http://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09googleB.gifhttp://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09googleB.gifhttp://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09google.gif

Trzy śmierci

Miłada Jędrysik
09.02.2010 , aktualizacja: 05.02.2010 18:31
A A A Drukuj
Odeszły prawie jednocześnie. Jedna była Przeklęta, druga była Święta, a trzecia... Trzecia też była Inna. A czas był zaduszny. I tylko tyle się wydarzyło
ZOBACZ TAKŻE
Pierwsza odeszła Diana. Ostatniego dnia października o godzinie wpół do jedenastej wieczorem powiesiła się na prześcieradle w swojej celi w rzymskim więzieniu Rebibbia. Miała 40 lat. Diana była z Parioli. Eleganckie XIX-wieczne kamienice, żółć i ochra, łuszczące się drewniane okiennice, aleje ocienione platanami. Najlepsze na świecie lody kasztanowe. Restauracje, w których nieskazitelny ma^tre wita co wieczór bywalców w muszkach i ich kobiety w złotych pierścionkach. W Rzymie wypada mieszkać na Parioli.

Diana Blefari Melazzi była z dobrego domu. Matka - baronessa, ojciec - zamożny właściciel kilku kiosków z prasą.

Diana miała być ragazza per bene, dziewczyną z dobrego domu, bo na Parioli wszyscy muszą być tacy. Chłopcy noszą kaszmirowe swetry i miękkie mokasyny, przyjeżdżają po swoje narzeczone błyszczącymi skuterami. Ich narzeczone mają długie blond włosy i długie paznokcie, i torebki od Gucciego, i buty na szpilkach. Uprawiają seks na tylnych siedzeniach samochodów i w dyskotekach wciągają kokainę, ale wciąż są per bene. Diana, mimo że na wizerunku jej rodziny była skaza - matka popełniła samobójstwo, rzucając się z balkonu - też miała być per bene. Ale nie była. Ubierała się na czarno i po męsku, sportowo i niedbale. Jeździła na motocyklu. Pracowała w jednym z należących do rodziny kiosków, ale rodzina niewiele o niej widziała. Na przykład nie wiedziała tego, że Diana jest terrorystką.

Terroryzm był przekleństwem Włoch w latach 70. i 80. Prawicowi fanatycy podkładali bomby pod dworce i banki, a sędziowie, policjanci, dziennikarze i politycy ginęli z rąk lewaków. Te 'lata ołowiu' osiągnęły kulminację w roku 1978, gdy Czerwone Brygady porwały i zabiły Aldo Moro - przywódcę chadecji i kandydata na premiera. Jednak w latach 80. Czerwone Brygady zostały pokonane i zakończyły zbrojną walkę. Można by powiedzieć, że u progu XXI wieku terroryzm odrodził się jako farsa. To nie były już te same Włochy - 30 lat wcześniej członków i sympatyków lewackich grup terrorystycznych można było liczyć na tysiące. Młodzi ludzie, robotnicy i studenci, byli przekonani, że zwykłym ludziom dzieje się wielka krzywda. Że zachodnia burżuazja wykorzystuje ich, oszukuje, okrada, wysyła na brudną wojnę do Wietnamu. Ale czas walki klasowej we Włoszech się skończył. Nikt nie miał już ochoty walczyć przeciwko wyzyskowi klasy robotniczej. Tylko garstka młodych ludzi, niczym japońscy żołnierze po wojnie ukrywający się latami w dżungli, nie zdawała sobie z tego sprawy.

Giorgio Bocca, wybitny włoski dziennikarz, który napisał dwie książki o włoskim terroryzmie, podsumował ich krótko: - To ludzie z poważnymi problemami osobistymi. Tyle że zamiast trafić do domu wariatów, założyli zbrojną organizację.

Można by więc mówić o farsie, gdyby nie śmierć w 1999 r. i 2002 r. profesorów Massima D'Antony i Marca Biagiego, cenionych specjalistów, którzy pracowali nad projektem liberalizacji włoskiego kodeksu pracy. Obydwu strzelono w plecy. Do zamachów przyznały się tajemnicze Czerwone Brygady na rzecz Utworzenia Walczącej Partii Komunistycznej. W bełkotliwych, bulgoczących nowomową ulotkach można było przeczytać, że obaj profesorowie zadali cios w plecy ideałom proletariatu. Zabójstwa wzbudziły powszechne potępienie. W 2003 r. policji udało się wytropić nowych brygadzistów, razem ledwie kilkanaście osób. Diana została aresztowana, bo na jej nazwisko wynajęto schowek, w którym nowe Czerwone Brygady przechowywały broń i dokumenty. - Należę do Walczącej Partii Komunistycznej - tylko tyle powtarzała w śledztwie.

