Chcemy dziś zafundować państwu - z pomocą wydań wigilijnych Polskiej Kroniki Filmowej - powrót do kraju dzieciństwa. I tym z państwa, którzy przyszli na świat w stalinizmie, i tym, którzy znaleźli się na świecie już w wolnej Polsce lat 90. Pewnie, że każdy z nas mógł lepiej trafić. Urodzić się w lepszym czasie i miejscu. Ale, jak dość złowieszczo mówi psychologia, jednego żaden człowiek nie jest w stanie w życiu zmienić - swojego dzieciństwa.
1946
Mało kto potrafi oprzeć się wzruszeniu, oglądając Wigilię sierot wojennych z roku 1945. Kronika może jeszcze tyle dla nich zrobić - przyznać, że są to dzieci powstańców warszawskich. Nie miną trzy lata, a tym dzieciom odbierze się także dobrą pamięć o ich rodzicach. Ich rodzice staną się po prostu nieznani.
Na razie wszystko w Polsce jest pozornie jak dawniej. Widzimy, że tramwajarze - a więc klasa robotnicza, było nie było - mogą robić jeszcze szopki. Choć wydaje się, że tylko w Krakowie. W Ludowym Wojsku Polskim przy kolacji wigilijnej zostają puste miejsca: to oficerowie polityczni gdzieś się na ten wieczór taktownie ulotnili. Nawet marszałek Rola-Żymierski w przedszkolu może uchodzić za rodzaj egzotycznego Świętego Mikołaja - przybył z dalekiej północy Rosji i bardzo zachwala te rejony.
Do Polski wracają też żołnierze armii polskiej z Wielkiej Brytanii i Włoch. Liczą na to, że będą w domu na święta. Szybko jednak się przekonają, że dla nich w nowej Polsce żadnych świąt nie będzie.
1953
Mija oto siedem lat i kolejne dzieci rodzą się w zupełnie innym kraju. Kronika świąteczna z roku 1953 - o ile można ją tak nazwać, bo żadnych świąt wtedy oficjalnie nie było - jest swoistym zapisem niekończących się manipulacji. Manipulacji w manipulacji, czyli ruskiej baby w babie, co dla tamtego czasu jest porównaniem aż nadto stosownym.
Zgodnie z zachowaną dokumentacją archiwum kroniki zawiera relację z "choinki w Radzie Państwa". "Choinka" było to oficjalne, jedyne dopuszczalne określenie Bożego Narodzenia, dosłowne tłumaczenie z rosyjskiego, gdzie nazywano je "jołką". Mimo że dzieci zostały zaproszone na tę choinkę przez prezydenta Bieruta, w jej trakcie coś się musiało zmienić, bo nazwa "choinki" w kronice nie pada ani razu, a do jej oficjalnego streszczenia ktoś dopisał długopisem nową interpretację sfilmowanych wydarzeń: "przodownicy nauki u Bolesława Bieruta". Mimo to, jeśli ktoś wytęży wzrok, gdzieś z boku dostrzeże choinkę, wyraźnie przez operatora omijaną.
Ukrywanie Bożego Narodzenia zachodziło więc w różnych fazach - od prostego zaprzeczania jego istnieniu po zacieranie śladów tam, gdzie jednak nieopatrznie się zdarzyło. W tej kronice zachował się jeszcze jeden ślad tradycji wigilijnej: Bolesław Bierut przemówił ludzkim głosem. To duża rzadkość, ponieważ wówczas na ogół nawet przemówienia przywódców były streszczane przez lektora i nie mamy wielu świadectw tego, jak rzeczywiście mówili. Można stwierdzić, że Bierut mówił po polsku zadziwiająco dobrze, jak na tyle lat pobytu w Związku Radzieckim. Bez słowa stać zaś musiał ówczesny dowódca Wojska Polskiego marszałek Rokossowski, który znał tylko rosyjski (a i to nie najlepiej) i nie mógł przemówić nawet w Wigilię.
1963
W kronice z roku 1953 widzieliśmy relację z wystawy "Oto Ameryka", gdzie pokazywano m.in. imperialistyczną pornografię. Na wystawę waliły tłumy, aby w szczegółach napatrzeć się na tę ohydę. Po dziesięciu latach Polska jest już zupełnie innym krajem, święta Bożego Narodzenia są znów na swoim miejscu, ale jedno zostało: każdy Polak chciał dostać w prezencie coś amerykańskiego. Amerykańskość była podstawowym składnikiem każdego marzenia.
Kronika z roku 1963 pokazuje fascynację paczką z Ameryki, fenomen wszystkich lat powojennych. Przez ocean płynęły do nas tony staroci i różnych niepotrzebnych już tam - a u nas upragnionych - rzeczy. W Polsce - co również zobaczymy w kronice - nad paczkami odbywał się następnie sabat celników. Każda rzecz musiała zostać przeszukana, a potem wyceniona, bo wszystkie towary obłożone były cłem, a każdy towar - w innej wysokości. Były towary, których przez zapomnienie nie uwzględniono w taryfach celnych, ale z tymi było najgorzej - po prostu nie mogły przekroczyć granicy w ogóle.
Paczka z Ameryki tak zdominowała zbiorową wyobraźnię, że była bohaterką wielu - nie wiadomo czy prawdziwych - anegdot. Jedną z bardziej znanych i makabrycznych była ta o dziwnym, ozdobnie zapakowanym proszku bez etykiety przysłanym przez krewnych z Ameryki. Nie był smaczny, ale jako amerykański i tak adresaci go zjedli. Dopiero potem dotarł do nich spóźniony list, w którym krewni donosili, że przesyłają prochy skremowanej babci.
