http://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09googleB.gifhttp://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09googleB.gifhttp://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09google.gif

Moje dziecko urodziło się innym rodzicom - rozmowa o adopcji

Rozmawiała Aneta Górnicka-Boratyńska. Rysunki Piotrka pochodzą z książki "Wieża z klocków", Media Rodzina, Poznań 2001
15.03.2002 , aktualizacja: 13.03.2002 11:40
A A A Drukuj
Wzięłam do domu dziecko łysiejące i dropiate, w dodatku z chorobą sierocą - zanim zasnął, naprężał całe ciało, zgięty w łuk, toczył głową. Przez pierwsze dni prawie cały czas płakał, prawie nie umiał mówić. Całowałam go, przytulałam, choć na początku wyrywał się, drapał, gryzł. Był jak jeż. Aż go oswoiłam. Zrobił się różowiutki, gładziutki i łasy na całuski - mówi Katarzyna Kotowska, mama Piotrka i autorka książek o adopcji.

Fot. Jacek Marczewski / AG
ZOBACZ TAKŻE
RAPORTY
Dlaczego zdecydowała się Pani na adopcję?

Trzeba zacząć od czasu, kiedy się nie ma dziecka, chociaż bardzo chce się mieć. Trzeba ten czas przeżyć, właśnie przeżyć, bo żadne spychanie, wypieranie nie działa. To niesłychanie samotny czas, bo o wiele łatwiej jest się dzielić z innymi radością niż smutkiem. Brak dziecka odbierałam jako największą porażkę swojego życia. Ludzie na ogół narzekają na nadmiar dzieci; bezdzietność nie jest oswojona, nie mówi się o niej, nie ma wzorców zachowań. Wiadomo, że są tematy, których się nie porusza przy kimś, kto przeżywa żałobę. Jak się nie ma dzieci, jest się wystawionym na strzał: na wścibskie pytania, na głupie rady. Poza tym otoczenie przyjmuje, że to zawsze kobieta nie może urodzić dziecka, że to ona jest "winna", a przecież przyczyny bezpłodności zdarzają się równie często po stronie mężczyzny, bywa, że w ogóle nie ma żadnego medycznego powodu.

Kiedyś nie mogłam patrzeć na żadne dzieci. Nie przychodziłam nawet na chrzciny w rodzinie.

Na przeżycie bólu bezpłodności trzeba dać sobie czas. Ten ból wciąż jest we mnie, choć inaczej, bo odkąd adoptowałam Piotrusia, mam czym zająć myśli.

Piotruś jest z Panią już pięć lat. Wciąż czuje się Pani kobietą bezdzietną?

W jakiejś mierze tak. Może nie bezdzietną, bo mam syna, ale (nienawidzę tego słowa!) bezpłodną, taką, która nie urodziła dziecka. Bycie matką to długi proces, ale ma swoje kamienie milowe - pierwszy to okres, kiedy dziecko jest w brzuchu. To czas wyjątkowy, dlatego że nikt tej kobiety wtedy nie może zastąpić. Tego czasu nie dostałam od losu. Mnie można zastąpić. Mamą Piotrka mogła być którakolwiek pani z kolejki. Oczywiście, staram się myśleć, że to właśnie miałam być ja.

Zawsze wiedziałam, że chcę mieć dziecko. Mam dwóch braci, wzorem radosnego macierzyństwa jest moja mama, lekarz pediatra - była zawsze zapracowana, ale wiedzieliśmy, że jesteśmy dla niej najważniejsi. Nie dostałam tego, co zgodnie z prawami natury nam się należy. Jestem ślepą uliczką. Taka lekcja pokory. Trudna.

Mówi Pani, że była Pani bardzo samotna. A mąż?

Był ze mną cały czas, ale przeżywał to chyba inaczej. Rodzicielstwo jest czym innym dla kobiety i dla mężczyzny. Ojcostwo jest zawsze aktem wiary. Kobieta w tym uczestniczy, bo wszystko zaczyna się w jej ciele.

Jak długo próbowaliście mieć własne dziecko?

To są lata. Było coraz bardziej nerwowo. Do każdej decyzji trzeba dojrzeć.

