństwie - opowiada Paula Sawicka. - To od Gajki nauczyłam się, że trzeba dmuchać na domowe ognisko, żeby dawało ciepło. Powielaliśmy nawet ich relacje z przychodzącymi na rewizję ubekami. Ja na nich warczałam, a mój mąż Mirek ściągał im z pawlacza starą walizkę, żeby mieli w czym wynieść zarekwirowane u nas książki.
- Gajka miała w sobie - mówi Ewa Milewicz - miękkość i stal, dwie fantastyczne cechy, jeżeli się nad nimi panuje. Jeśli sprawa dotyczyła Jacka, szła jak czołg. W sierpniu pojechała do Stoczni, żeby nie zapomnieli przy podpisywaniu Porozumień, że jej mąż siedzi. Słodka i rozumiejąca, nagle zachowywała się jak ucieleśnienie mężczyzny? może raczej ucieleśnienie męskości?. Pamiętam moją przyjaciółkę, która miała męża alkoholika, uważała, że on nie może uczestniczyć w opozycji, że za łatwo będą go szantażować. Przyszła do Jacka prosić, żeby przekonał o tym jej męża. I wtedy odezwała się Gaja: "Każdemu z nas coś jest, a ktoś to musi robić". No i rzeczywiście, każdy z nas coś miał, chore dziecko albo otwarty przewód doktorski.
- Mieszkanie Kuroniów - ciągnie Milewicz - to było biuro. Jak Jacka posadzili w sierpniu, Gaja potrafiła przejąć całą organizację, ustalała dyżury przy tzw. księdze pokładowej, gdzie notowano wszystkie zatrzymania i inne represje. Gdy dzwoniła, to było jasne, że trzeba się natychmiast stawić i swoje odpracować. Jak go wsadzali, stawała się kapitanem okrętu.
Przy tym wszystkim Gajka prowadziła normalny dom, w którym zawsze było coś do jedzenia, choćby nie wiem ilu przyszło niezapowiedzianych gości. Piekła ciasta, robiła pracochłonny pilaw, smażyła wielkie patelnie mielonych kotletów. A przecież wszystkiego tego nauczyła się już przy Jacku.
- Nasz dom rodzinny był absolutnie antypedagogiczny - wspomina Ewa. - Nasza mama robiła wszystko sama, nas w ogóle nie wpuszczała do kuchni, kochała gotować, pewnie po niej Maciuś odziedziczył ten talent.
W Sierpniu Jacek był wielkim nieobecnym, albo był w Gdańsku w siedzibie związku, albo w jakichś innych rozjazdach. Gaja była wtedy bardzo sama.
- Przychodziła do mnie, gdy wychodziła z psem na spacer - mówiła Ewa Milewicz - ale wystarczyło, żeby Jacek zadzwonił, że właśnie wrócił - wracał po dniu, albo po dwóch dniach, albo po tygodniu, i nie dawał wcześniej znaku, kiedy wróci, żeby Gaja przerwała w pół słowa rozmowę i wybiegła. On spadał jak jastrząb, a ona biegła do domu, jakby była narzeczoną marynarza, który wrócił z dalekiego rejsu.
Do tego mieszkania pełnego dysydentów, bibuły, a od czasu do czasu policji, przychodziły na okrągło dzieci. To były dzieci z podwórka, pukały: "Pani da się pobawić z Filonkiem". Jednym z tych dzieci był nasz kolega redakcyjny Adam Wajrak.
- Miałem osiem lat - mówi - kiedy widziałem ją ostatni raz. Zapamiętałem ją jako piękną Indiankę. Stałym elementem naszego podwórka był miły starszy pan - tata Jacka, który gdy było ciepło, siedział przed domem na fotelu, i piękna pani z pieskiem, to była pani Gaja. Jacka nie pamiętam z tamtego czasu, pewnie siedział. Gdy później, już jako licealista wspomagałem kampanię wyborczą Jacka w 1989 roku, obraz pięknej pani już mi się zamazał. U Jacka w pokoju wisi jej pastelowy portret, zawsze tak siadam, by się mu przypatrywać. W stanie wojennym nie było źle, dłuższe ferie, czołgi do oglądania na ulicach, podwórkowe dzieci formujące się w drużyny ZOMO i "Solidarności" i obrzucające się śnieżkami. Tylko z mieszkania na parterze najpierw zniknął pies, ktoś powiedział, że otruli go ubecy. Potem umarł starszy pan. A potem pamiętam, jak rodzice powiedzieli: "Oni panią Gajkę zabili".
Mnie znają prawie wszystkie
Kapitan okrętu i narzeczona marynarza
Mieszkali na Żoliborzu u rodziców Jacka, we trójkę z Maćkiem w jednym pokoju, i do tego pokoju każdy, o każdej godzinie, mógł wejść bez pukania. I cały czas ktoś wchodził.
Teresa Bogucka: - Organizowałam Gajce wagary od KOR-owskiej codzienności, zdobywałam bilety do teatru, wyciągałam na spacer, raz udało nam się nawet wyrwać na tydzień do NRD - nie wiem, jakim cudem dostałyśmy obydwie stemple w dowodzie.
- Gajce można się było zwierzać - mówi Ewa Dorowolska. - Ale ona była tak naprawdę typem samotnicy, skryta, tak jak mama i pozostałe siostry. Wiadomo było, że jest szczęśliwa, nie prosiła nigdy o pomoc, nigdy, nie była w rozpaczy. Pomagać jej dawało się jedynie mimochodem, dyskretnie.
- Była osobą głęboką emocjonalnie i opanowaną, bez cienia egzaltacji - wspomina ją Modzelewski. - Może i miała jakieś słabości, ale nigdy nie miałem okazji ich zobaczyć.
Ewa Milewicz: - To był dom, gdzie Jacek był najważniejszy, albo dlatego że siedział, albo dlatego że właśnie wyszedł z więzienia.
Paula Sawicka: - Jacek różne rzeczy robił dla Gajki i tylko dla niej. Na przykład nie buntował się przeciwko chodzeniu na suknach i jedzeniu sałaty.
W każdej sprawie Gajka stawała murem za Jackiem. W jednym się z nim nie zgadzała. Uważał, że ubekowi, który przyszedł na rewizję, należy zrobić herbatę, bo trzeba widzieć w nim człowieka. Ale tu Gajka się zapierała, że to nie są jej goście. On z nimi konwersował, kolegował się, a ona pokazywała im surową, nieprzystępną twarz i nie podawała im krzesła. Dla niej to byli prześladowcy Jacka.
- Ja wzorowałam się na ich małżeństwie - opowiada Paula Sawicka. - To od Gajki nauczyłam się, że trzeba dmuchać na domowe ognisko, żeby dawało ciepło. Powielaliśmy nawet ich relacje z przychodzącymi na rewizję ubekami. Ja na nich warczałam, a mój mąż Mirek ściągał im z pawlacza starą walizkę, żeby mieli w czym wynieść zarekwirowane u nas książki.
- Gajka miała w sobie - mówi Ewa Milewicz - miękkość i stal, dwie fantastyczne cechy, jeżeli się nad nimi panuje. Jeśli sprawa dotyczyła Jacka, szła jak czołg. W sierpniu pojechała do Stoczni, żeby nie zapomnieli przy podpisywaniu Porozumień, że jej mąż siedzi. Słodka i rozumiejąca, nagle zachowywała się jak ucieleśnienie mężczyzny? może raczej ucieleśnienie męskości?. Pamiętam moją przyjaciółkę, która miała męża alkoholika, uważała, że on nie może uczestniczyć w opozycji, że za łatwo będą go szantażować. Przyszła do Jacka prosić, żeby przekonał o tym jej męża. I wtedy odezwała się Gaja: "Każdemu z nas coś jest, a ktoś to musi robić". No i rzeczywiście, każdy z nas coś miał, chore dziecko albo otwarty przewód doktorski.
