Przeczytałam list podpisany 'Samotna' i na gorąco piszę: mam 56 lat i najlepsze chwile, jakie spędzam, to chwile, kiedy jestem sama i nie zmuszam się lub nie jestem zmuszana do czegokolwiek, szczególnie do jałowych rozmów i dyskusji. Moje koleżanki ze szkoły są już często na emeryturze i oglądają seriale, którym ja nie poświęciłabym ani minuty. Nie mają jakiegoś osobistego celu przed sobą i nie mają marzeń. Już nie mają! A ja? Mam za sobą trzy małżeństwa. Dwa krótkie młodzieńcze oraz jedno 26-letnie, które rozpadło się już dawno w trakcie trwania, ale zakończone zostało półtora roku temu. Jestem szczęśliwa z powodu wyprowadzenia się męża, który przez wiele lat zawodził mnie na wiele sposobów i wysysał ze mnie wszystkie siły witalne, pomysły, marzenia i najcieplejsze uczucia, jakie we mnie tkwiły. Nic mnie nie obchodzi, czy mnie ktoś zaprosi, czy nie.
W moim skądinąd intelektualnym środowisku prawie nikt niczego nie czyta, bo albo szkoda czasu, albo trzeba dostosować się do innych. Ja czytam, oglądam, marzę, piszę, buduję i kończę doktorat. Po co mi to wszystko? - dziwią się mniej lub bardziej otwarcie moi znajomi, uważając, że jestem zwariowana. Może i jestem! Ale dobrze mi z tym i nikomu tym nie szkodzę. Nie pracuję, lecz 'zasuwam' codziennie, narzekając oczywiście na przepracowanie. I wszystko to robię sama, samiuteńka, bo nie mogę znaleźć nikogo, kto by za mną nadążył. Zawsze miałam nadmiar energii i mam nadzieję, że tak będzie zawsze. Do końca! Nie mam pojęcia, co to jest nudzić się we własnym towarzystwie, ale to trzeba mieć w sobie! Wszystkim samotnym, szczególnie tym młodym, życzę tego samego.