To był też czas lekarzy. Kobieta idzie do ginekologa, a mężczyzna do androloga. Ginekologiem może być mężczyzna albo kobieta, andrologiem może być tylko mężczyzna, bo pacjenci mogliby się krępować. My się nie możemy krępować. Spotkałam wspaniałych lekarzy, którzy starali się pomóc, ale traktowali mnie trochę jak przedmiot. A przecież inna jest sytuacja, gdy przychodzę z bolącym zębem, inna, gdy z bezpłodnością.

Nie zdecydowaliście się na sztuczne zapłodnienie?

Medycyna podpowiada nam różne rozwiązania, ale tak to robi, że tracimy z oczu ich prawdziwy sens.

Jeśli kobieta nie może zajść w ciążę ze swoim mężczyzną, proponuje się jej rureczkę z nasieniem. Anonimowe nasienie z banku spermy. I tyle. Zabieg jak każdy inny. Niektórzy lekarze mówią nawet, że można męża nie zawiadamiać, bo dobiorą dawcę do niego podobnego.

Ja nie mówię, że tego nie wolno robić, nie. Ja wiem najlepiej, jak strasznie silne jest pragnienie, żeby mieć własne dziecko. Od samego początku, od kiedy rośnie w brzuchu, mieszka tam sobie w środku. Ale przecież ta rureczka znaczy dużo więcej. Ja, wiążąc się z moim mężczyzną, decyduję, że on będzie ojcem moich dzieci. Dawniej, kiedy nie było rureczki, kobieta musiała iść z innym facetem do łóżka, ale wtedy wiedziała, co robi, a teraz medycyna to zaciemnia. Można złamać każdą przysięgę, lecz trzeba mieć świadomość, co się czyni.

Nie zdecydowaliśmy się na zapłodnienie in vitro z wielu przyczyn, nie tylko moralnych. Moja przyjaciółka, która jest ginekologiem, opowiedziała mi krok po kroku, jak wygląda ta procedura. Wysłuchałam wszystkiego, wstałam od stołu, poszłam do łazienki i zwymiotowałam. Wiedziałam, że się do tego nie nadaję.

I wtedy zgłosiła się Pani do domu dziecka.

Skierował mnie tam ośrodek adopcyjny. W domach dziecka na ogół pracują wspaniali ludzie (poznałam sprzątaczkę, która zarabia grosze, a codziennie częstuje pomarańczą jedno dziecko), ale formy życia zbiorowego nie nadają się dla małych dzieci. Tak to postanowiła natura, że rodzi się jedno, czasami dwoje dzieci, a nie trzydzieścioro. Na taką grupę przypada pięć kobiet, które się wciąż zmieniają. Dzieci wychodzą na spacer, trzymając się sznurka z pętelkami, na nocnikach siedzą do skutku wszystkie jednocześnie, wieczorem pakuje się je do łóżek ze szczebelkami, jak do klatek. Każde dostaje przytulankę, codziennie inną, nikt nie ma własnej, potem pani gasi światła. Jak któreś płacze, to płacze, aż przestanie. Jak marudzi za głośno, pani wchodzi do pokoju i klaszcze.

Piotruś przez ponad dwa lata nie miał ulubionej przytulanki i panicznie bał się klaskania. Kiedy go zabieraliśmy do domu, za nic nie chciał wsiąść do samochodu, bo samochód przywiózł go do domu dziecka.

Małe dzieci z domów dziecka nie dają się przytulić, ukoić, nie znają tych kodów. Piotrek miał dwa lata, gdy go adoptowałam, i nie wiedział, o co mi chodzi. Musiałam go uczyć kontaktu cielesnego, i to strasznie długo trwało.

Poza tym dzieci, zwłaszcza te starsze, są bardzo brzydkie.

Brzydkie? Na to chyba nie ma wpływu dom dziecka

Owszem, bo są brzydkie z niekochania i niezadbania. Człowiek kochany pięknieje. One nie mają dla kogo być piękne, nie mają dla kogo mądrzeć. Bez miłości więdną.