- Mieszkanie Kuroniów - ciągnie Milewicz - to było biuro. Jak Jacka posadzili w sierpniu, Gaja potrafiła przejąć całą organizację, ustalała dyżury przy tzw. księdze pokładowej, gdzie notowano wszystkie zatrzymania i inne represje. Gdy dzwoniła, to było jasne, że trzeba się natychmiast stawić i swoje odpracować. Jak go wsadzali, stawała się kapitanem okrętu.
Przy tym wszystkim Gajka prowadziła normalny dom, w którym zawsze było coś do jedzenia, choćby nie wiem ilu przyszło niezapowiedzianych gości. Piekła ciasta, robiła pracochłonny pilaw, smażyła wielkie patelnie mielonych kotletów. A przecież wszystkiego tego nauczyła się już przy Jacku.
- Nasz dom rodzinny był absolutnie antypedagogiczny - wspomina Ewa. - Nasza mama robiła wszystko sama, nas w ogóle nie wpuszczała do kuchni, kochała gotować, pewnie po niej Maciuś odziedziczył ten talent.
W Sierpniu Jacek był wielkim nieobecnym, albo był w Gdańsku w siedzibie związku, albo w jakichś innych rozjazdach. Gaja była wtedy bardzo sama.
- Przychodziła do mnie, gdy wychodziła z psem na spacer - mówiła Ewa Milewicz - ale wystarczyło, żeby Jacek zadzwonił, że właśnie wrócił - wracał po dniu, albo po dwóch dniach, albo po tygodniu, i nie dawał wcześniej znaku, kiedy wróci, żeby Gaja przerwała w pół słowa rozmowę i wybiegła. On spadał jak jastrząb, a ona biegła do domu, jakby była narzeczoną marynarza, który wrócił z dalekiego rejsu.
Do tego mieszkania pełnego dysydentów, bibuły, a od czasu do czasu policji, przychodziły na okrągło dzieci. To były dzieci z podwórka, pukały: "Pani da się pobawić z Filonkiem". Jednym z tych dzieci był nasz kolega redakcyjny Adam Wajrak.
- Miałem osiem lat - mówi - kiedy widziałem ją ostatni raz. Zapamiętałem ją jako piękną Indiankę. Stałym elementem naszego podwórka był miły starszy pan - tata Jacka, który gdy było ciepło, siedział przed domem na fotelu, i piękna pani z pieskiem, to była pani Gaja. Jacka nie pamiętam z tamtego czasu, pewnie siedział. Gdy później, już jako licealista wspomagałem kampanię wyborczą Jacka w 1989 roku, obraz pięknej pani już mi się zamazał. U Jacka w pokoju wisi jej pastelowy portret, zawsze tak siadam, by się mu przypatrywać. W stanie wojennym nie było źle, dłuższe ferie, czołgi do oglądania na ulicach, podwórkowe dzieci formujące się w drużyny ZOMO i "Solidarności" i obrzucające się śnieżkami. Tylko z mieszkania na parterze najpierw zniknął pies, ktoś powiedział, że otruli go ubecy. Potem umarł starszy pan. A potem pamiętam, jak rodzice powiedzieli: "Oni panią Gajkę zabili".
Mnie znają prawie wszystkie
"Jak zwykle, kiedy się tu dostaję, zaczynam okrutnie tęsknić za Tobą, co jest bezspornie dobrą stroną tej zabawy - pisał Jacek 15 grudnia 1981 roku w pierwszym liście/ w stanie wojennym?, jeszcze z więzienia w Strzembielinku. - Dzięki niej nasza miłość nie powszednieje.
ibyśmy umieli ocalić ją od zszarzenia. Nie dali nam jednak tego popróbować."
- Wtedy - mówi - wydawało mi się, że tęsknota za Gajką jest czymś nie do zniesienia. Dziś wiem, że taka tęsknota, o której się wie, że się kiedyś skończy, to piękna rzecz.
- Pamiętam pierwszy dzień stanu wojennego - wspomina Paula Sawicka. - Poszłam do Gajki, a ona mówi: "Zabrali mi jednego chłopa, zabrali mi drugiego chłopa, ale przynajmniej wyrwałam im pokwitowanie na Maciusia".
Był 16 grudnia 1981 roku i Gajka zaczęła akurat robić ciepłe kapcie na drutach dla Jacka i Maćka - nigdzie nie można było dostać kapci - kiedy przyszli ją internować. Zajęło im całe trzy dni, by zrozumieć, że zawsze, gdy Jacek szedł do więzienia, Gajka ciągnęła jego sprawy. Tak było w roku 1965, 68, 77, 80. Może zatem uświadomienie sobie tego zajęło im nie trzy dni, ale piętnaście lat?
21 grudnia 1981 roku Grażyna prosiła z Olszynki Grochowskiej, żeby Jacek koniecznie napisał o realiach, w jakich żyje, o prawach, jakie mu przysługują, bo przecież ona kiedyś wróci do domu i musi wiedzieć, co będzie mogła dla niego zrobić. 8 stycznia 1982 roku, już z Gołdapi, opisywała, że internowanie ma tylko jeden minus: nie może zajmować się paczkami dla niego i jeździć na widzenia.
Kiedy w styczniu 1982 roku przewieziono internowane do Gołdapi, pisała: "Dom stoi w lesie mieszanym, dosłownie na wyciągnięcie długiej ręki, świerki, brzozy, sosny. I szaleństwo ptaków, przychodzą stada sikorek, wielkie, kolorowe sójki, dzięcioły. Nie znam imion wszystkich dziewczyn, bo jest nas około 250. To taki bardzo duży obóz harcerski. Mnie znają prawie wszystkie, nie moja to zasługa".
Danuta Stołecka, internowana tam wraz z Grażyną, mówi, że dla niej każdy list od Jacka to było święto. Listy przynoszono do stołówki, ale ona ich tam nie czytała. Wracała do pokoju, robiła sobie na łóżku grajdoł, zasłaniała dostęp fotelem, z czegoś tam robiła parawan, i wtedy dopiero otwierała kopertę.
- Zmobilizowana, pogodna, dzielna - opowiada Danusia - skupiała się nie na nas, jej dawnych znajomych i przyjaciołach, ale na młodszych internowanych, była ich drużynową.
"Chyba pomagam swoją pogodą innym, bo lgną do mnie, wygrzewają się w moim ciepełku - pisała Gajka do Jacka. - Nie nadążam z życiem towarzyskim. Jestem nim nawet zmęczona. Ale poczucie służby każe się wziąć w garść. Wczoraj zaczęło się dla mnie inne życie: mamy maleńką salkę do cichej nauki".
"Żadna z moich koleżanek - donosi Jackowi - nie poczuła, że mi smutno. Zawsze szukają we mnie oparcia i pomocy. Naprawdę tylko Ty wiesz, że przez chwilę straciłam formę. Ale jest już dobrze". W tym liście, z 21 maja, Grażyna po raz pierwszy wspomina o swojej chorobie. O tym, że drugi miesiąc ma wysokie OB, co świadczy o silnym stanie zapalnym. Że bierze już drugą serię erytromycyny. "Bez przyzwoitych badań szpitalnych każde leczenie będzie spowolnione. Przecież trzeba postawić diagnozę. Na szczęście to podwyższone OB nie boli, nie przeszkadza żyć".
Tego samego dnia informuje w liście siostrę Ewę, że jeśli przewiozą ją do zwykłego więziennego szpitala - rozpocznie głodówkę.
Żyjmy, jak umiemy najpiękniej
- Było takie zebranie, na którym powoływano Kluby Samorządnej Rzeczypospolitej - opowiada Marek Edelman. - Dosłownie kilka dni przed wprowadzeniem stanu wojennego. Na sali półmrok, obok mnie Gaja, cała w rumieńcach. Pytam, co jej jest, mówi, że się przeziębiła. Pamiętam, że już wtedy poczułem niepokój. A kiedy zobaczyłem rentgen jej płuc, od razu wiedziałem, że to śmiertelna choroba: zwłóknienie płuc.
