Większość dóbr i wygód zdobyłam, stosując handel wymienny - walutą był mój czas lub niepotrzebne mi rzeczy. Przez tydzień kupiłam jedynie przecenione bułki i jogurt, kapustę, sok, raz bilety na tramwaj, kiedy za zimno było na rower
Najważniejsze to znaleźć miejsce do spania. Na początek zawsze można wrócić do rodziców, choć to łatwizna i tak naprawdę nie o to chodzi (znów zaczną się kłótnie o późne powroty do domu). Chyba że rodzice (czy też znajomi) wyjadą i poproszą o opiekę nad mieszkaniem: pilnujesz chaty, wyjmujesz listy ze skrzynki i podlewasz rośliny, a przy tym masz gdzie spać i się umyć. Ale tak komfortowa sytuacja zdarza się rzadko, warto więc w czasach kryzysu znać inne możliwości darmowego spania. Ponieważ noclegownia przy schronisku św. Brata Alberta wydawała mi się doświadczeniem nazbyt ekstremalnym, zaczęłam od szukania w Trójmieście squatu. Niestety, oblatana w tych klimatach Iwona, przyjaciółka squatterka od kilku lat pomieszkująca w ten sposób w Londynie, szybko pozbawiła mnie złudzeń: w żadnym z trójmiejskich pustostanów squat nie funkcjonuje. Jeszcze do zeszłego roku można było tak określić Kolonię Artystów działającą na byłym terenie gdańskiej stoczni - w pracowniach mieszkali nie tylko sami twórcy, ale okazjonalnie także ich przyjaciele czy goście z innych miast. Stoczniowy obszar stanie się Młodym Miastem, reprezentacyjną dzielnicą Gdańska. Iwona kontaktuje mnie więc z Olą Polańską, trójmiejską couchsurferką.
Couchsurfing (dosłownie: serfowanie po kanapach) to nie tylko sposób na tanie zwiedzanie świata, to także cała filozofia. - Absolutnie nie możesz traktować domu kogoś, kto cię zaprasza, jak hotelu, że przychodzisz wieczorem, śpisz, rano zmykasz na miasto. To niedopuszczalne - tłumaczy mi Ola, studentka wnętrzarstwa w gdańskiej ASP. - Podstawową zasadą couchsurfingu jest wymiana - nie tylko miejsc do spania, ale także czasu i przyjaźni, które dajesz w zamian. Aby zostać 'kanapowym surferem', logujesz się na stronie www.couchsurfing.com, wpisujesz: nazwisko, wiek, zawód, zainteresowania, a także czy jesteś gotowy zaprosić do domu innego couchsurfera. Z nadzieją pytam, czy couchsurfuje się też w obrębie Trójmiasta. - Szczerze mówiąc, nie słyszałam o tym - przyznaje Ola. Na szczęście przez Iwonę poznaję Agę z Zaspy. O couchsurfingu słyszała, ale - jak mówi - nie zalogowała się jeszcze na stronie, bo wciąż trochę się waha. - To superidea, ale mieszkam z rodzicami i oni nie są zachwyceni wizją obcych ludzi snujących się po domu - tłumaczy. Zaprasza mnie jednak w ramach testu. Śpię na karimacie w jej pokoju, pół nocy gadamy o podróżach. Rano jemy śniadanie z jej rodzicami, a przy kawie proponują mi spanie na kolejną noc. Zgadzam się z radością, ale zaznaczam, że w zamian zrobię kolację.