Piotrek nawet łysiał ze smutku, nie było żadnej medycznej przyczyny i nie leczyłam go, a po miesiącu wszystkie włosy mu odrosły. Wzięłam do domu dziecko łysiejące i dropiate, w dodatku z chorobą sierocą - zanim zasnął, naprężał całe ciało, zgięty w łuk, toczył głową. Przez pierwsze dni prawie cały czas płakał, prawie nie umiał mówić. Całowałam go, przytulałam, choć na początku wyrywał się, drapał, gryzł. Był jak jeż. Aż go oswoiłam. Zrobił się różowiutki, gładziutki i łasy na całuski.

Czy powie mu Pani prawdę?

Mit o niemówieniu bierze się z niedojrzałości rodziców. My o tym często rozmawiamy. Po to napisałam "Jeża".

Bycie matką jest długotrwałym procesem, mówię Piotrusiowi: "Najpierw była jedna mama, potem druga mama". Nie należy mówić o matce biologicznej "jakaś pani", bo kobieta, która urodziła dziecko, jest matką.

Prawda jest najbardziej potrzebna dziecku. Nie wierzę w kłamstwo doskonałe, to się wyda na pewno - wcześniej niż później. Jeśli nie chcę o tym z nim mówić, daję dziecku sygnał, że coś jest nie tak. Jak o tym rozmawiamy, wszystko staje się oswojone, jasne, normalne.

Ja swoją bezdzietność mam oswojoną. W najtrudniejszej sytuacji jest Piotruś, bo jeśli jego ktoś nie chciał, to może myśleć, że on zawinił. Przecież nic nie rozumie z sytuacji dorosłych, którzy sobie nie poradzili. To wszystko trzeba rozplątywać.

Nie będzie chciał poznać swojej biologicznej matki?

Będzie. Ja bym na jego miejscu chciała. I to jest jego święte prawo, choć na razie jest jeszcze na to za mały. Łatwo stworzyć mityczny obraz tamtej matki - zalety tam, gdzie ja mam wady. Gdy ją pozna, albo się rozczaruje i będzie musiał sobie z tym poradzić, albo mu się uda nawiązać z nią kontakt i będzie miał jeszcze kogoś bliskiego.

Niemal wszyscy rodzice adopcyjni chcą małe dziecko, najlepiej niemowlę. Pewnie także dlatego, że wtedy fakt adopcji łatwiej ukryć.

Na pewno. Poza tym im dziecko starsze, tym bardziej prawdopodobna staje się sytuacja, której rodzice biologiczni nigdy nie zaznają: że mogą zostać odrzuceni, że nie spodobają się dziecku i ono im to okaże. Dwulatek zwieje. Siedmiolatek powie: "Nie jesteś wcale podobna do mojej mamy" i kopnie albo ugryzie. I tego ludzie się boją...

Pani też się tego bała?

Oczywiście.

Ludzie boją się też genów, że bez względu na to, co zrobią, ich syn będzie alkoholikiem albo przestępcą...

Wiem, wiem, że tego się boją! W książce opisałam sytuację, która mi się przydarzyła: gdy spotkałam sąsiadkę, powiedziała szeptem: "A to nie lepiej było, pani Kasiu, wziąć dziewczynkę? Dziewczynka najwyżej k... zostanie, a ten, jak dorośnie, może siekierę weźmie i was zarąbie? A pijakiem to już na pewno będzie!".

Więc wiem, czego się boją! Ale to bzdura!

Naukowcy wyliczają, ile zależy od genów, ile od wychowania. Ja patrzę na grupę przedszkolną mojego syna i widzę dwadzieścioro wspaniałych dzieci, z których wyrośnie może trzech fajnych dorosłych. Wiedza, wrażliwość, wyobraźnia - to wszystko zależy od pracy rodziców. W każdym dziecku tkwi ogromny potencjał, cała sztuka to dostrzec i pomóc go rozwinąć.

Oczywiście - wiele rzeczy jest w genach, na przykład temperament. Mój Piotrek ma nie jeden napęd, ale cztery, jak biegnie, to w trzech kierunkach naraz. Nie umie nie trzasnąć drzwiami. Wszystko, co robi, robi "na maxa", a potem dosłownie pada, kładzie się tam, gdzie stoi, żeby odpocząć. I tego nie zmienię w żaden sposób. Najwyżej mogę to ucywilizować.

