Zaręczyliśmy się w październiku 2008, więc na jakąkolwiek salę w rozsądnej cenie od czerwca do sierpnia praktycznie ni było szans, a mój mąż chciał koniecznie brać ślub, jak będzie ciepło. Weszliśmy więc na stronę jakiegoś instytutu meteorologii i sprawdziliśmy średnie temperatury w maju i we wrześniu - wiem, wydaje się to trochę śmieszne i właściwie tak pół-żartem to potraktowaliśmy. Padło jednak na maj. Zrobiliśmy wstępną listę gości - a zaprosiliśmy właściwie tylko najbliższą rodzinę, za to dużo przyjaciół - i uznaliśmy, że trzeba będzie dla znacznej większości wynająć nocleg, dlatego ustaliliśmy, że wesele może odbyć się w hotelu poza miastem. Padło na hotel w Sobieszewie (ok. 20min drogi od Gdańska, w którym mieszkamy) 100m od plaży, więc następnego dnia, po śniadaniowym grillu, wszyscy mogliśmy pójść na spacer na plażę. Nie korzystaliśmy z żadnej pomocy w organizacji. Ja zajęłam się praktycznie wszystkim sama. Muzyką zajął się nasz przyjaciel, który jest djem, więc panowały lata 80. i 90. - nasze ulubione do zabawy. Co ciekawe, mama trochę miała obawy przed djem, ale nawet babcia świetnie się bawiła do Macareny ;) "Wodzirejem" był mój 16-letni brat, który - jak twierdzi - chce być w przyszłości Krzysztofem Ibiszem, więc poradził sobie naprawdę świetnie. Wystarczyło dać mu mikrofon, a od razu - choć praktycznie nie było typowych weselnych zabaw - wszyscy umierali ze śmiechu.
Rozmieszczenie gości sprawiło mi trochę problemu, ale ostatecznie uznałam, że usadzę wszystkich pokoleniowo, tzn. po jednej stronie pokolenie nasze, a po drugiej pokolenie rodziców, co okazało się wyśmienitym pomysłem i naprawdę szczerze to wszystkim polecam!
Ślubu udzielił nam mój ksiądz z liceum, który mnie już jakiś czas znał, a zaśpiewał nam chór gospel, w którym w czasach liceum sama śpiewałam. Zdjęcia robili nasi przyjaciele, którzy nie są co prawda zawodowymi fotografami, ale już od jakiegoś czasu interesują się fotografią (są to koledzy mojego Męża, który także po godzinach bawi się aparatem ). Zaproszenia zrobiłam ja sama. Uznałam, że żadne z tych, które są dostępne na rynku mi się nie podobają. Poza tym - mimo, że zajęło mi to chyba 2 dni - satysfakcja była bezcenna. Ustalenia dotyczące jedzenia i wystroju sali poszły bardzo gładko, ponieważ pani Małgosia - managerka hotelu - okazała się osobą niezwykle otwartą, ciepłą i pomocną. Mieliśmy także dania wegetariańskie, z którymi nie było najmniejszego problemu. Jeśli chodzi o obrączki, byliśmy zgodni od samego początku - miały być tytanowe, w lekko industrialnym stylu. Po długich poszukiwaniach (jako, że tytan nie jest jeszcze w Polsce tak popularny) znaleźliśmy takie, jakie chcieliśmy. Kosztowały naprawdę grosze - w porównaniu z innymi, są super oryginalne, a poza tym mają dodatkowe, symboliczne znaczenie, bo tytan jest metalem lekkim, ale niesamowicie mocnym - i mamy nadzieję, że takie będzie nasze małżeństwo :) Garnitur dla męża - mimo, iż myślałam, że będzie to wielki problem, bo w kwestii ciuchów bywa strasznie marudny - kupiliśmy dosłownie w 5 min w Intermodzie. Przeszliśmy się po sklepach i wszystkie garnitury wydawały mu się takie same, a ten jeden się wyróżniał, więc decyzja zapadła naprawdę szybko.
