To był niusik, o którym zapomina się po pięciu minutach, ale w końcu nie jestem jakimś pudelkiem uganiającym się za muchą, więc mogę go przypomnieć, mimo że jest przeterminowany. Żona premiera Irlandii (lat 60) została przyłapana na romansowaniu z 19-latkiem. Niezbyt ekscytujące, ale zapamiętałam komentarz dziennikarza z TVN: ciekawe, co 19-latek mógł robić z kobietą w tak podeszłym wieku? Dobre pytanie! A oto odpowiedź: mógł robić to, czego zestresowany, spracoholizowany i nie taki już młody dziennikarz zapewne robić nie może. A ta drobna złośliwość prowadzi nas do kolejnej powieści Maćka Millera - 'Cockring'. Tłumaczenie tytułu pozostawiam zainteresowanym.
Właściwie lubię książki Maćka Millera. Nie jest to żadna wielka literatura, za to czyta się błyskawicznie. Postacie kobiece są przeważnie sympatyczniejsze od męskich. Kobiece i gejowskie. Nie ma też w nich tego przezroczystego seksizmu, który osnuwa większość popularnej literatury. A poza tym są to książki na temat. Kolejno: AIDS, pedofilia, a teraz impotencja. Wolę to, niż gdyby miały być tylko o miłości. A to, co autor w tych kwestiach ma do powiedzenia, nie powala może na kolana jakąś wyjątkową głębią, ale jest ogólnie słuszne i rozsądne. Cóż zatem mamy tu o impotencji? Najpierw, że boli i jest poważnym problemem. I nie ma się z czego śmiać. Zgoda. Dla mężczyzny jest jednak czymś innym niż brak orgazmu u kobiety. I z tym - z pewnym ociąganiem - się zgodzę. To nie tylko brak możliwości pełnego zaspokojenia, ale też klęska widoczna, oczywista i symboliczna. Kobieta, nawet jeśli nie szczytuje, może zachować twarz na poziomie decorum, odgrywając piękny orgazm jak w pornosach. Mężczyzna nie może udawać, że ma wzwód.
W powieści Millera trzech panów zyskuje szansę wyleczenia się z impotencji. Jeden z niej rezygnuje, bo odkrywa, że w życiu są ważniejsze rzeczy. Drugi korzysta i dzięki temu reanimuje swoje małżeństwo, a trzeci dostaje nauczkę, że bywa gorzej i impotencja to nie jest najstraszniejsza rzecz, która może go spotkać. Ogólnie słuszna wymowa powieści jest więc taka, że potencja czy impotencja zawsze dotyczą konkretnego człowieka w konkretnej sytuacji, w konkretnym związku. I czy to jest ważne, czy nie, to zależy od sytuacji. Sterczący fallus nie jest bożkiem. Orgazm nie jest bożkiem. Seksualna aktywność nie jest bożkiem. Cóż można powiedzieć, w Polsce z jednej strony mamy złogi tradycyjnego myślenia o seksie jako o grzechu i brudzie, z drugiej jednak - silny przekaz ze strony całej masowej kultury, że nie ma nic lepszego i bardziej wartościowego. Przyznanie się do nieposiadania życia seksualnego lub do tego, że nie jest ono satysfakcjonujące, to prawdziwy obciach - w przeciwieństwie do przechwalania się sukcesami w tej sferze. Pisma poradnikowe nieustannie szepczą nam do ucha, że jak nie tego, to trzeba koniecznie: porozmawiać, zapalić świece, kupić odpowiednią bieliznę, pójść do seksuologa albo pomyśleć o viagrze. Wszystko to jest oczywiście dla ludzi i czemu nie, ale czy koniecznie?
Czy jeśli tego wszystkiego nie zrobimy, nie zadbamy, ułożymy sobie życie czy współżycie jakoś inaczej, nie dość idealnie, to coś jest z nami nie tak? Musimy być jacyś zahamowani albo chorzy, a z pewnością nieszczęśliwi? Jakby szczęście zależało tylko od tego. Nie mówiąc już o tym, że w życiu nie zawsze chodzi o szczęście, i to rozumiane aż tak sensualnie i dosłownie.
Zbyt mało natomiast mówi się o impotencji emocjonalnej. Dla mnie np. pan korzystający z usług prostytutek i jeszcze potrafiący się tym chwalić może nie jest impotentem seksualnym, ale jest impotentem emocjonalnym. Tylko że takich nasza kultura nie stawia pod pręgierzem. A Maciek Miller - tak. Najbardziej przeczołgany przez niego bohater i kończący w stanie godnym pożałowania, choć już oświecony, jest właśnie typowym emocjonalnym impotentem. I żaden cockring na to nie pomoże.