Po przeczytaniu
wywiadu w ostatnich WO z lekarzem, który opowiadał o tzw. antykoncepcji po, chciałam się podzielić własnym doświadczeniem.
Zorientowałam się po ok. 38 godzinach od pominięcia pierwszej pigułki, pojawiło się ryzyko ciąży, co wie każdy, kto czyta ulotki dołączone do tabletek antykoncepcyjnych. W pierwszym odruchu zaczęłam rezerwować wizytę u ginekologa na następny dzień, poniedziałek. Mój chłopak namówił mnie jednak na to, żebyśmy spróbowali jeszcze tego wieczoru (a raczej w nocy - była 23.30) znaleźć lekarza, który wypisze receptę. Lekarze wymienieni na stronie, która głosi, że mam 72 godziny, nie odbierali telefonu, a na stronie są oni wskazani jako lekarze dyżurni (tak przynajmniej zrozumiałam). Pojechałam więc do prywatnego szpitala, który prowadzi dyżury nocne. Pani na recepcji poinformowała mnie, że ani internista ani chirurg nie wypiszą mi tabletki "poronnej", nawet po telefonicznej konsultacji z ginekologiem (a taka jest w ofercie szpitala w trakcie dyżuru nocnego). Pojechałam na Madalińskiego (bo specjalistyczny i rodzi po ludzku). Pani doktor poinformowała mnie, że NIKT w szpitalu PAŃSTWOWYM nie wypisze mi "takiej" recepty.
Odbiłam się jeszcze od drzwi dwóch innych szpitali. W tym czasie mój chłopak nadal bezskutecznie próbował zadzwonić pod wszystkie znalezione w Internecie numery, które opisane były "ginekolog 24h". Nikt nie odebrał.
Rano pojechałam do pracy. W czasie lunchu wyszłam na umówioną przez Internet wizytę. Receptę dostałam po minucie od wejścia do gabinetu z odpowiednim pouczeniem, ale bez oceniania.
Wiem, może spanikowałam, ale też wiem, że im więcej mija czasu, tym ryzyko ciąży większe.
Nie wiem natomiast jaka jest różnica między szpitalem państwowym, a gabinetem prywatnym w odniesieniu do leku który jest legalny. Nie wiem też, dlaczego w szpitalach pracują osoby, które o "antykoncepcji po" wciąż mówią że jest to tabletka poronna.