- Edelman powiedział jej w pewnym momencie - mówi Teresa Bogucka - że wypadki tej choroby są bardzo rzadkie i zazwyczaj źle się kończą. A Gajka śmiała się, że przejdzie do historii jako rzadki wypadek. W szpitalu była jak zawsze piękna, może nawet piękniejsza, radosna, był w jej pokoju taki rozbawiony nastrój, cały czas się śmieliśmy.
Pierwsza oficjalna wersja głosiła, że to gruźlica, potem, że klepsiella, to znaczy kliepsielowe, bakteryjne zapalenie płuc. Bakteria to nie brzmiało bardzo poważnie, w świecie, w którym istnieją antybiotyki. Z drugiej jednak strony, można się było domyślać, że coś jest nie tak po reakcjach Marka.
Kiedy Gajka opuściła już szpital, Edelman odstąpił jej najlepszy pokój w swoim mieszkaniu.
Nie pozwalał samej sobie robić herbaty.
Musiała przed nim chować swoją bieliznę, żeby przypadkiem jej nie uprał.
ibyśmy umieli ocalić ją od zszarzenia. Nie dali nam jednak tego popróbować."
- Wtedy - mówi - wydawało mi się, że tęsknota za Gajką jest czymś nie do zniesienia. Dziś wiem, że taka tęsknota, o której się wie, że się kiedyś skończy, to piękna rzecz.
- Pamiętam pierwszy dzień stanu wojennego - wspomina Paula Sawicka. - Poszłam do Gajki, a ona mówi: "Zabrali mi jednego chłopa, zabrali mi drugiego chłopa, ale przynajmniej wyrwałam im pokwitowanie na Maciusia".
Był 16 grudnia 1981 roku i Gajka zaczęła akurat robić ciepłe kapcie na drutach dla Jacka i Maćka - nigdzie nie można było dostać kapci - kiedy przyszli ją internować. Zajęło im całe trzy dni, by zrozumieć, że zawsze, gdy Jacek szedł do więzienia, Gajka ciągnęła jego sprawy. Tak było w roku 1965, 68, 77, 80. Może zatem uświadomienie sobie tego zajęło im nie trzy dni, ale piętnaście lat?
21 grudnia 1981 roku Grażyna prosiła z Olszynki Grochowskiej, żeby Jacek koniecznie napisał o realiach, w jakich żyje, o prawach, jakie mu przysługują, bo przecież ona kiedyś wróci do domu i musi wiedzieć, co będzie mogła dla niego zrobić. 8 stycznia 1982 roku, już z Gołdapi, opisywała, że internowanie ma tylko jeden minus: nie może zajmować się paczkami dla niego i jeździć na widzenia.
Kiedy w styczniu 1982 roku przewieziono internowane do Gołdapi, pisała: "Dom stoi w lesie mieszanym, dosłownie na wyciągnięcie długiej ręki, świerki, brzozy, sosny. I szaleństwo ptaków, przychodzą stada sikorek, wielkie, kolorowe sójki, dzięcioły. Nie znam imion wszystkich dziewczyn, bo jest nas około 250. To taki bardzo duży obóz harcerski. Mnie znają prawie wszystkie, nie moja to zasługa".
Danuta Stołecka, internowana tam wraz z Grażyną, mówi, że dla niej każdy list od Jacka to było święto. Listy przynoszono do stołówki, ale ona ich tam nie czytała. Wracała do pokoju, robiła sobie na łóżku grajdoł, zasłaniała dostęp fotelem, z czegoś tam robiła parawan, i wtedy dopiero otwierała kopertę.
- Zmobilizowana, pogodna, dzielna - opowiada Danusia - skupiała się nie na nas, jej dawnych znajomych i przyjaciołach, ale na młodszych internowanych, była ich drużynową.
"Chyba pomagam swoją pogodą innym, bo lgną do mnie, wygrzewają się w moim ciepełku - pisała Gajka do Jacka. - Nie nadążam z życiem towarzyskim. Jestem nim nawet zmęczona. Ale poczucie służby każe się wziąć w garść. Wczoraj zaczęło się dla mnie inne życie: mamy maleńką salkę do cichej nauki".
"Żadna z moich koleżanek - donosi Jackowi - nie poczuła, że mi smutno. Zawsze szukają we mnie oparcia i pomocy. Naprawdę tylko Ty wiesz, że przez chwilę straciłam formę. Ale jest już dobrze". W tym liście, z 21 maja, Grażyna po raz pierwszy wspomina o swojej chorobie. O tym, że drugi miesiąc ma wysokie OB, co świadczy o silnym stanie zapalnym. Że bierze już drugą serię erytromycyny. "Bez przyzwoitych badań szpitalnych każde leczenie będzie spowolnione. Przecież trzeba postawić diagnozę. Na szczęście to podwyższone OB nie boli, nie przeszkadza żyć".
Tego samego dnia informuje w liście siostrę Ewę, że jeśli przewiozą ją do zwykłego więziennego szpitala - rozpocznie głodówkę.
Żyjmy, jak umiemy najpiękniej
- Było takie zebranie, na którym powoływano Kluby Samorządnej Rzeczypospolitej - opowiada Marek Edelman. - Dosłownie kilka dni przed wprowadzeniem stanu wojennego. Na sali półmrok, obok mnie Gaja, cała w rumieńcach. Pytam, co jej jest, mówi, że się przeziębiła. Pamiętam, że już wtedy poczułem niepokój. A kiedy zobaczyłem rentgen jej płuc, od razu wiedziałem, że to śmiertelna choroba: zwłóknienie płuc.
- Edelman powiedział jej w pewnym momencie - mówi Teresa Bogucka - że wypadki tej choroby są bardzo rzadkie i zazwyczaj źle się kończą. A Gajka śmiała się, że przejdzie do historii jako rzadki wypadek. W szpitalu była jak zawsze piękna, może nawet piękniejsza, radosna, był w jej pokoju taki rozbawiony nastrój, cały czas się śmieliśmy.
Pierwsza oficjalna wersja głosiła, że to gruźlica, potem, że klepsiella, to znaczy kliepsielowe, bakteryjne zapalenie płuc. Bakteria to nie brzmiało bardzo poważnie, w świecie, w którym istnieją antybiotyki. Z drugiej jednak strony, można się było domyślać, że coś jest nie tak po reakcjach Marka.
Kiedy Gajka opuściła już szpital, Edelman odstąpił jej najlepszy pokój w swoim mieszkaniu.
Nie pozwalał samej sobie robić herbaty.
Musiała przed nim chować swoją bieliznę, żeby przypadkiem jej nie uprał.
Wychodząc do pracy, potrafił pod stołem czy łóżkiem umieścić kontrolny kłak kurzu, żeby sprawdzić, czy przypadkiem nie zamiatała.
Kiedy przyjaciele pytali, czy to rak, Edelman odpowiadał: "Gorzej".
- Jacek spytał mnie w grypsie - mówi Marek Edelman - co jest Gajce. Odpowiedziałem, że ma ciężką chorobę, ale nigdzie nie będzie leczona lepiej niż w Polsce. On był w więzieniu i nie mogłem mu powiedzieć prawdy. Nie napisałem mu wprost, ale on tego i tak nie byłby chyba w stanie przyjąć.
- Od razu po tych zdjęciach rentgenowskich Marek powiedział mi, że to śmiertelna choroba - mówi Ewa Dobrowolska. - Jackowi nie powiedział. Mimo to Jacek pisał, że jest gotów jechać z nią za granicę na leczenie. Ale Gajka tego nie chciała. Miała niezłomne zasady. Tłumaczyła mi "Gdyby Jacek miał wyjechać za granicę na leczenie ze mną, to ja musiałabym umrzeć, żeby dać świadectwo prawdzie, że Jacek nie stchórzył, ale chciał być ze mną do końca. A przecież ja nie chcę umrzeć".
