Nie chcę wynoszenia na piedestał za to, że w tych tzw. trudnych czasach urodziłam pięknego synka. Nie żądam kwiatów, owacji, państwowej pomocy. Nie chcę, żeby ktoś wczuwał się w moją sytuację i nie musi to być pan w ładnym garniturze pracujący w rządzie. To nic, że nie ma miejsc w żłobku, da się to przeboleć. A jeżeli będą, to wspaniale. Zimą również można chodzić w jesiennych butach i być szczęśliwym. Bardzo kocham mojego synka, on wynagradza mi wszystkie niedociągnięcia życiowe.
Jednak czasem robi mi się przykro. Kiedy? Przy prozaicznej czynności, jaką jest wsiadanie z wózkiem do autobusu lub tramwaju. Szkoda, że wszyscy depczą mi wtedy po kółkach i kopią wózek, gdy próbuję pokonać drzwi autobusu. Muszą przecież zdążyć wsiąść, a ja im przeszkadzam. Przykro mi, że chłopak stojący obok mnie na przystanku, kiedy tylko się zorientuje, że będę chciała go poprosić o pomoc, odwraca się plecami, a gdy tramwaj przyjeżdża, cieszy się, że wsiadł sam, bez niczyjej pomocy, nikomu też nie pomagając, bo po co. I tu - chociaż czuję, że się strasznie poniżam (chociaż niby dlaczego?) - będę żądać pomocy. Bo jestem, niestety, zdana na was, ludzie...