Alkoholizm jest w genach? Niby jest. Ale czy ludzie z porządnych domów nie zostają alkoholikami? Jeśli Piotruś będzie wiedział o takim zagrożeniu, może z tym walczyć. U nas w domu w ogóle się nie pije. Rodząc dziecko, też nie ma się pewności, jakie geny dojdą do głosu. W "Wieży z klocków" opisałam, kobietę z głęboko upośledzonym chłopcem, który "szedł w aureoli jej miłości". Gdzie jest powiedziane, że moje dziecko urodziłoby się piękne i doskonałe? Uświadomiłam sobie, w jak luksusowej sytuacji byłam - oglądałam swoje dziecko już "gotowe". Gdyby coś mnie w nim zaniepokoiło, mogłam powiedzieć "przepraszam", wyjść i nie czuć się potworem. Tamta kobieta nie miała takiego wyboru.

Jak długo Pani czekała w kolejce na dziecko?

Od zgłoszenia się do ośrodka adopcyjnego do poznania Piotrka minęło tylko dziewięć miesięcy, o ironio, ale niektórzy czekają kilka lat. Mnie potraktowano ulgowo ze względu na wiek - byłam już dobrze po trzydziestce.

Dzieci są, tylko mają na ogół niejasną sytuację prawną. Czas oczekiwania zależy od tego, ile trwa pozbawianie rodziców praw rodzicielskich. Ludzie, którzy chcą wziąć dziecko, boją się tej nieuregulowanej sytuacji. Ja też bym się bała tego, że przyjdzie kiedyś naturalna matka i powie: "A ja jestem mamą Piotrusia".

Nie wiem, dlaczego sprawy dzieci ciągną się w sądach latami. Ja mogę czekać pięć lat. Ale pięć lat w perspektywie dwulatka to cała epoka, strasznie ważny kawałek życia, w którym kształtuje się niemal cała jego psychika.

Trzymając takie dzieci w domu dziecka, morduje się je. Oczywiście, że takie sprawy wymagają dużej ostrożności, ale wolałabym, żeby sędziowie popełnili kilka błędów i wszystkie dzieci poszły do ludzi, niż żeby tkwiły w domach dziecka - jeśli mamusia przez rok nie dała znaku życia, to trzeba jej to dziecko już odebrać. Powinno pójść przynajmniej do rodziny zastępczej, najważniejsze, żeby była mama, tata i nawet zbyt liczna rodzina. Tyle rządów mówi o likwidowaniu domów dziecka i nic się nie zmienia.

Rodzice często nie zrzekają się praw rodzicielskich wyłącznie dla pieniędzy, bo jak się ma stempelek w dowodzie o dziecku, zawsze można coś wyżebrać od pomocy społecznej. Jeśli musieli oddać dziecko z biedy, to je odwiedzają.

W domach dziecka jest 20 tysięcy dzieci, tyle osób mieszka w mojej gminie. Gdy przyjechało 12 tysięcy pielęgniarek, to zablokowały Warszawę, ale tej armii dzieciaków nikt nigdy nie zobaczy.

Powołano rzecznika praw dziecka, ale dyrektorka domu dziecka ma 3,50 zł na całodzienne wyżywienie. Tyle samo dla pięciolatka i dla siedemnastolatka. Kto ustalił takie normy?! Państwo daje też pieniądze na buty, ubrania, książki etc., ale domy dziecka muszą wszystko wydać na jedzenie. W Warszawie znajdzie się sponsor, który da na buty i książki, ale na prowincji?

Dlaczego w Polsce jest tak mało rodzin zastępczych?

To się wydaje bardzo trudne. Adopcję niepotrzebnie przedstawia się jako czyn heroiczny. W "Wysokich Obcasach" dwukrotnie pojawiły się reportaże o adopcji - raz o ludziach, którzy adoptowali niewidomą dziewczynkę, drugi raz na Wigilię - o rodzinie, która wzięła kilkoro ciężko chorych dzieci.