Z moją sukienką był już większy problem. Od dawna wiedziałam, jaką chcę. Nigdy nie chciałam długiej sukni, w której wyglądałabym jak koronkowa wersja Buki z Muminków. Chciałam coś lekkiego, dziewczęcego, w stylu lat 50. Kiedy jednak poszłam z projektem do kilku salonów, okazało się, że uszycie takiej sukni będzie kosztowało tyle, co kupno wielkiej, długiej z cekinami i koronkami. Stwierdziłam, że to czyste zdzierstwo, więc pojechałam do zaprzyjaźnionej
krawcowej z rodzinnego miasteczka, która co prawda nie zajmuje się szyciem sukien ślubnych - no ale to przecież nie była to typowa suknia ślubna. Pani Jola stanęła na wysokości zadania i w efekcie wystąpiłam tego dnia w sukni, którą wymarzyłam sobie już kilka lat wcześniej. Moim "czymś starym" był stanik, który miałam już wcześniej, a który jest chyba najlepszym stanikiem, jaki kiedykolwiek miałam. Moim "czymś niebieskim" był mój tatuaż ;)
Problem był z butami. Mój Mąż uznał, że nie chce na ślubie wyglądać jak każdy inny facet, więc wyszukał sobie w internecie jakieś takie dziwne Martensy. Ja natomiast kupiłam chyba z 4 różne pary - bo musiały być siwe albo srebrne, żeby pasowały do obrączek, zaproszeń, sukienki i wszystkiego, bo to był nasz kolor przewodni, jako że ja nie lubię złota (bez urazy dla nikogo, ale kojarzy mi się trochę jarmarcznie). W końcu kupiłam takie, jakie chciałam, choć były nieco za małe. Przez miesiąc próbowałam je rozchodzić, ale niewiele to pomogło. Co ciekawe jednak - w trakcie ślubu i wesela, nie czułam w ogóle, żeby mnie uciskały. Co to adrenalina robi z ludzkim ciałem;)
Samochodem pojechaliśmy swoim, bo - choć jest już trochę stary - to jest to nasz pierwszy wspólny
samochód, a poza tym mój mąż uznał, że chce sam prowadzić, a nie być więziony, jak jakieś
dziecko ;)
Make up zrobiłam sobie sama, bo trochę się tym interesuję, a poza tym uznałam, że to dobra okazja, żeby bezkarnie kupić
kosmetyki z najwyższej półki, które wystarczą mi przecież jeszcze na jakiś czas. Fryzurę natomiast robiła mi znajoma, którą znam jeszcze od liceum i która rozumie mnie bez słów. Kiedy umówiłyśmy się na próbę
fryzury, trochę przeglądałam internet, żeby wiedzieć, o co mi mniej więcej chodzi i wybrałam kilka obrazków z wyszczególnieniem jednego. Kiedy tylko do niej weszłam - może ciężko w to uwierzyć, ale - ona pokazała mi dokładnie ten sam! Przeznaczenie?
Kwiaty zrobiła mi pani z zaprzyjaźnionej kwiaciarni i oczywiście też wyszły tak, jak chciałam. Było jednak kilka wpadek. Np. mój mąż zapomniał wziąć pudełeczek z cukierkami w ramach podziękowania dla gości (które też robiłam sama) i prezentów dla rodziców. Całe szczęście mieliśmy też kwiaty, które odebrał i przywiózł mój przyjaciel.
Wszystko kosztowało nas naprawdę niewiele - w porównaniu z tym, co się słyszy, może z jedną czwartą, a to głównie dlatego, że w przygotowaniu całego tego stresującego przedsięwzięcia pomagali nam bliscy, przyjaciele, znajomi... Jeśli mogę zatem coś polecić parom, które przygotowują się do tego wielkiego dnia, to radziłabym nie eksperymentować za wszelką cenę. Nie wszystko musi być nowe, tylko po to, żeby było drogie. Sprawdzone rzeczy i miejsca oszczędzą nam dużo stresu. My np. w ogóle nie mieliśmy tego dnia żadnej tremy ani wątpliwości, bo wiedzieliśmy, że wszystko będzie dobrze, bo jesteśmy otoczeni życzliwymi ludźmi... I zabawa była naprawdę wspaniała! Wszyscy byli niesamowicie zadowoleni. Wielu gości mówiło, że to był najlepszy ślub, na jakim byli. I ja uważam tak samo ;)