"Święto wiosny" Katarzyny Kozyry

Maria Poprzęcka
12.04.2002 12:00
A A A Drukuj
Pierwsze wrażenie - groteska. Zniszczone, nagie ciała miotane spazmatycznymi ruchami. Ale to wrażenie natychmiast mija. "Święto wiosny", najnowsza instalacja Katarzyny Kozyry, to dzieło poważne i przejmujące
Katarzyna Kozyra - najgłośniejsza postać młodej polskiej sztuki. Sławna od dyplomu na warszawskiej ASP - "Piramida zwierząt" wzbudziła dyskusje i gwałtowne emocje, rzadko spotykane w polskim życiu artystycznym. Podobnie było z kolejnymi pracami: "Więzy krwi", "Olimpia", "Łaźnia damska", "Łaźnia męska"; ta ostatnia nagrodzona na weneckim Biennale w 1999 roku. A więc sukces, lecz widziany często jako skutek prowokacji i umiejętnej strategii skandalu. Teraz w warszawskiej Zachęcie możemy oglądać indywidualną wystawę Kozyry "Święto wiosny". Tym razem skandalu być nie powinno. Stoimy wobec dzieła poważnego i przejmującego.

Przed wejściem na wystawę duża plansza wyjaśniająca intencje artystki. To dobre posunięcie. W naszych galeriach, w obawie przed natrętnym dydaktyzmem czy też w mylnym przeświadczeniu, że sztuka "mówi sama za siebie", zwykle unika się wszelkich informacji. Wynikiem tego jest głębokie pęknięcie między profesjonalnym dyskursem o współczesnej sztuce a jej potocznym odbiorem. Jak głębokie - mogliśmy się przekonać niedawno, przy okazji "skandali" i "zajść" w tejże Zachęcie. Może gdyby wystawie "Naziści" czy rzeźbie Maurizia Catellana przedstawiającej Papieża przygniecionego meteorytem towarzyszyły wyjaśniające ich sens komentarze, udało by się tego uniknąć?

"Święto wiosny" to instalacja wideo. Punktem wyjścia dla Katarzyny Kozyry stał się balet Igora Strawińskiego "Święto wiosny" wystawiony w 1913 roku w choreografii wielkiego tancerza Wacława Niżyńskiego. Ówczesne paryskie powodzenie kierowanych przez Sergiusza Diagilewa Baletów Rosyjskich także było rodzajem sukcesu budowanego na skandalach. "Święto wiosny", łamiące reguły w dziedzinie muzyki i choreografii, okazało się jednak zbyt mocno godzić w oczekiwania wobec sztuki baletowej. Przedstawienie padło. Balet wystawiano potem w innej choreografii (w Polsce przed laty oglądaliśmy wspaniały spektakl Maurice'a Bejarta). Niedawno para historyków tańca dokonała rekonstrukcji pierwotnej inscenizacji. I właśnie to przedstawienie zainspirowało Katarzynę Kozyrę.

"Święto wiosny" Strawińskiego odwołuje się do prasłowiańskiego rytuału. Wybrana przez wioskową starszyznę dziewica ma "zatańczyć się na śmierć", aby obudzić ziemię do nowego życia. Chcąc oddać barbarzyński, pierwotny charakter obrzędu, Niżyński całkowicie odrzucił technikę baletu klasycznego, którego wszak Rosjanie są nieprześcignionymi mistrzami. Jego tancerze, poruszający się jak marionetki, wykonywali ruchy na granicy ludzkich możliwości. Ich wysiłek fizyczny miał być widoczny. Gesty straciły naturalną płynność, taniec stał się konwulsyjny, sztywny.

To właśnie zafascynowało Kozyrę. Jej "Święto wiosny" idzie ściśle za układem Niżyńskiego, lecz powstało w wyniku animacji. Każdy ruch - jak w filmie rysunkowym - to setki ujęć fotograficznych montowanych następnie w sekwencje. Każda minuta - 1500 ujęć. Modeli fotografowano na leżąco. Są to starzy ludzie. Przemieniono nie tylko wiek tancerzy. Odwrócono też płeć. Przytroczone do podbrzuszy odmienne atrybuty płci są ich jedynym kostiumem - są nadzy. Nie ma strojów, nie ma też scenografii. Postacie zawisają w pustce na wielkich, oślepiająco białych ekranach. Zgodnie z układem choreograficznym ekrany tworzą kręgi wyznaczające obszary życia i śmierci. W zewnętrznym kręgu tańczy starszyzna, w środku - wybrana ofiara. Ciemną przestrzeń wokół wypełnia muzyka Strawińskiego. W koło powraca "zapętlony", niespełna czterominutowy motyw.



Pierwsze wrażenie - groteska. Zniszczone ciała, miotane spazmatycznymi ruchami, ich rozpaczliwe skoki, ucieczki z pola ekranowego, zniekształcone echa tanecznych konwencji. Ale to wrażenie natychmiast mija. Sama nagość okazuje się głęboko poruszająca. Stare ludzkie ciało, nieoglądane, z hipokryzją wyeliminowane przez współczesną kulturę, wzrusza bardziej niż baletowe trykoty i tiule. Jego bezwład, słabość, brzydota są boleśnie prawdziwe. Postacie wyglądają jak szmaciane lalki. Animacja pozwala wprawić je w ruch niewykonalny nawet dla tancerza, ale przyspieszony, przerywany, drgający montaż potęguje odczucie fizycznej nieporadności wykonawców. Taniec został tu do końca oczyszczony z artystycznego i teatralnego blichtru. Stał się tym, o czym marzyli reformatorzy baletu sprzed wieku - ekspresją najbardziej elementarnych stanów cielesnych i duchowych.

"W tańcu tylko wypowiadać potrafię najwyższych rzeczy przenośnie" - mówił Nietzscheański Zaratustra. "Święto wiosny" odwołuje się do jednego z najtrwalszych pierwiastków wielu religii - śmierci jako źródła nowego życia, ofiary jako ceny odrodzenia. Lecz czy to odrodzenie nadejdzie? Wybrana ofiara pada, by za chwilę powstać. Czyją poderwana ręką? A muzyka na nowo powraca do tego samego motywu.

I starzy ludzie wciąż tańczą. Pomieszanie wieku i płci zaciera podziały i granice, nadaje obrzędowi bardziej jeszcze uogólniony, uniwersalny charakter. Nieważne - młody, stary, kobieta, mężczyzna - wszystkich wciąga ten taniec będący rozpaczliwym obrazem bytu '

"Święto wiosny" Katarzyny Kozyry można oglądać w warszawskiej galerii Zachęta do 5 maja

Zobacz także
Skomentuj:
Zaloguj się

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX