http://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09googleB.gifhttp://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09googleB.gifhttp://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09google.gif

Dziecko pod biurkiem

Tomasz Kwaśniewski
2010-03-08, ostatnia aktualizacja 2010-03-05 13:34

Jola, 32 lata
Jola, 32 lata
zdjęcia Anna Bedyńska

O pracujących matkach pisze Tomasz Kwaśniewski

Diana, 24 lata
zdjęcia Anna Bedyńska
Diana, 24 lata
Aleksandra, 36 lat
zdjęcia Anna Bedyńska
Aleksandra, 36 lat
Ewelina, 35 lat
zdjęcia Anna Bedyńska
Ewelina, 35 lat
ZOBACZ TAKŻE
SERWISY
Mały w pracy głównie spał. W przypadkach ekstremalnych przyjeżdżał mąż. Albo jeden z klientów brał synka na spacer

Jola ma 32 lata, jest fryzjerką, pochodzi z Puław. Od dziesięciu lat w Warszawie, od pięciu w małżeństwie, od trzech prowadzi własną Pracownię Fryzjerską. 18 miesięcy temu urodziła synka. Do pracy wróciła po trzech. Owszem, myślała, że wróci trochę później, ale nagle zaczęło do niej docierać, że bez niej Pracownia nie działa tak, jak trzeba. Poczuła się więc nie do zastąpienia. Nie, aspekt finansowy nie miał tu znaczenia. Pracownia wciąż na siebie zarabiała, a nawet jakby przestała, to Jola miała odłożone pieniądze na pięciomiesięczny czynsz. Zresztą kasa to nie jest to, o czym myśli Jola. Tym zajmuje się mąż, magister zarządzania, pracownik banku. Mąż jest również tym, który gotuje w domu. W ogóle świetny jest ten mąż. Nie, na początku nawet do głowy jej nie przyszło, żeby zostawić dziecko z nianią. Bo karmiła piersią, bo chciała udowodnić, że potrafi być mamą i pracować. - Bałam się, że jak zostawię Marcela z nianią, to poczuje się odrzucony. On w ogóle jest taki, że muszę się nieźle natrudzić, żeby go ucałować, przytulić. Prawdziwy mężczyzna.

Jola pracuje albo od godz. 10 do 18, albo od 14 do 20. I ani minuty dłużej - gdy nie miała dziecka, pracowała po 12 godzin dziennie. Nie, mały nie sprawiał prawie żadnych problemów w pracy. Nie dość, że grzeczny, to jeszcze długo spał. Nie miał kolek, nie płakał. W przypadkach ekstremalnych przyjeżdżał mąż. Albo jeden z klientów brał synka na spacer. Od ósmego miesiąca Joli zaczęła pomagać niania. Przychodziła po południu, przejmowała opiekę. A potem Marcel zaczął chodzić i już nie dało się go spacyfikować. Odkąd zostaje z nianią, Jola ma problem z wychodzeniem z domu. - Na początku dyskretnie znikałam, ale przeczytałam, że to nie jest mądre. No, to uczymy się rozstawać - mówi. Ostatnio myśli o tym, by oddać synka do żłobka: - Nie to, że jestem zazdrosna o nianię, że jej nie ufam. Mam tylko wrażenie, że mu z nianią nudno. Ze mną też byłoby mu nudno, więc lepiej niech idzie do żłobka, bo tam są inne dzieci.

Agnieszka ma 42 lata, uczy chemii w warszawskim ogólniaku. Ma czwórkę dzieci: Weronikę - 21, Natalię - 18, Mateusza - 16 i Tobiasza - 2,5. Ma też drugiego męża, który, nim został bezrobotnym, był prezesem spółki giełdowej. To on jest tatą Tobiasza. Agnieszka wróciła do pracy, gdy Tobiasz miał pięć miesięcy. - Dyrektor poszedł mi na rękę i nie naciskał.