- W trakcie widzenia Ewa podała mi kartkę - opowiada Jacek - na której było napisane, że jeżeli chcę wyjechać z żoną na leczenie, Kiszczak mi to ułatwi. Nawet było to jakoś tak ujęte, że on mi to proponuje. Nie bardzo rozumiałem konwencję, ale widać należało zachować dyskrecję, skoro przeciwnik się tego domagał, napisałem więc na kartce: "Jeżeli trzeba ratować Gajkę, zrobię wszystko".
Ewa zapewniła go, że Gajce nic nie grozi, że zdaniem Edelmana nie jest tak źle.
- Wiem - mówi Edelman - on dla niej gotów był podpisać wszystko. Generał Kiszczak chętnie by go puścił. Ale wiedziałem też, że Gajka nie chciałaby nigdzie jechać, ani sama, ani z nim, ponieważ uważała, że jego miejsce jest tutaj i że to byłoby sprzeniewierzenie się całemu jego życiu.
" Mój kochany wariacie - pisała - plany podróży nie podobają mi się wcale. Zmiana klimatu zresztą nie wskazana. W Kruczym Borku będzie akurat, byle byś wyszedł. Ja wiem, że przeżyłeś piekło. Ale żyję, żyjemy, i mamy jeszcze trochę czasu. Przecież tego nigdy nie wiemy, wiedzieć nie będziemy, ile nam zostało. Żyjmy, jak umiemy najpiękniej dla siebie. Zawsze chciałam, żebyś był wspaniały. To prawda, sprawiało mi przyjemność, kiedy inni zauważali i myśleli podobnie jak ja i miałam za złe, kiedy niesprawiedliwie, źle o Tobie mówiono, chociaż mało mnie to bolało, wiedziałam, że nie mają racji. Czego się dla nas boję, to Twojej kariery. Mam strach niczym nie umotywowany, strach, że to byłby nasz koniec. Śmieszne. Giniesz w mamrze, a ja o karierze. Ale tego boję się naprawdę. Więc jeśli chcesz dać mi siebie, obiecaj, że nie będziesz nigdy robił żadnej kariery. Proszę z całą powagą, tak to przyjmij. Jak mi obiecasz, będę spokojniejsza".
- Oczywiście, ani jej było w głowie wyjeżdżać - opowiada Paula Sawicka. - Ale nigdy nie widziałam jej takiej szczęśliwej, jak wtedy, gdy dowiedziała się, że Jacek jest gotów postawić ją na pierwszym miejscu, przed wszystkim innym .
Siedzieć pod niebem gwiaździstym
20 czerwca: "Niewyobrażalne stężenie dobroci, chęci służenia, pomocy, taktu w tym wszystkim. Marek jako Archanioł, wcale nie cukierkowy, ale dobry aż do bólu. Cały personel jest tym zarażony i dlatego nie jest to szpital, ale niebo. Podejrzewam, że kiedy będę poza jakimkolwiek zagrożeniem, dopiero wtedy Marek powie, czego się obawiał. Że się obawiał tego, nie umiał ukryć. Był taki wieczór, kiedy we mnie wbijał kolejny zastrzyk, a w siebie kolejny kieliszek, bo bał się iść do domu. Najgorsze mamy poza sobą. Jacku, będę szybko zdrowiała dla Ciebie".
5 lipca: "Do niedawna spałam przez 20 godziny na dobę. Męczyło mnie wszystko i po krótkim czuwaniu czułam się jak po wejściu na Świnicę. Od kilku dni nie śpię, zaczynam czytać, rozmawiać, może jestem po kryzysie i zaczynam zdrowieć, chociaż zdjęcia płuc ciągle złe. Wyobraź sobie, że Edelman, który sam chorował na gruźlicę, wymyślił, że mnie rzucisz, jak się dowiesz, że jestem gruźliczka. Dlatego zakazał mówić o gruźlicy, podtrzymuje nawet dla KS MO wersję zapalenia płuc. Powoli, powoli pewnie zdecyduje się ujawnić prawdę. Żadne względy społeczne, a to np. prześwietlenie moich współtowarzyszek itp. nie są dla niego warte komplikacji emocjonalnych, które mogłyby mnie spotkać. To z jednej strony śmieszne, bo widać, jak bardzo nie zna Ciebie i nie odbiera aktualnych nastawień społecznych. Dla niego, chorującego na gruźlicę w 47 roku, to straszna choroba, która na równi z żydostwem komplikowała życie i nie można jej było zaakceptować. Z drugiej strony, to wzruszające, bo w tych zwariowanych czasach gotów jest chronić czyjeś szczęście nawet wbrew rozsądkowi. Na wyrost proszę mój kochany, nie rób mu w przyszłości żadnych wymówek, nie czuj się dotknięty, zrozum intencję".
13 lipca: "Zapalenie płuc, czy gruźlica, leczą się. Naprawdę nie mam raka. Wszyscy tu cieszą się, że tyję, zdrowieję. Jestem świadkiem lekarskich sporów. Proporcja głosów 4:1. Cztery za gruźlicą i samotny głos Marka za bakteryjnym zapaleniem płuc. Czuję się z Markiem zdrowsza, silniejsza. Będę wkrótce wypisana, już tylko dwa tygodnie".
W sierpniu, na czas remontu, zamknięto oddział Edelmana w łódzkim szpitalu im. Pirogowa i Gajka pojechała nad Narew do Kruczego Borku. Miała tam na spółkę z siostrą Ewą kawałek ziemi i drewnianą chałupkę.
- Nasz tata, jak na tamte czasy, to się dorobił - opowiada Ewa Dobrowolska - i każdej z nas podarował po 700 dolarów. To były oszczędności całego jego życia, dobrze, że nie doczekał się Balcerowicza. Zastanawiałyśmy się z Gają, co z tym zrobić. Miałyśmy ochotę jechać do Paryża, no ale co byśmy powiedziały tacie? "Dziękujemy, że oszczędzałeś całe życie po to, żebyśmy mogły pobyć tydzień w Paryżu?". Chciałyśmy zrobić mu przyjemność, dobrze zainwestować jego pieniądze, więc kupiłyśmy Kruczy Borek. Gaja kochała wieś, a tata nie lubił wsi i śmiał się z nas bardzo, że kupiłyśmy hektary piasku.
- Gajka była w Borku szczęśliwa - wspomina Ewa Milewicz. - Opowiadała, że budzi się rano, a tu zając się bawi na podwórku. Ja widziałam przed sobą takie same sosny, a jak ona je opisywała, to każda była inna. Maciek chyba wtedy zamierzał się żenić, bo Gajce cały czas się marzyło, że urodzi jej się wnuk.
6 sierpnia: "Jeszcze chwilkę popiszę do Ciebie, a potem pójdę popatrzeć na gwiazdy - pisała Gaja, od lat, kiedy byli rozdzieleni, umawiali się na te nocne rozmowy z oddali - rozmawiać z Tobą. Tak mi wstyd, że bywało kładłam się spać, kiedy Ty siedziałeś pod niebem gwiaździstym. Mogłam być obok, a nie byłam".
24 sierpnia: "Nie mogę sama podnieść koca, zaścielić łóżka, wylać wody po umyciu się, uprać sobie majtek. Przez cztery tygodnie w Borku leżałam na leżaku i hamaku na przemian. Wcześniej nie byłabym w stanie wyobrazić sobie, że będę umiała tak leniwie spędzać czas. Póki leżę i nic nie robię, czuję się prawie dobrze. Nie męczy oddech, nie mam ataków duszności, jestem taka prawie zdrowa, trochę jeszcze słaba. Natomiast po przejściu paru metrów, kilku schodków, umyciu jednej nogi czy innym sportowym wyczynie, w tej klasie szczególnie trudne jest jedzenie posiłku, muszę odpoczywać wielokrotnie dłużej, niż trwa wyczyn. Czasem tracę wiarę w to, czy kiedykolwiek będę żyła bez oporu ciała, bez tych przykrych ograniczeń. Wiem, że będę, bo tak bardzo chcę żyć dla Ciebie i z Tobą. Muszę być zdrowa".