Pasztet z grochu i kapuśniak w Caritasie
Z bezpłatnym wyżywieniem sprawa wygląda znacznie trudniej. Swój darmowy tydzień zaczynam od sprawdzenia okolicznych sklepów. Efekty? Więcej niż słabe. Na Zachodzie freeganie, ludzie nie tylko z potrzeby, ale głównie dla idei ograniczający ilość kupowanych produktów (żeby nie nakręcać spirali konsumpcji, maksymalnie wykorzystać recykling, a przez to żyć ekologicznie), żyją z tego, co wyrzucą inni, także z żywności na granicy przeterminowania wystawianej przez sklepy na śmietnik. Na osiedlu mam dwa supermarkety. Zaczynam od Grosza. Nerwowo kręcę się między półkami, układając w głowie pytania do sprzedawczyni: 'Co robicie z dżemem, którego data ważności minie jutro? A z czerstwym chlebem? Może są wczorajsze serki?'. Odważam się zaczepić panią z plakietką 'Kierownik sklepu'. - Nie możemy oddawać czy wyrzucać produktów, których przydatność do spożycia przekroczyła datę ważności. Sanepid na to nie pozwala - tłumaczy kierowniczka. - Gdy pozostaje dzień, dwa do przekroczenia tej daty, możemy towar przecenić nawet o 70 proc. O, proszę - teraz mamy jogurty po 30 groszy. Ale za darmo przeterminowanego towaru, nawet na pani odpowiedzialność, nie możemy oddać. A jak się pani zatruje?
Jestem wprawdzie przekonana, iż dżem, ser, cukier albo i chleb, których data ważności minęła ledwie wczoraj, nie zwaliłyby mnie z nóg, ale skoro jest tylko jogurt - dobre i to. Wydaję 60 groszy na dwie malinowe jogobelle, w sąsiedniej piekarni dokupuję jeszcze wczorajsze bułki po 15 groszy. Przy okazji załapuję się na ankietę pod hasłem 'Jakość obsługi i towaru w państwa sklepie', po której wypełnieniu można częstować się kruchymi ciasteczkami. Nie zważając na spojrzenia, sięgam pełną garścią - solidnie burczy mi już w brzuchu. Zaglądam jeszcze do Zatoki. Tu kupuję promocyjny napój jabłkowy w litrowym kartonie za 1,50 zł, a w nabiale trafi mi się degustacja serów. Hostessa podaje na tacy miniaturowe kawałeczki fety, kwadraciki goudy i masdamera. Jej zawodowy uśmiech blednie, gdy po raz czwarty sięgam po wykałaczkę z nabitą kostką sera.
Lepszym rozwiązaniem okazuje się wizyta na pobliskim targowisku. Rynek działa codziennie, kończy się ok. godz. 14. Gdy sprzedawcy zaczynają się zwijać, pytam jednego z nich o kilka ziemniaków, które mu zostały. - Może se pani wziąć - mówi nawet niezdziwiony. Dorzuca jeszcze dwa lekko obite jonagoldy i samotnego selera. Czując, że jestem cała czerwona, dziękuję mu i zmykam. Obserwuje mnie gruba baba w różowym berecie. - Może chce pani tę ostatnią kapustę i trochę marchwi, tu, przy końcu trzeba ją przyciąć, ale ogólnie dobra? - pyta. - Ale da pani zeta, zupełnie za nic nie mogę oddać.
Daję więc złotówkę i już mam wracać, gdy mój wyostrzony głodem wzrok przykuwają leżące pod sąsiednim straganem dwie cebule. Schylam się, a wtedy gość pakujący do wora fasolę i inne strączkowe bez słowa podaje mi torebkę grochu. Mówi tylko, że w sobotę jest więcej towaru, więc coś mi odłoży.
Uśmiecham się z wdzięcznością. Mam materiał na kolację u Agi. Gotuję zupę, a z grochu i marchwi robię wegetariański pasztet. Do tego mamy wczorajszy chleb za 60 groszy - i jeszcze śniadanie z głowy. Na warzywach ciągnę jeszcze jeden dzień, szybko przekonuję się też, że większość sklepowych promocji odbywa się w weekendy. Postanawiam więc sprawdzić lokalny Caritas. Codziennie o godz. 12.45 w jego sopockiej stołówce wydaje się 200 posiłków dla ubogich. Nikt nie pyta, kim jestem, bez problemu dostaję solidny dwudaniowy obiad: kapuśniak i krokiety ziemniaczane z pieczenią rzymską i surówką. Zimno i 40-minutowa jazda na rowerze sprawiają, że mój apetyt sięga sufitu. Zajęta jedzeniem nie zwracam nawet szczególnej uwagi na siedzącego obok i głośno siorbiącego zupę zarośniętego pana w brudnym płaszczu.