Teraz też nie widzi problemu, gdy przychodzi do pracy z synkiem. Na przykład na radę pedagogiczną. Albo na zajęcia. Parę razy się zdarzyło, że ona prowadziła lekcje, a Tobiasz spał lub leżał w wózeczku. Niania? - Nie mam zaufania do obcych. Poza tym chwilowo nas nie stać, bo żyjemy tylko z mojej pensji. Nikt nie chce zatrudnić świetnie wykształconego byłego prezesa. Nawet za małe pieniądze. Żłobek? - Musiałoby być naprawdę źle, żebym tam posłała dziecko. Dom, bliscy - to się dla mnie liczy. Poza tym po to mam dzieci, żeby się nimi zajmować. No dobra, marzę o tym, by w firmach pojawiły się przedszkola. Człowiek czułby, że ma kontrolę. A jakby to było fajnie, gdyby w tych przedszkolach były izolatki dla chorych dzieci. Ja nigdy nie miałam z tym problemu, bo dyrektor zawsze coś przesunął, ale wiem, że w innych firmach to bywa katastrofa. Trzeba więc chore dzieci prowadzać do przedszkola albo iść na L4, co nie jest mile widziane.

Agnieszka ma wprawę w organizowaniu sobie życia z dzieckiem. Pierwsze urodziło się na studiach. Pamięta, że na zmianę z tatą dziecka chodziła na zajęcia. A jak się zazębiali i nikt jej nie mógł pomóc, to brała je ze sobą. Np. na filozofię.

W połowie V roku poszła już do pracy, a z dziećmi została babcia. Oczywiście nie bez znaczenia jest to, że jako nauczycielka pracowała pięć, sześć godzin dziennie. Ale to nie ze względu na własne dzieci wybrała pracę w szkole. - Po prostu lubię dzieci - mówi. Myśli o kolejnym.

Ewelina ma 35 lat. Z wykształcenia biolożka molekularna, z zawodu reporterka. W Polskim Radiu od 10 lat.

15 miesięcy temu urodziła syna. Tata Szymona ma 33 lata, pochodzi ze Lwowa i od czasu do czasu współpracuje z różnymi fundacjami mającymi kontakt ze Wschodem. Krótko mówiąc - ma problem ze stałą pracą. Ewelina do pracy wróciła po wykorzystaniu urlopu macierzyńskiego i odłożonego wypoczynkowego. Synek miał 7,5 miesiąca. Jej dzień zaczyna się wtedy, gdy Szymon otwiera oczy. Mąż też się wtedy budzi. Nie ma wyboru. Mieszkają w jednym pokoju z kuchnią. Za to własnym.

- Dopasowujemy się do siebie - mówi Ewelina. - Gdy jedno z nas wychodzi, drugie zostaje z dzieckiem. A potem zmiana. W rezultacie trochę się mijamy. Weźmy na przykład dziś. Pobudka o szóstej, karmienie, przewijanie. Ona siada przy komputerze, bierze małego na kolana, przegląda pocztę. Szymon stuka, przesuwa klawiaturę. Mąż robi śniadanie. A potem ona leci do pracy. Nieczęsto się tam zjawia osobiście, ale dziś czekają papierkowe sprawy. Jako że mąż też akurat musi wyjść, to ona zabiera synka. - Nie chcemy niańki. Uważamy, że te pierwsze dwa lata są bardzo ważne w życiu dziecka, i naszym priorytetem jest to, by w tym czasie samemu je wychowywać.

- A gdybyście mieli więcej kasy?

- Tobym nie pracowała.

- Babcia?

-Moja mama pomaga nam w weekendy i w ekstremalnych sytuacjach. Mama męża mieszka we Lwowie, dziadkowie nie żyją.

Ewelina z pracy wróciła koło pierwszej. Opiekę przejął mąż, a ona ruszyła na nagranie. Kiedyś zabierała synka nawet na nagrania. Tak kombinowała, że wtedy spał. - Teraz tak się nie da. Jest zbyt aktywny - mówi. O 16 znowu była w domu i wtedy wyszedł mąż. O której wróci, nie wiadomo. Może o 21. - O 19 mały idzie spać. Wcześnie, ale dzięki temu mamy czas dla siebie. To znaczy na pracę. Zdarza się, że siedzę do północy. A jeśli muszę coś oddać następnego dnia, to nawet dłużej.