Kiedy przyjaciele pytali, czy to rak, Edelman odpowiadał: "Gorzej".
- Jacek spytał mnie w grypsie - mówi Marek Edelman - co jest Gajce. Odpowiedziałem, że ma ciężką chorobę, ale nigdzie nie będzie leczona lepiej niż w Polsce. On był w więzieniu i nie mogłem mu powiedzieć prawdy. Nie napisałem mu wprost, ale on tego i tak nie byłby chyba w stanie przyjąć.
- Od razu po tych zdjęciach rentgenowskich Marek powiedział mi, że to śmiertelna choroba - mówi Ewa Dobrowolska. - Jackowi nie powiedział. Mimo to Jacek pisał, że jest gotów jechać z nią za granicę na leczenie. Ale Gajka tego nie chciała. Miała niezłomne zasady. Tłumaczyła mi "Gdyby Jacek miał wyjechać za granicę na leczenie ze mną, to ja musiałabym umrzeć, żeby dać świadectwo prawdzie, że Jacek nie stchórzył, ale chciał być ze mną do końca. A przecież ja nie chcę umrzeć".
- W trakcie widzenia Ewa podała mi kartkę - opowiada Jacek - na której było napisane, że jeżeli chcę wyjechać z żoną na leczenie, Kiszczak mi to ułatwi. Nawet było to jakoś tak ujęte, że on mi to proponuje. Nie bardzo rozumiałem konwencję, ale widać należało zachować dyskrecję, skoro przeciwnik się tego domagał, napisałem więc na kartce: "Jeżeli trzeba ratować Gajkę, zrobię wszystko".
Ewa zapewniła go, że Gajce nic nie grozi, że zdaniem Edelmana nie jest tak źle.
- Wiem - mówi Edelman - on dla niej gotów był podpisać wszystko. Generał Kiszczak chętnie by go puścił. Ale wiedziałem też, że Gajka nie chciałaby nigdzie jechać, ani sama, ani z nim, ponieważ uważała, że jego miejsce jest tutaj i że to byłoby sprzeniewierzenie się całemu jego życiu.
" Mój kochany wariacie - pisała - plany podróży nie podobają mi się wcale. Zmiana klimatu zresztą nie wskazana. W Kruczym Borku będzie akurat, byle byś wyszedł. Ja wiem, że przeżyłeś piekło. Ale żyję, żyjemy, i mamy jeszcze trochę czasu. Przecież tego nigdy nie wiemy, wiedzieć nie będziemy, ile nam zostało. Żyjmy, jak umiemy najpiękniej dla siebie. Zawsze chciałam, żebyś był wspaniały. To prawda, sprawiało mi przyjemność, kiedy inni zauważali i myśleli podobnie jak ja i miałam za złe, kiedy niesprawiedliwie, źle o Tobie mówiono, chociaż mało mnie to bolało, wiedziałam, że nie mają racji. Czego się dla nas boję, to Twojej kariery. Mam strach niczym nie umotywowany, strach, że to byłby nasz koniec. Śmieszne. Giniesz w mamrze, a ja o karierze. Ale tego boję się naprawdę. Więc jeśli chcesz dać mi siebie, obiecaj, że nie będziesz nigdy robił żadnej kariery. Proszę z całą powagą, tak to przyjmij. Jak mi obiecasz, będę spokojniejsza".
- Oczywiście, ani jej było w głowie wyjeżdżać - opowiada Paula Sawicka. - Ale nigdy nie widziałam jej takiej szczęśliwej, jak wtedy, gdy dowiedziała się, że Jacek jest gotów postawić ją na pierwszym miejscu, przed wszystkim innym .
Siedzieć pod niebem gwiaździstym
20 czerwca: "Niewyobrażalne stężenie dobroci, chęci służenia, pomocy, taktu w tym wszystkim. Marek jako Archanioł, wcale nie cukierkowy, ale dobry aż do bólu. Cały personel jest tym zarażony i dlatego nie jest to szpital, ale niebo. Podejrzewam, że kiedy będę poza jakimkolwiek zagrożeniem, dopiero wtedy Marek powie, czego się obawiał. Że się obawiał tego, nie umiał ukryć. Był taki wieczór, kiedy we mnie wbijał kolejny zastrzyk, a w siebie kolejny kieliszek, bo bał się iść do domu. Najgorsze mamy poza sobą. Jacku, będę szybko zdrowiała dla Ciebie".
5 lipca: "Do niedawna spałam przez 20 godziny na dobę. Męczyło mnie wszystko i po krótkim czuwaniu czułam się jak po wejściu na Świnicę. Od kilku dni nie śpię, zaczynam czytać, rozmawiać, może jestem po kryzysie i zaczynam zdrowieć, chociaż zdjęcia płuc ciągle złe. Wyobraź sobie, że Edelman, który sam chorował na gruźlicę, wymyślił, że mnie rzucisz, jak się dowiesz, że jestem gruźliczka. Dlatego zakazał mówić o gruźlicy, podtrzymuje nawet dla KS MO wersję zapalenia płuc. Powoli, powoli pewnie zdecyduje się ujawnić prawdę. Żadne względy społeczne, a to np. prześwietlenie moich współtowarzyszek itp. nie są dla niego warte komplikacji emocjonalnych, które mogłyby mnie spotkać. To z jednej strony śmieszne, bo widać, jak bardzo nie zna Ciebie i nie odbiera aktualnych nastawień społecznych. Dla niego, chorującego na gruźlicę w 47 roku, to straszna choroba, która na równi z żydostwem komplikowała życie i nie można jej było zaakceptować. Z drugiej strony, to wzruszające, bo w tych zwariowanych czasach gotów jest chronić czyjeś szczęście nawet wbrew rozsądkowi. Na wyrost proszę mój kochany, nie rób mu w przyszłości żadnych wymówek, nie czuj się dotknięty, zrozum intencję".
13 lipca: "Zapalenie płuc, czy gruźlica, leczą się. Naprawdę nie mam raka. Wszyscy tu cieszą się, że tyję, zdrowieję. Jestem świadkiem lekarskich sporów. Proporcja głosów 4:1. Cztery za gruźlicą i samotny głos Marka za bakteryjnym zapaleniem płuc. Czuję się z Markiem zdrowsza, silniejsza. Będę wkrótce wypisana, już tylko dwa tygodnie".
W sierpniu, na czas remontu, zamknięto oddział Edelmana w łódzkim szpitalu im. Pirogowa i Gajka pojechała nad Narew do Kruczego Borku. Miała tam na spółkę z siostrą Ewą kawałek ziemi i drewnianą chałupkę.
- Nasz tata, jak na tamte czasy, to się dorobił - opowiada Ewa Dobrowolska - i każdej z nas podarował po 700 dolarów. To były oszczędności całego jego życia, dobrze, że nie doczekał się Balcerowicza. Zastanawiałyśmy się z Gają, co z tym zrobić. Miałyśmy ochotę jechać do Paryża, no ale co byśmy powiedziały tacie? "Dziękujemy, że oszczędzałeś całe życie po to, żebyśmy mogły pobyć tydzień w Paryżu?". Chciałyśmy zrobić mu przyjemność, dobrze zainwestować jego pieniądze, więc kupiłyśmy Kruczy Borek. Gaja kochała wieś, a tata nie lubił wsi i śmiał się z nas bardzo, że kupiłyśmy hektary piasku.