1971
Spragniona lepszego życia Polska doczekała się go trochę w latach 70. Kronika świąteczna z roku 1971 pokazuje kanon elegancji tamtych lat. Ogólnie można go scharakteryzować tak: wszystko musiało być za długie - suknie, baczki i kołnierzyki. Trzeba było pokazać, że ma się materiał.
W ogóle niczego nie było za dużo i nadmiar nie był żadnym problemem: kronika pokazuje pierwszą Wigilię pięcioraczków gdańskich. Ponieważ kronika datowana jest na 22 grudnia, u pięcioraczków w Wigilię było już dawno po Wigilii.
Cytryny nie są już rarytasem, jak słyszeliśmy w kronice z roku 1963. Teraz jada się jaja przepiórcze. Andrzej Łapicki już nie musi - jak w kronice z roku 1953 - pokrywać braku świąt swoim dobrze ustawionym (szczególnie w tamtym okresie) głosem jako jej lektor. Teraz może już być Poetą w kręconym właśnie przez Andrzeja Wajdę na krakowskim Rynku "Weselu".
Choć oficjalnie w latach 70. obowiązywała doktryna, że religia - a więc i żaden Bóg - nie istnieje, nie dotyczyło to Bożego Narodzenia. Irena Santor mogła swobodnie śpiewać o małym Jezuniu. Pozwalano więc wówczas Bogu się urodzić, ale na nic więcej.
1980
Na solidarnościowe święta roku 1980 od razu pierwszy długo oczekiwany gość - Czesław Miłosz. Kiedy jako czwarty Polak w historii otrzymał Nagrodę Nobla, w kraju prawie nikt nie wiedział, kto to jest. Jego utwory nie były drukowane od ponad 30 lat, od kiedy postanowił zostać za granicą. I tak pierwszy raz wszyscy Polacy zobaczyli go od razu we fraku w Sztokholmie. W kraju laureatami Nagrody Nobla wręczonej Miłoszowi poczuli się wszyscy Polacy; tak zresztą pokazuje to kronika, nie przedstawiając nawet pokazywanych laureatów z innych dziedzin z nazwiska - z tej racji, że oni nie byli już Polakami.
Nagroda Nobla stała się dla nas potrzebnym prezentem gwiazdkowym, bo innych wówczas nie dostawaliśmy. Świąteczna kronika 1980 roku pokazuje Mikołaja chodzącego z pustym workiem od kolejki do kolejki. Ze wszystkich akcesoriów wigilijnych najbardziej dostępny był pusty talerz.
1982
W roku 1981 z powodu wprowadzenia stanu wojennego kronika nie miała świątecznego wydania. Po raz pierwszy w historii miała przerwę. Kronika świąteczna z roku 1982 dość znienacka zaczyna się od obchodów świąt w... Japonii i Bułgarii. Mamy nieodparte wrażenie, że kronice już dokumentnie pomieszało się, gdzie Rzym, gdzie Krym. Może to tak głupio przypominać w święta, ale mimo wszystko w Polsce roku 1982 większe zainteresowanie od japońskiego Buddy wzbudzała buda milicyjna.
Kronika z przerażeniem odnotowuje ceny - nazywane wtedy komercyjnymi - tych towarów, które leżały w sklepach; towarów po cenach państwowych po prostu nie było. Z wdzięcznością należy przyjąć to, że - przynajmniej w kronice - na Wigilię nie przyszedł żaden komisarz wojskowy, wykorzystując okazję, że wtedy nie można było go nie wpuścić. Choć oddziały ZOMO patrolujące ulice do czegoś się w święta przydawały. Wszyscy opowiadali sobie o pewnej babci, która zwróciła się do zomowca z prośbą: "Czy mógłby mi pan zabić tego karpia?".
1991
Po 1989 roku w Polsce wszyscy zaczęli się znów dzielić opłatkiem - już nie z głodu czy z powodu braków w zaopatrzeniu. Opłatkiem zaczęła dzielić się szczególnie nowa władza - nic innego do podziału już jej nie zostało. Polska Kronika Filmowa z roku 1991 uwieczniła spotkanie opłatkowe rządu Tadeusza Mazowieckiego, które było jego spotkaniem pożegnalnym po podaniu się tego gabinetu do dymisji. Ze wszystkich ministrów widocznych na przyjęciu nie żegnał się jedynie Leszek Balcerowicz, co pokazuje, że hasło "Balcerowicz musi odejść" od początku było nonsensem, bo on jako jedyny właśnie zostawał. Opłatek u Mazowieckiego to prawdziwe polskie jasełka, gdzie nie może zabraknąć dyżurnego anioła i diabła - kamera pokazuje i jednego, tj. Jacka Kuronia, i drugiego, tj. Lwa Rywina.
Właśnie jest już po świętach. Młoda rodzina w swoim ciasnym mieszkaniu rozbiera choinkę. Martwi się o przyszłość swoją i swojej dziewczynki. Ale jednocześnie jest to pierwsza dziewczynka w całym zestawie kronik filmowych, która została pokazana nie dlatego, że jest sierotą albo pięcioraczkiem, ale jako normalne, zwykłe dziecko. W normalnym, zwykłym kraju.
wydanie z dnia 24/12/2005