Ubodzy i bezdomni mogą też pożywić się na Dworcu Głównym w Gdańsku. W każdą niedzielę dwa wielkie kotły zupy przywożą tu aktywiści ruchu Food Not Bombs (Jedzenie Zamiast Bomb). - Na stałe jest siedem--osiem osób plus kilkunastu przyjaciół i sympatyków - mówi Michał Błaut, od ośmiu lat związany z gdańskim oddziałem FNB. - W różnych mieszkaniach, komu to akurat pasuje, co sobotę gotujemy 40-50 litrów zupy. Warzywa czasem dostajemy na giełdzie, czasem kupujemy ze składek. Zupę rozdajemy jesienią i zimą. Gdy robi się ciepło, bezdomni tu nie przychodzą. Teraz też jest ich mniej. Firma ochroniarska ich przegania z dworca, my też musieliśmy wynieść się z budynku, serwujemy zupę na ulicy. Kiedyś przychodziło na nią nawet 50 osób: biednych, emerytów, głównie mężczyzn, choć przez jakiś czas zjawiała się też cała rodzina. Słyszałem, że teraz w jakimś mieście w akcję włączyli się właściciele arabskich knajpek, rozdają falafele zamiast bomb. Za pomoc przy rozlewaniu zupy dostaję jej drugą miseczkę. Przydaje się, bo dzień dziś mroźny. Gdybym wzięła ze sobą słoik, jak ta para starszych ludzi, miałabym jeszcze grochówkę na kolację.
Trochę kultury
Najprostsze okazuje się bezpłatne uczestnictwo w kulturze. W wygodnym fotelu osiedlowej biblioteki (uprzejma bibliotekarka sama proponuje herbatę) przeglądam nie tylko bestsellerowe nowości, ale także gazety. Stąd wiem, kiedy i gdzie odbywa się jaki wernisaż, koncert czy spotkanie z poetą (zazwyczaj towarzyszy mu poczęstunek), na które wstęp jest wolny. Dziś wybieram się na otwarcie wystawy grupy Krecha do Nadbałtyckiego Centrum Kultury i 'Obsesję papieru' do Żaka. Wcześniej jednak trzeba zadbać o wygląd. Robię więc szybki tour po okolicznych drogeriach i aptekach. Tu nie mam oporów w proszeniu - w końcu zanim kupię krem za 98 zł, mam prawo go przetestować. Ekspedientki, czasem niechętnie, czasem samorzutnie, dają mi w końcu tyle próbek markowych kremów i szamponów, że starczy na co najmniej dwa tygodnie, gorzej z pastą do zębów - wśród moich łupów jest tylko jedna tubeczka Colgate Whitening. Z darmowym makijażem też nie ma problemu. W większości galerii handlowych odbywają się pokazy malowania. Wystarczy zażyczyć sobie makijaż dzienny, na popołudniowe wyjście lub wieczorowy, by blada, zimowa twarz nabrała kolorów. Z połyskującymi srebrem powiekami (makijaż wieczorowy) i bladymi ustami, pachnąc na kilometr Naomi Campbell Cat Deluxe AT Night z testera, jadę (tym razem wyjątkowo tramwajem, co w obie strony kosztuje 5,60 zł) do NCK. Wystawa, owszem oryginalna, ale dla ciała jest tylko wino. Dobre i to. Lepiej trafia się w Żaku, który od dawna słynie z dobrej kuchni. Wykorzystują to starsi panowie, stali bywalcy wernisaży charakteryzujący się tym, że najpierw długo okupują bufet, dopiero potem rzut oka poświęcają wystawie. Dziś od razu do nich dołączam. Ten z odwiecznym parcianym chlebakiem podaje mi koreczki z sera i oliwek, siwy w marynarce przysuwa paluszki i miskę mandarynek. Okazuje się, że to nie wszystko. Clou wieczoru stanowi gęsty, znakomity gulasz pani Tereski. Wprawdzie zarezerwowany jest dla VIP-ów (znanym tylko im hasłem, które należy szepnąć przy barze, jest po prostu 'gulasz'), ale wystarczy niewzruszona pewność siebie, z jaką mówię: 'Dla mnie to samo co dla pana', by dostać pełen talerz świetnej potrawy.