- Gajka była w Borku szczęśliwa - wspomina Ewa Milewicz. - Opowiadała, że budzi się rano, a tu zając się bawi na podwórku. Ja widziałam przed sobą takie same sosny, a jak ona je opisywała, to każda była inna. Maciek chyba wtedy zamierzał się żenić, bo Gajce cały czas się marzyło, że urodzi jej się wnuk.
6 sierpnia: "Jeszcze chwilkę popiszę do Ciebie, a potem pójdę popatrzeć na gwiazdy - pisała Gaja, od lat, kiedy byli rozdzieleni, umawiali się na te nocne rozmowy z oddali - rozmawiać z Tobą. Tak mi wstyd, że bywało kładłam się spać, kiedy Ty siedziałeś pod niebem gwiaździstym. Mogłam być obok, a nie byłam".
24 sierpnia: "Nie mogę sama podnieść koca, zaścielić łóżka, wylać wody po umyciu się, uprać sobie majtek. Przez cztery tygodnie w Borku leżałam na leżaku i hamaku na przemian. Wcześniej nie byłabym w stanie wyobrazić sobie, że będę umiała tak leniwie spędzać czas. Póki leżę i nic nie robię, czuję się prawie dobrze. Nie męczy oddech, nie mam ataków duszności, jestem taka prawie zdrowa, trochę jeszcze słaba. Natomiast po przejściu paru metrów, kilku schodków, umyciu jednej nogi czy innym sportowym wyczynie, w tej klasie szczególnie trudne jest jedzenie posiłku, muszę odpoczywać wielokrotnie dłużej, niż trwa wyczyn. Czasem tracę wiarę w to, czy kiedykolwiek będę żyła bez oporu ciała, bez tych przykrych ograniczeń. Wiem, że będę, bo tak bardzo chcę żyć dla Ciebie i z Tobą. Muszę być zdrowa".
7 października: "Nie wyobrażałam sobie, że proces zdrowienia jest tak wyczuwalny i stopniowalny. Od dłuższego czasu piszę w listach, że zdrowieję. I ciągle co kilka dni stwierdzam, że jest znowu lepiej. Potem jeszcze lepiej. W ten sposób metodycznie zbliżam się do normy. Nie chcą mnie jednak lekarze uznać za zdrową, twierdząc, że w ślad za poprawą samopoczucia musi pójść zmiana obrazu radiologicznego płuc. A obrazek ani drgnie, i wszyscy zachodzą w głowę, jak to możliwe. Teraz, kiedy jestem poza niebezpieczeństwem, Marek przyznaje się, że różni jego koledzy po fachu, którzy konsultowali moje zdjęcia, dzwonią, żeby upewnić się, czy pacjentka żyje, bo sądząc z obrazka, szanse miała niewielkie. A ja tymczasem, kiedy siedzę, leżę i wolno chodzę, nie odczuwam dolegliwości wcale. Nie mogę jeszcze wejść na schody, schylić się, czy wykonywać szybkich ruchów bez wielkiej zadyszki. Ale z tym poradzę sobie w najbliższym czasie. Przede mną jeszcze kilkumiesięczny program zdrowienia. Ale czuję wiele jego objawów: apetyt, mniejsze zapotrzebowanie na sen, chęć zobaczenia ludzi, częste myśli o pracy w Poradni. Jeszcze niedawno nie martwiła mnie perspektywa rocznego zwolnienia lekarskiego, a potem najpewniej renty. Dziś już inaczej na to patrzę. W myśli przygotowuję się do powrotu do domu, ale boję się pustego mieszkania. Takie meble opustoszałe bez Ciebie, Dziadka, Maćka. Czy sobie poradzę? Czy będę umiała zmobilizować się i nie zalać łzami".
3 listopada: "Jacku zdrowieję. Muszę wyzdrowieć, chcę wyzdrowieć. Tylko ta droga taka jeszcze długa. Mam okresy sporego osłabienia, szczególnie w trakcie intensyfikowania kuracji. Nieszybko wrócę do Warszawy, póki konieczne są codzienne zastrzyki, częste analizy, nie czułabym się tam bezpieczna. Tu w Łodzi parę razy w ciągu dnia Marek podejmuje na gorąco decyzje. Daje mi to pełne poczucie bezpieczeństwa. Mam do niego bezgraniczne zaufanie w tej materii. Przeciągnę pobyt w Łodzi do dojścia do formy, tak żebym mogła w Warszawie prowadzić aktywniejsze życie".
8 listopada: "Nic się nie martw, powoli, powoli zdrowieję i zaręczam, kiedy będziemy mogli być razem, będę już zupełnie zdrowa. Może zostaną drobne felery, takie jak niemożność chodzenia po górach, zabawy w narty. Ale wtedy będziemy martwić się, kiedy przyjdzie pora. Czekam spokojnie i z rzadka irytuję się własną słabością ciała. Ostatnio wzięłam kolejną serię leków, bardzo silnych, przez dwa tygodnie nie wstawałam z łóżka, odjęło mi wszystkie siły. Ale zaraz po zakończeniu kuracji zaczęło się poprawiać i od czterech dni wstaję. Siedzę sobie w fotelu, czytam, słucham muzyki. Czeka mnie po dwóch tygodniach powtórzenie serii, może powtórkę zniosę lepiej".
Kiedy chorzy umierają
Tego lata i jesieni na oddziale Marka Edelmana był wielki ruch znajomych: leżeli u niego Teresa Bogucka, Ewa Milewicz i Wiktor Woroszylski, który potem napisał wiersz "Pan doktor i Bóg".
Kiedy chorzy umierają Doktór przyciska czoło
do pór roku do chrapiącego miasta
i mówi Bóg tak chciał
Ale tego ranka
Doktór płacze i buntuje się Obiecałeś krzyczy
ona miała żyć przynajmniej do jego powrotu
i jeszcze trochę w
odzyskanym domu jego miłości
dlaczego poskąpiłeś jałmużny cudu
odrobiny powietrza jej biednym płucom
Tam w górze Bóg
nie gniewa się na zbuntowanego
Doktora
Tylko poprzez ciebie tłumaczy
poprzez twoje dotknięcie i noc
3 listopada: "Jacku zdrowieję. Muszę wyzdrowieć, chcę wyzdrowieć. Tylko ta droga taka jeszcze długa. Mam okresy sporego osłabienia, szczególnie w trakcie intensyfikowania kuracji. Nieszybko wrócę do Warszawy, póki konieczne są codzienne zastrzyki, częste analizy, nie czułabym się tam bezpieczna. Tu w Łodzi parę razy w ciągu dnia Marek podejmuje na gorąco decyzje. Daje mi to pełne poczucie bezpieczeństwa. Mam do niego bezgraniczne zaufanie w tej materii. Przeciągnę pobyt w Łodzi do dojścia do formy, tak żebym mogła w Warszawie prowadzić aktywniejsze życie".
8 listopada: "Nic się nie martw, powoli, powoli zdrowieję i zaręczam, kiedy będziemy mogli być razem, będę już zupełnie zdrowa. Może zostaną drobne felery, takie jak niemożność chodzenia po górach, zabawy w narty. Ale wtedy będziemy martwić się, kiedy przyjdzie pora. Czekam spokojnie i z rzadka irytuję się własną słabością ciała. Ostatnio wzięłam kolejną serię leków, bardzo silnych, przez dwa tygodnie nie wstawałam z łóżka, odjęło mi wszystkie siły. Ale zaraz po zakończeniu kuracji zaczęło się poprawiać i od czterech dni wstaję. Siedzę sobie w fotelu, czytam, słucham muzyki. Czeka mnie po dwóch tygodniach powtórzenie serii, może powtórkę zniosę lepiej".