Z więzienia pisała do byłego narzeczonego Massima Papiniego: 'Jestem osobiście odpowiedzialna za akcję » Biagi «i jestem z tego dumna. Przyznaję się też do wywłaszczeń [czyli rabunków], działalności fundamentalnej i koniecznej do zbudowania walczącej organizacji komunistycznej. Piszę ci to, żebyś wiedział, z kim masz do czynienia'. Było jeszcze gorzej. O profesorze Biagim Diana wspomniała również w swoich notatkach: 'Chciałabym, żeby przed śmiercią był torturowany'. A potem za akcję 'Biagi' skazali ją na dożywocie. I dołożyli paragraf 41 bis - stworzony dla członków mafii, żeby uniemożliwić im kontakt z organizacją. Ciężki reżim więzienny. Zakaz kontaktów, ograniczenie wyjść na świeże powietrze. Wtedy się załamała. W maju pisała do Papiniego: 'Musisz znaleźć sposób, żebym dostała areszt domowy, bo nie wytrzymam dłużej w tym piekle. Chcę wyjść, muszę wyjść. Przysięgam, że kiedy wyjdę, zabiję się i uwolnię was od swojej obecności, ale tego piekła dłużej nie zniosę!'.

Zaniepokojony Massimo odwiedził Dianę w więzieniu. 'Unicestwiona. To jedyne słowo, które w tym momencie przychodzi mi na myśl... Sama się prześladuje... Chce tylko umrzeć. Poprosiła mnie, żeby przynieść jej coś, co spowoduje szybką śmierć... Prosiła mnie o to wiele razy' - pisał w swoim dzienniku. W celi odwracała się plecami do współwięźniarek, ignorowała adwokatów. Milczała. Czasem tylko zdarzały się jej wybuchy agresji. Psychiatrzy zdiagnozowali zespół stresu pourazowego. Ale nie posłano jej do szpitala. Więzienny psycholog nie dopatrzył się zagrożenia. Wciąż miała nadzieję, że sąd apelacyjny odrzuci wyrok. Przecież już raz się tak zdarzyło, w 2002 r. Była nawet gotowa w takim przypadku pójść na współpracę z prokuraturą. Tym razem jednak sąd wyrok podtrzymał. Kiedy Diana się o tym dowiedziała, zaczęła skręcać prześcieradło.

Nie płakało po niej wielu. Ale byli tacy, dla których 'towarzyszka Diana' stała się ofiarą reżimu. Lewacy, alterglobaliści, byli terroryści. 'Państwowe samobójstwo', 'Zabita przez Państwo Imperialistycznego Mieszczaństwa' - pisali w blogach.

Strażniczka więzienna, która znalazła Dianę, opowiadała dziennikarzom: 'Umarła w moich ramionach. Spojrzałam na nią i po raz pierwszy wydała mi się spokojna'.

Potem odeszła Natuzza. Pierwszego dnia listopada o godzinie 5 rano. Miała 85 lat. W Paravati, kalabryjskiej wiosce, gdzie spędziła całe życie, proboszcz kazał bić w dzwony jak na święto, nie na żałobę. 'Wróciła przecież do domu Ojca' - powiedział. W 1924 r., kiedy Natuzza Evolo się urodziła, Paravati było małym miasteczkiem na samym końcu świata. Kamienne domki, wąskie uliczki cierpliwie wspinające się pod górę. Bliższe podróże odbywało się boso, dalsze - na osiołku.

Kalabria. Bieda, głód, ciężka praca. I żarliwa wiara, która potrzebuje namacalnych znaków. Na przywiązanym do tradycji południu Włoch objawienia maryjne są szczególne częste, a nawet - jak zauważyli sceptycy - wzmogły się w pierwszych latach powojennych wraz z całkiem realnym wówczas niebezpieczeństwem, że władzę w kraju przejmą komuniści.

Natuzza nigdy nie nauczyła się czytać i pisać. W archiwalnej kronice filmowej z 1948 r., która przedstawia ją jako młodą mężatkę, narrator opowiada, że jej ojciec wyjechał do Argentyny, jeszcze zanim się urodziła, bo matka 'była niedobra'. W późniejszym, oficjalnym życiorysie nie ma już o tym mowy: Natuzza heroicznie pomaga samotnej matce w wychowaniu licznego rodzeństwa. W jednym i w drugim przypadku było to dzieciństwo traumatyczne nawet jak na kalabryjskie standardy.

W wieku 14 lat trafia na służbę. I tam zaczynają się z nią dziać tajemnicze rzeczy. Zanosi gościom kawę i pyta panią domu, czemu nie kazała podać kawy również siedzącemu na kanapie księdzu staruszkowi. Obecni robią wielkie oczy, bo nikogo takiego nie widzieli, ale gdy Natuzza opisuje staruszka, dochodzą do wniosku, że to ich nieżyjący krewny.