To święci ludzie, powinni pójść żywcem do nieba. Potrzebne jest im każde wsparcie. Ale mnie, gdy dopiero zaczynałam myśleć o adopcji, przykłady heroicznego rodzicielstwa adopcyjnego przerażały. Myślałam, że to droga nie dla mnie. Bo wiedziałam, że bardzo pragnę mieć dziecko, ale będę miała w życiu też inne ważne sprawy, że nie mogę mu poświecić wszystkiego.

Większość dzieci, które czekają, by ktoś wyciągnął do nich rękę, nie jest aż tak zaburzona, nie wymaga tego, by rzucić dla nich cały świat. Równie dobrymi rodzicami będą dla nich ludzie, którzy żyją normalnie - pracują, chodzą do kina. Napisałam swoje książki, właśnie żeby przekonać, że do adoptowania dziecka nie trzeba być kandydatem na świętego, nadczłowiekiem, że tego może się podjąć każdy, kto chce kogoś pokochać.

Napisała Pani "Jeża" i "Wieżę z klocków" dla ludzi, którzy myślą o adopcji?

Nie tylko. Także po to, żeby ludzie nie dziwowali się takim rodzinom jak nasza. "Wieża z klocków" to książka dla dorosłych do pomyślenia, a "Jeż" to moja bajka dla Piotrka. Każdy może ułożyć swoją, ale wyraziłam w niej chyba podstawową zasadę myślenia i mówienia o adopcji - moje dziecko urodziło się innym rodzicom. Nie wolno szukać winnych, łatwo złapać kamień i rzucać w kobiety, które zostawiły dzieci. A to są zawsze tragedie.

Czy adoptujecie kolejne dziecko?

' My pewnie nie. Ale na rodziny czeka 20 tysięcy dzieci. Dlatego napisałam te książki. Dla starszych dzieci ważne są rodziny zaprzyjaźnione, ale to także decyzja na zawsze - nie można wziąć na obiad, raz, drugi, a potem powiedzieć: "Już mi się znudziłeś". Kiedy czekałam w kolejce na Piotrusia, zaproponowano mi szesnastolatka. Nie chciałam wziąć szesnastolatka, bo chciałam być mamą, a nie koleżanką czy nauczycielką. A on chciał się kształcić. Jeśli nie znalazłby nikogo, mógłby najwyżej skończyć zawodówkę. Boję się sprawdzić, co się z nim dzieje. To mój wielki wyrzut sumienia.

Jak Pani mąż przeżywa ojcostwo?

' Inaczej. Bardzo kocha Piotra, ale mają zupełnie inne charaktery - mąż cztery razy pomyśli, raz robi. Piotrek odwrotnie. To trudne dla obu. Piotrek uwielbia, gdy ojciec mu coś tłumaczy, i pochwała taty znaczy więcej niż moja. Mąż był wychowany w tradycyjnej rodzinie, w której to kobiety zajmują się małymi dziećmi.

Czy miłość rodzi się od razu?

Nie, nie można kochać obcego człowieka. Strasznie trudno się do tego przyznać, bo oczekiwania są takie, że pokocham to dziecko od razu. Wojciech Eichelberger, który napisał wstęp do mojej "Wieży z klocków", mówi, że zwalnia nas z obowiązku kochania adoptowanych dzieci, licząc po cichu, że to nastąpi. Szkoda, że nie usłyszałam tego parę lat temu. Mniej bym się bała, bo na początku nie byłam zachwycona Piotrkiem.

Można czuć rozczulenie, radość, zachwyt, ale nie miłość. Miłość to proces. Dziecko też nie musi nas od razu pokochać. Tu obowiązuje pełna równowaga. Ja nie jestem dobrą pańcią, która ratuje dzieciaczka, on tak samo ratuje mnie. Przestałam widzieć sens życia, on mi go przywrócił. Dał mi spojrzenie w przód. Kiedyś nie interesowało mnie, czy świat się rozleci, czy nie, teraz mnie to obchodzi, bo ten świat jest światem Piotrka. Piotruś nadał sens codziennym staraniom - gdy byłam sama z mężem, nie miało znaczenia, czy ugotuję obiad, czy nie. A teraz, gdy Piotruś pyta: "Mamo, czy będą kotletki?", to robię jej z radością.

Miałam dużo czasu, żeby się sprawdzić w różnych sytuacjach, i już wiem, że życie jest właśnie tu, nie gdzie indziej.