Kiedy chorzy umierają
Tego lata i jesieni na oddziale Marka Edelmana był wielki ruch znajomych: leżeli u niego Teresa Bogucka, Ewa Milewicz i Wiktor Woroszylski, który potem napisał wiersz "Pan doktor i Bóg".
Kiedy chorzy umierają Doktór przyciska czoło
do pór roku do chrapiącego miasta
i mówi Bóg tak chciał
Ale tego ranka
Doktór płacze i buntuje się Obiecałeś krzyczy
ona miała żyć przynajmniej do jego powrotu
i jeszcze trochę w
odzyskanym domu jego miłości
dlaczego poskąpiłeś jałmużny cudu
odrobiny powietrza jej biednym płucom
Tam w górze Bóg
nie gniewa się na zbuntowanego
Doktora
Tylko poprzez ciebie tłumaczy
poprzez twoje dotknięcie i noc
bezsenną
mogę czynić cuda
i przecież staraliśmy się obydwaj
te dwa ostatnie miesiące to chyba my
I obaj
Doktór i Bóg
płaczą nad młodą kobietą
dla której wyczerpali możliwość cudu
Edelman chciał, żeby Gajka doczekała się Jacka. To były czasy baby z cielęciną. W jego zamrażarce na najpiękniejszym kawałku mięsa Gajka napisała "amnestia" - czekał na uwolnienie Jacka Kuronia.
- Ten wiersz był zbyt osobisty - mówi Edelman. - Poza tym nieprawdziwy, bo Gajka była do końca szczęśliwa, uśmiechnięta. Wiedziałem, jakie objawy będzie miała przed śmiercią i powiedziałem, że jak się stanie to a to właśnie, to będzie znak, że zdrowieje. Wiem, pewnie myślicie, że jestem bezczelny skurwysyn, ale uważałem, że tak trzeba. Leczyłem ją objawowo, żeby się dobrze czuła. Lepiej niż u mnie nie byłoby jej nigdzie.
Robił wszystko, żeby odwrócić jej uwagę od umierania. Wysilał się na wyrafinowane kłamstwa i sprytne półprawdy. Opisywał jej przyszłość tak, by nie wzbudzić jej podejrzeń. Zawiózł ją do krawcowej, która miała jej uszyć kostium, tak jakby fakt, że czeka się na kostium, mógł odegnać śmierć.
- Na Zawrat to już nigdy nie wejdziesz - mówił. - Chodzić będziesz pomalutku. Trzeba ci będzie kupić małego fiata. Będziesz rencistką przez ładnych parę lat.
Myśli, że mu wierzyła, bo nie przesadzał, nie próbował obiecywać, że całkiem wyzdrowieje, przeciwnie, zapewniał, że już zawsze będzie miała kłopoty z chodzeniem, oddychaniem, że nigdy nie wróci do olimpijskiej formy.
- Powiedziałem - mówi - że ją zabiorę do Merano.
- Jakie Merano, dlaczego Merano?
- To włoska Riviera - odpowiada za Edelmana Paula Sawicka, która wtedy latem i jesienią 1982 przyjeżdżała do Gajki do Łodzi co kilka dni. - Przed wojną jeździli tam na wczasy bogaci Żydzi i Marek tak wyobraża sobie raj: Morze Śródziemne, dziewczyny w organdynowych sukienkach, w dorożkach, pod parasolkami od słońca.
- Jestem dumny - mówi Edelman - że Gajce w ogóle nie przyszło do głowy, że umiera. Włożyłem w to nie tylko całą moją wiedzę medyczną, ale i moją filozofię umierania. Na czym to polega? Żeby człowiek pozostał człowiekiem, nie cierpiał, miał nadzieję, bo bez tego nie sposób żyć. Od 6 czerwca do 23 listopada tylko tym się zajmowałem. Raz chciałem się z tego jakoś otrząsnąć, posłałem ją do Warszawy na tydzień, a ona dzwoni i mówi: "Zabierz mnie z powrotem".
- Ale ludzie często przeczuwają, że umierają. Jesteś pewny, że to nie była gra na twój benefis?
- Jestem pewien. Nic nie wiedziała. A wy co myślicie, że byście się domyśliły, gdyby mi zależało, żeby was oszukać?
- Przez ostatnie miesiące życia Gajki - mówi Bogucka - wszyscyśmy grali swoje role. Dużo bym dała, żeby wiedzieć, co ona wiedziała naprawdę.
mogę czynić cuda
i przecież staraliśmy się obydwaj
te dwa ostatnie miesiące to chyba my
I obaj
Doktór i Bóg
płaczą nad młodą kobietą
dla której wyczerpali możliwość cudu
Edelman chciał, żeby Gajka doczekała się Jacka. To były czasy baby z cielęciną. W jego zamrażarce na najpiękniejszym kawałku mięsa Gajka napisała "amnestia" - czekał na uwolnienie Jacka Kuronia.
- Ten wiersz był zbyt osobisty - mówi Edelman. - Poza tym nieprawdziwy, bo Gajka była do końca szczęśliwa, uśmiechnięta. Wiedziałem, jakie objawy będzie miała przed śmiercią i powiedziałem, że jak się stanie to a to właśnie, to będzie znak, że zdrowieje. Wiem, pewnie myślicie, że jestem bezczelny skurwysyn, ale uważałem, że tak trzeba. Leczyłem ją objawowo, żeby się dobrze czuła. Lepiej niż u mnie nie byłoby jej nigdzie.
Robił wszystko, żeby odwrócić jej uwagę od umierania. Wysilał się na wyrafinowane kłamstwa i sprytne półprawdy. Opisywał jej przyszłość tak, by nie wzbudzić jej podejrzeń. Zawiózł ją do krawcowej, która miała jej uszyć kostium, tak jakby fakt, że czeka się na kostium, mógł odegnać śmierć.
- Na Zawrat to już nigdy nie wejdziesz - mówił. - Chodzić będziesz pomalutku. Trzeba ci będzie kupić małego fiata. Będziesz rencistką przez ładnych parę lat.
Myśli, że mu wierzyła, bo nie przesadzał, nie próbował obiecywać, że całkiem wyzdrowieje, przeciwnie, zapewniał, że już zawsze będzie miała kłopoty z chodzeniem, oddychaniem, że nigdy nie wróci do olimpijskiej formy.
- Powiedziałem - mówi - że ją zabiorę do Merano.
- Jakie Merano, dlaczego Merano?
- To włoska Riviera - odpowiada za Edelmana Paula Sawicka, która wtedy latem i jesienią 1982 przyjeżdżała do Gajki do Łodzi co kilka dni. - Przed wojną jeździli tam na wczasy bogaci Żydzi i Marek tak wyobraża sobie raj: Morze Śródziemne, dziewczyny w organdynowych sukienkach, w dorożkach, pod parasolkami od słońca.
- Jestem dumny - mówi Edelman - że Gajce w ogóle nie przyszło do głowy, że umiera. Włożyłem w to nie tylko całą moją wiedzę medyczną, ale i moją filozofię umierania. Na czym to polega? Żeby człowiek pozostał człowiekiem, nie cierpiał, miał nadzieję, bo bez tego nie sposób żyć. Od 6 czerwca do 23 listopada tylko tym się zajmowałem. Raz chciałem się z tego jakoś otrząsnąć, posłałem ją do Warszawy na tydzień, a ona dzwoni i mówi: "Zabierz mnie z powrotem".
- Ale ludzie często przeczuwają, że umierają. Jesteś pewny, że to nie była gra na twój benefis?
- Jestem pewien. Nic nie wiedziała. A wy co myślicie, że byście się domyśliły, gdyby mi zależało, żeby was oszukać?
- Przez ostatnie miesiące życia Gajki - mówi Bogucka - wszyscyśmy grali swoje role. Dużo bym dała, żeby wiedzieć, co ona wiedziała naprawdę.
Ewa Milewicz: - Chyba coś podejrzewała, bo kilka razy nagle się odwróciłam i zobaczyłam, że ona tę uśmiechniętą twarz ma tylko na pokaz.