Ewelina mówi, że jak nie miała dziecka, to zanim się wzięła do pracy, zwykle marudziła. Herbatka, gazetka, a teraz nie, bo żeby nie wiadomo co, o szóstej i tak trzeba wstać. - Bardzo pilnujemy, żeby mały się nam nie rozregulował, bo wtedy bywa jeszcze trudniej.

Aleksandra ma 32 lata i męża ginekologa. Ma też samochód i mieszkanie w Warszawie. Z zawodu jest stomatologiem. Trzy lata temu założyła gabinet w Raciążu, to około 100 km od Warszawy. W Raciążu mieszkają rodzice Aleksandry. To znaczy mama, bo tata zmarł. Cztery miesiące temu urodziła synka, do pracy wróciła, gdy miał miesiąc z hakiem. - Nie wyobrażam sobie, że z powodu dziecka zamknęłabym gabinet, zwolniła pracowników. Musiałabym płacić czynsz i dwie pensje. Oczywiście miałam oszczędności, ale się kończyły. Jak byłam w ciąży, trochę przesadziłam. Pracowałam po 15 godzin, musiałam się położyć. Gabinet był zamknięty, a ja płaciłam. To nie mogło dłużej trwać. Zresztą nawet gdyby mnie było stać, to i tak bym pracowała, bo bez pracy to jest połowa mnie. Mam wrażenie, że dzięki pracy mam więcej sił dla Stasia. - Myślałaś o niani? - Stawiam na kontakt z dzieckiem. Ten czas jest nie do odzyskania. I mam nadzieję, że tak już będzie do trzecich urodzin Stasia. A jest tak, że Aleksandra pracuje tylko w poniedziałek, wtorek, środę. Wstaje koło szóstej, karmi, przebiera, wsiada do samochodu i koło ósmej jest w Raciążu. Jeśli mama ma coś do zrobienia - prowadzi mały sklepik - zabiera małego ze sobą. Ma dwie asystentki, więc jedna zajmuje się Stasiem. Są też takie zabiegi, przy których nie musi być osobiście.Jeśli mama nie ma nic do zrobienia, Staś zostaje u niej. Aleksandra odciąga pokarm i idzie do pracy. Na cztery godziny. Potem przerwa, więc wraca, odciąga pokarm, bawi się z dzieckiem i znów na cztery godziny.

- Czasem, niestety, wychodzi pięć lub sześć - przyznaje i natychmiast dodaje, że boi się tego, że praca znów ją zassie. - Myślałam, że wrócę pełną parą, ale macierzyństwo wymaga wyrzeczeń i obniżenia wymagań zawodowych. Ono jest najważniejsze, staram się o tym nie zapominać, ale i tak mam wyrzuty sumienia. Jak byłam w ciąży, to miałam takie sny, w których dziecko mówiło: 'Nie zostawiaj mnie z ciociami, ja chcę być z tobą'. Jeśli Aleksandra kończy pracę tak, jak sobie zaplanowała, czyli o 19, to w domu jest około 21. Wczoraj skończyła o 21.

- A co na to mąż?

- On się cieszy, bo i tak pracuję mniej niż kiedyś. Wcześniej prawie się nie widywaliśmy.

Źródło: Wysokie Obcasy
  • ...nie mają kontaktu z dzieckiem mateuszleszko 12.03.10, 10:48

    Zapominacie o tym, że w wszystkie z przedstawionych mam tak naprawdę nie mają kontaktu z dzieckiem. Przynajmniej nie taki jakiego one potrzebują. Dziecko musi czuć bliskość i to że ktoś »

  • Odmóżdżanie rodziców zla.kobieta1000 12.03.10, 14:45

    Co za debilny artykuł i nie najmądrzejsze mamusie.Po co macierzyński, tacierzyński, wychowawczy, po co nam żłobki i przedszkola,mamunia zabierze przychówek do pracy, podrzuci koleżankom, »

  • Re: Dziecko pod biurkiem sid.leniwiec 16.03.10, 20:16

    Zgadzam się z komentarzami niepochwalającymi obarczania dzieciakamiwspółpracowników/klientów. I to jeszcze w czasie, gdy szanowny pan mąż niepracuje lub ma czas, paranoja.»

W numerze z 31 lipca