I od tej pory zawsze już tak było. Natuzza widywała zmarłych, przekazywała żywym wiadomości od nich. Rozmawiała z Madonną. Zdarzało jej się też bywać w dwóch miejscach jednocześnie. A w Wielkim Poście na jej ciele pojawiały się krwawe ślady. Ale nie zwykłe stygmaty, o nie. Natuzza krwią rysowała. W filmie z 1948 r. na oczach gromadki pilnie notujących dziennikarzy wsadza sobie bawełnianą chusteczkę za dekolt. Po chwili ją wyciąga i na chusteczce powoli wykwitają krwawe obrazki - a to symbol hostii, a to Madonna i Jezus Chrystus nakreśleni nieporadną dziecięcą ręką. Narrator dodaje z emfazą, że nieszczęsna Natuzza nie mogła nawet wykarmić piersią swoich pięciorga dzieci, cierpiąc wciąż z powodu krwawień.

Z takimi ludźmi bywa różnie - jedni wprawiają w zakłopotanie kościelne władze, buntują się przeciw ich nakazom. Ojciec Pio, najsłynniejszy włoski stygmatyk, podczas swego długiego życia znalazł się w niełasce kilka razy. Inni żyją z Kościołem w harmonii. Z Natuzzy biskupi byli szczególnie zadowoleni - kiedy na początku nie byli przekonani do jej nadzwyczajnych umiejętności, zabronili jej przyjmować wiernych, którzy chcieli usłyszeć wieści o swoich drogich zmarłych czy prosić o uzdrowienie z choroby. I posłuszna kalabryjska wieśniaczka wypełniła ich rozkaz. W filmie z lat 80. Natuzza mówi cicho, uśmiechając się nieśmiało: 'Jestem tylko robakiem, pokorną służką Pana'.

Na zdjęciach z ostatnich lat życia wygląda jak zwyczajna kalabryjska babcia. Za duże okulary, ondulowana fryzura jak u wszystkich babć, bezkształtne garsonki i rozdeptane buty. Tylko wzrok ma trochę nieobecny. Żegnało ją 30 tysięcy wiernych. W deszczu. Honorową wartę przy trumnie trzymali karabinierzy, policja oraz policja skarbowa w galowych mundurach. Obrządkowi przewodniczyło sześciu biskupów. Burmistrzów przepasanych trójkolorowymi wstęgami trudno było zliczyć. Kondolencje złożyli włoscy komuniści, podkreślając, że Natuzza 'robiła wiele dla najsłabszych i najuboższych'. Do grobu Natuzzy każdego dnia pielgrzymują setki wiernych. W Facebooku puchnie od podpisów petycja, by Natuzza natychmiast została świętą. 'Kochana mamusiu Natuzzo' - tak zwracają się do niej facebookowicze, prosząc o modlitwę, o wsparcie, o ochronę. Biskup już planuje kroki, które mają doprowadzić do jej beatyfikacji. Jak ojciec Pio, do którego często jest porównywana, Natuzza oprócz pociechy duchowej pozostawiła lokalnej społeczności także materialną spuściznę; jemu Madonna kazała zbudować szpital, jej - sanktuarium Villa della Gioia z domem starców i hospicjum, w którym umarła.

Nie wszyscy uważają, że Natuzza była święta. Dla włoskiego stowarzyszenia racjonalistów jej ekstatyczne transy to 'znane w psychopatologii stany depersonalizacji'. Ale im bardziej na dół włoskiego buta, tym sceptyków mniej.

A ostatnia była Alda. Pierwszego dnia listopada o wpół do szóstej po południu zmarła w szpitalu onkologicznym w Mediolanie. Miała 78 lat. Włoskie media ogłosiły z tej okazji, że Alda Merini była najwybitniejszą włoską poetką XX wieku.

Zadebiutowała jako licealistka, w wieku 16 lat, wprawiając krytyków w zachwyt. Mowa o poezji, więc oddaję głos poecie Jarosławowi Mikołajewskiemu, który pisał o niej w 'Wysokich Obcasach' i tak zrecenzował jej najsłynniejszy tomik 'Ziemia Święta' z 1984 r.: 'Książka zawierała czterdzieści utworów - krystalicznie czystych, kategorycznych jak wyrok. I prostych - poczynając od tytułu, wszystkie metafory natychmiast objawiały konkretne znaczenia. Ziemią Świętą był szpital psychiatryczny, narodem wybranym byli pacjenci, faryzeuszami lekarze. Ale w ustroju tej ziemi tkwił jakiś bolesny defekt. Ludzie otrzymywali prawa, których nikt nie rozumiał, Mojżesz odmawiał pokazania kamiennych tablic, Chrystus był jednym z wariatów, zmartwychwstanie okazywało się tylko chwilowym cudem. Żydzi byli prześladowani za podstawowe instynkty życiowe, zatrzymywani w swoim rozwoju na granicy posłusznych i statecznych gestów; kohorty lekarzy skradały się » atłasowym krokiem «, żeby robić zastrzyki lub aplikować elektrowstrząsy. W magmie tego otępiałego narodu, poddany tym samym niepojętym prawom, czaił się świadek gromadzący nie tylko w pamięci, ale i w kościach, we krwi, materiał na epicki gryps z domu wariatów'.

Zobacz więcej na temat:

Podziel się