Jest Pani szczęśliwa?

Największa moja tragedia zamieniła się w jakiś magiczny sposób (oczywiście miałam w tym udział) w największy sukces mojego życia. Dostałam wielką szansę wewnętrznego rozwoju i staram się ją wykorzystać. Gdybym normalnie urodziła dziecko, nie napisałabym tych książek, nie zabierałabym głosu w sprawach dzieci i pewnie miałabym mniej entuzjazmu do macierzyństwa.

Dziecko jest wspaniałe. Widzę, jak dużo od niego dostaję. Ale muszę sobie samej na to pozwolić. Jeśli Piotruś chce się bawić w kałuży, mam dwie możliwości - albo będę wściekła, że mam brudne dziecko i czeka mnie pranie, albo będę się z nim bawić, zaglądając do innego świata przez dziurę w ziemi, do świata utopców. Stworzę sobie i jemu okazję do bycia razem.

Z nikim nie można się tak śmiać jak z dzieckiem.

Wczoraj Piotruś długo się zastanawiał, czy jest na świecie ładniejsza pani od mamusi, i doszedł do wniosku, że nie ma. Mam lustro i wiem, jak wyglądam, ale dla niego piękne i kochane jest tym samym i nasładzam się tym, bo nie ma nic wspanialszego.

Fragmenty "Jeża"

Pewnego dnia Kobieta wyszła przed dom i ze zdziwieniem spostrzegła, że coś dziwnego stało się ze wszystkimi kolorami. Żółty był mniej słoneczny niż zwykle, czerwony mniej ognisty, zielony stracił swą soczystość, a niebieski poszarzał.

- Mężu, zobacz, co się stało! - zawołała Kobieta. (...)

Kobieta i Mężczyzna nie wiedzieli, co się stało, i nie umieli nic na to poradzić, a tymczasem ich świat tracił barwy i smutniał coraz bardziej, a oni też smutnieli i coraz bardziej nie mieli dziecka, chociaż tak za nim tęsknili.

Wreszcie pewnego wiosennego dnia, mimo że słońce świeciło bardzo mocno, w ich ogrodzie znikły ostatnie wspomnienia kolorów i niepodzielnie zapanowała szczerosmutna szarość. Wtedy Kobieta i Mężczyzna zrozumieli - ich dziecko urodziło się całkiem innym rodzicom. Kobieta płakała i miała całą twarz mokrą od łez. I Mężczyzna płakał, chociaż jego łez nie było widać, bo płakała jego dusza.

Wreszcie Mężczyzna powiedział:

- Chociaż nie urodziliśmy naszego dziecka, musimy je odnaleźć!

Słyszeli bowiem, że jeśli jakimś rodzicom urodzi się obce dziecko, oddają je na wychowanie do Domu Dzieci i tam prawdziwi rodzice mogą je odnaleźć. (...)

I wtedy przyprowadzono Chłopczyka.

Kiedy Kobieta i Mężczyzna go ujrzeli, zdziwili się i przestraszyli - mały Chłopiec o niebieskich oczach miał całe ciało pokryte kolcami jak jeż. Pomyśleli, że znowu zaszła jakaś straszna pomyłka, bo to na pewno nie było ich dziecko - nie mogli przecież mieć synka jeża. (...)

Jesienią zbierali grzyby. Piotruś bawił się jarzębiną i kasztanami. Przez całe noce Mama musiała trzymać go za rękę. Któregoś dnia zapytał ją:

- A u kogo ja byłem w brzuchu?

- Nie u mnie - odpowiedziała. - Miałeś wtedy inną mamę. Na szczęście teraz jesteś z nami.

- Czy płakałaś, jak mnie nie było?

- Tak, bardzo płakałam. Tata też płakał. Ale teraz się cieszymy, bo jesteś z nami.

Tego dnia znikło wiele kolców. (...)

"Jeż" (wyd. Egmont) otrzymał tytuł Książki Roku 1999 i Nagrodę Polskiej Sekcji IBBY, w tym roku został wpisany na listę honorową im. H.Ch. Andersena.



Zobacz więcej na temat:

Podziel się