Bezpłatnie można oglądać wystawy także po wernisażu. Tak dzieje się w większości małych galerii, do większych placówek, w tym muzeów, obowiązuje jeden dzień wstępu wolnego w tygodniu. Do sporej części klubów panie do godz. 22 wpuszczane są bezpłatnie, bywają też darmowe koncerty. Większe koncerty zazwyczaj są jednak biletowane. W Żaku pytam, czy w zamian za posprzątanie po imprezie, ustawienie krzeseł itp. mogę na występ Voo Voo wejść za darmo. - To się u nas nie zdarza - mówi Borys Kossakowski, odpowiedzialny za organizowanie koncertów. - Chyba że pracujesz w obsłudze technicznej klubu. Ale mamy też taką fuchę dla studentów - można za darmo oglądać filmy podczas ostatnich seansów, trzeba tylko pilnować, czy ludzie na widowni nie palą, a na koniec zamknąć kino. - NCK często współpracuje z wolontariuszami - mówi z kolei Larry Ugwu, szef Nadbałtyckiego Centrum Kultury. - Za pomoc przy przygotowaniu imprezy wstęp na nią mają za free.
Ciuchy, książki, sofy
Udało mi się nawet odświeżyć garderobę. Znajoma Agi zaprosiła nas na domowy swap, czyli bezgotówkową wymianę ciuchów. Za trzy czerwone, do cna znudzone już bluzki dostałam jedną turkusową i dwie czarne plus zestaw koralikowych bransoletek). Takie imprezy regularnie odbywają się w sopockim klubie Lalala. Po niełatwych dwóch dniach zdobywania doświadczeń życie za darmo wchodzi mi jednak w krew. Na stronach gumtree.pl i za0.pl znajduję ludzi oddających tylko za transport (tu swoją terenową toyotą służy kolega Piotrek) karton książek (wśród nich trafiam na ulubionego Salingera i Margaret Atwood), bordową sofę w dobrym stanie (przydaje się znajomym Piotrka) albo ubranka dla dzieci. Intrygujące wydają się też propozycje wymiany, np. nauka angielskiego za hiszpański lub za lekcje salsy. Konsumpcję ogranicza się dziś także ze względu na ekologię. Na zeszłorocznych Gdyńskich Dniach Designu grupa młodych projektantów z Politechniki Poznańskiej przedstawiła projekt Thumbrider - zalogowani na stronie Thumbridera uczestnicy umawiają się na wspólną jazdę w tym samym kierunku, dzieląc się kosztami benzyny i opłat parkingowych.
Mój eksperyment z życiem (prawie) za darmo całkiem sporo mnie jednak kosztował: wielogodzinne łażenie w poszukiwaniu żywności, stres, wstyd. Wiem, że nie zabrzmi to odkrywczo, ale człowiek, który ma gdzie mieszkać, co zjeść i w co się ubrać, nawet nie zdaje sobie sprawy, jak trudno może być, gdy tego wszystkiego nagle zabraknie. Ja na szczęście miałam w odwodzie własny dom. Ale moim celem nie było wcielenie się w osobę bezdomną, tylko maksymalne ograniczenie kosztów życia. I to się udało.