- Nie umiem odpowiedzieć na pytanie, czy wiedziała - mówi jej siostra Ewa, jedyna, obok Teresy Boguckiej, osoba, której Edelman powiedział wprost całą prawdę. Kiedy ten ostatni raz zawieźli ją do szpitala, powiedziała:
- Ewa, ja umieram.
A ja na to: - Nie Gaju, nie, Marek mi wszystko wytłumaczył. Po prostu niepotrzebnie otworzyłaś okno, przeziębiłaś się.
Coś, córeczko, pokręciłaś
W poniedziałek, 22 listopada, bladym świtem, do celi Jacka Kuronia na Rakowieckiej wszedł strażnik.
- Jedzie pan do żony, do szpitala. Tylko proszę się nie niepokoić. Doktor chce, żeby pan się zobaczył z żoną, bo to dobrze zrobi na leczenie.
Powieźli go do Łodzi samochodem, do pilnowania przydzielili mu nie esbeków, ale BOR-owców. Nim wszedł do sali, gdzie leżała Gajka, Edelman wziął go na stronę.
- Jacek... coś ci muszę powiedzieć - zaczął.
Ale Jacek już wiedział. Przyjął z jego ręki butelkę whisky, odkręcił i wypił.
- Ona umrze, Jacek...
Słyszał to, ale chciał, żeby te słowa jeszcze nie padły. Milczał.
- Ona umrze prędko.
- Kiedy? Dziś? Za tydzień, za miesiąc? - spytał.
- Tego nie wiem - odpowiedział Edelman. - Tego nikt ci nie powie. Chodźmy do niej. Pamiętaj, masz się uśmiechać.
"Miała w ustach aparat tlenowy - napisał kilkanaście lat później w "Spoko, czyli kwadratura koła". - Taka piękna. Taka mądra. Coś mówiliśmy, ale to nie miało tego znaczenia, jakie miało. Czułem się oszukany. Przecież wszystko, co robiłem w życiu, robiłem dla niej. Więzienia, "Solidarność" - też dla niej".
Gaja martwiła się, że Jackowi chce się palić, a przy niej mu nie wolno, więc wyganiała go na korytarz. Wiedział, że nie powinien iść, bo to są ich ostatnie minuty, ale chciał, żeby było tak, jak ona chce, bo on już nic nie chciał. Edelman poprosił, żeby zostawili go na noc w szpitalu, ale zabrali go do aresztu.
"Leżałem na koju - pisał Jacek - i modliłem się. Czułem, jak ciężko Gajce oddychać i prosiłem Pana Boga, żebym mógł oddychać za nią. I Bóg mnie wysłuchał, czułem to, starałem się łapać jak najwięcej powietrza, ale było coraz gorzej i gorzej. A potem wszystko przestało mnie boleć. I to była godzina, w której moja Gajka umarła".
Ostatni list od Jacka - z 21 listopada - przyszedł na adres Edelmana już po jej śmierci. "Coś, córeczko najdroższa, pokręciłaś. Piszesz najpierw, że zdrowiejesz, powoli, ale systematycznie. Następnie, że tego Twojego zdrowienia nie uwzględnia prześwietlenie, które >ani drgnie<. A potem, że na podstawie prześwietlenia różni koledzy Marka obawiali się, że umrzesz. Mówił Ci to sam Marek. W pierwszej chwili pomyślałem, że mnie sparaliżuje ze strachu. Uprzytomniłem sobie jednak, że gdyby tak to było, jak Ci się napisało, to Marek powiedziałby Ci, że na podstawie Twego obrazu sądząc, umrzesz. A tego on powiedzieć nie mógł, ergo coś kochanie moje pokręciłaś. Dzięki Bogu. Tylko Słoneczko moje nie zamartwiaj się tym, że mnie przestraszyłaś".
- Nie umiem odpowiedzieć na pytanie, czy wiedziała - mówi jej siostra Ewa, jedyna, obok Teresy Boguckiej, osoba, której Edelman powiedział wprost całą prawdę. Kiedy ten ostatni raz zawieźli ją do szpitala, powiedziała:
- Ewa, ja umieram.
A ja na to: - Nie Gaju, nie, Marek mi wszystko wytłumaczył. Po prostu niepotrzebnie otworzyłaś okno, przeziębiłaś się.
Coś, córeczko, pokręciłaś
W poniedziałek, 22 listopada, bladym świtem, do celi Jacka Kuronia na Rakowieckiej wszedł strażnik.
- Jedzie pan do żony, do szpitala. Tylko proszę się nie niepokoić. Doktor chce, żeby pan się zobaczył z żoną, bo to dobrze zrobi na leczenie.
Powieźli go do Łodzi samochodem, do pilnowania przydzielili mu nie esbeków, ale BOR-owców. Nim wszedł do sali, gdzie leżała Gajka, Edelman wziął go na stronę.
- Jacek... coś ci muszę powiedzieć - zaczął.
Ale Jacek już wiedział. Przyjął z jego ręki butelkę whisky, odkręcił i wypił.
- Ona umrze, Jacek...
Słyszał to, ale chciał, żeby te słowa jeszcze nie padły. Milczał.
- Ona umrze prędko.
- Kiedy? Dziś? Za tydzień, za miesiąc? - spytał.
- Tego nie wiem - odpowiedział Edelman. - Tego nikt ci nie powie. Chodźmy do niej. Pamiętaj, masz się uśmiechać.
"Miała w ustach aparat tlenowy - napisał kilkanaście lat później w "Spoko, czyli kwadratura koła". - Taka piękna. Taka mądra. Coś mówiliśmy, ale to nie miało tego znaczenia, jakie miało. Czułem się oszukany. Przecież wszystko, co robiłem w życiu, robiłem dla niej. Więzienia, "Solidarność" - też dla niej".
Gaja martwiła się, że Jackowi chce się palić, a przy niej mu nie wolno, więc wyganiała go na korytarz. Wiedział, że nie powinien iść, bo to są ich ostatnie minuty, ale chciał, żeby było tak, jak ona chce, bo on już nic nie chciał. Edelman poprosił, żeby zostawili go na noc w szpitalu, ale zabrali go do aresztu.
"Leżałem na koju - pisał Jacek - i modliłem się. Czułem, jak ciężko Gajce oddychać i prosiłem Pana Boga, żebym mógł oddychać za nią. I Bóg mnie wysłuchał, czułem to, starałem się łapać jak najwięcej powietrza, ale było coraz gorzej i gorzej. A potem wszystko przestało mnie boleć. I to była godzina, w której moja Gajka umarła".
Ostatni list od Jacka - z 21 listopada - przyszedł na adres Edelmana już po jej śmierci. "Coś, córeczko najdroższa, pokręciłaś. Piszesz najpierw, że zdrowiejesz, powoli, ale systematycznie. Następnie, że tego Twojego zdrowienia nie uwzględnia prześwietlenie, które >ani drgnie<. A potem, że na podstawie prześwietlenia różni koledzy Marka obawiali się, że umrzesz. Mówił Ci to sam Marek. W pierwszej chwili pomyślałem, że mnie sparaliżuje ze strachu. Uprzytomniłem sobie jednak, że gdyby tak to było, jak Ci się napisało, to Marek powiedziałby Ci, że na podstawie Twego obrazu sądząc, umrzesz. A tego on powiedzieć nie mógł, ergo coś kochanie moje pokręciłaś. Dzięki Bogu. Tylko Słoneczko moje nie zamartwiaj się tym, że mnie przestraszyłaś".
Najczęściej czytane24 htydzień
- Wisława Szymborska o swojej miłości
- Co sobotę w kiosku z "Gazetą Wyborczą"
- Galeria okładek
- Kup E-wydanie
- Wysokie Obcasy Extra












