http://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09googleB.gifhttp://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09googleB.gifhttp://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09google.gif

Siedem luster

Rozmawiał Jacek Hugo-Bader
2009-12-04, ostatnia aktualizacja 2009-12-04 11:28

ZOBACZ TAKŻE
Z dziewczynkami było coraz gorzej. 2 stycznia pediatra każe natychmiast jechać do szpitala, bo bliźniaczki się odwadniają. Ich rejon był w szpitalu dziecięcym na Niekłańskiej.

W szpitalu okazało się, że poza biegunką dziewczynki mają zapalenie płuc. Położyli je na oddziale zakaźnym. Na wszelki wypadek zrobili badanie na grupę krwi. Miały AB Rh plus.

Na Niekłańskiej można było odwiedzać chore dzieci, ale nie na zakaźnym. Tam można było popatrzeć przez szybę. Pani Elżbieta odwiedziła córeczki trzy dni po oddaniu, a więc 4 stycznia. Pielęgniarka była tak dobra, że wyjęła dziewczynki z łóżeczka i podeszła do szyby najpierw z jedną, potem z drugą.

- Jedna miała fioletowy cały łepek - przypomina sobie pani Elżbieta. - W główce tkwiły igły i wenflony. Wyglądała okropnie. Od razu zauważyłam, że obie mają nóżki w porządku, a przecież Ninka miała feler. Coś było nie tak! Biegnę do lekarki. Pamiętam nawet, jak wyglądała: młoda, bardzo sympatyczna, z czarnym warkoczem. Teraz pracuje w Centrum Zdrowia Dziecka. Ona mi wyjaśniła, że wzywali do córki rehabilitanta. Chłopak przyszedł, obejrzał dziewczynki i powiedział, że z nóżkami wszystko w porządku, co znaczy, że nerw się uaktywnił. "Ma pani zdrowe dziecko" - powiedziała z entuzjazmem pani doktor, no to się ucieszyłam.

Ofmańscy odebrali Kaśkę 18 stycznia, Ninkę - 28. W domu teściowa pani Elżbiety wzięła ją na ręce: "Ta ładniejsza" - powiedziała.

- Ninka zawsze była wnuczką teściowej, bo w synka - mówi pani Elżbieta. Jak tatuś szczupła, długa, niebieskie oczy... Tatunina córuchna.

W przychodni rejonowej na pierwszej kontroli stawów biodrowych powiedzieli im, że mają bliźnięta dwujajowe.

- To bardzo dobrze - ucieszyła się pani Elżbieta. - Mam dwójkę różnych dzieci, a nie tak jakby dwoje, ale jedno, albo jedno podwójne.

Laurki z perspektywą

Państwo Wierzbiccy spędzili święta w domu, bez Edyty. Drżeli o jej życie. W Wigilię ich syn kręci się koło choinki, ogląda prezenty, sięga na regał, wyjmuje jakąś książkę, otwiera na chybił trafił i sylabizuje: "I uleczona została jej córka od tej godziny".

- Babcia w płacz i mówi, że chyba nam uratują to dziecko - wspomina pani Halina. - Ta książka to było Pismo Święte.

Córkę odebrali ze szpitala 18 stycznia. Wcale nie była zdrowa: kupa zielona, drgawki, zawieźli ją więc zaraz do Centrum Zdrowia Dziecka. Co to za rodzice, mówili lekarze, którzy nie zauważyli, że córka ma nogę szpotawą, i dlaczego z taką wadą po urodzeniu dostała 10 punktów?

- Wtedy nawet nie przejęłam się tą nóżką - mówi pani Halina - ale było mi trochę wstyd, że wcześniej nie widziałam.

To było bardzo chorowite dziecko. Rodzice drżeli, że za którymś razem nie wróci do nich spod plątaniny kroplówek, sond, cewników. Pani Halina zatrudniła się w administracji Centrum Zdrowia Dziecka, więc w razie potrzeby mogła przywozić córkę bez zdobywania skierowań. Jej kartę trzymała u siebie w biurku, żeby było szybko, żeby nie szukać po nocach w rejestracji.

Kiedy Edyta miała trzy lata, z Centrum przyniosła sobie ulubioną zabawkę. To była duża, pomarańczowa ryba z misia. Nie rozstawała się z nią. Do dzisiaj ją ma.

- Lalkami nigdy się nie bawiła - opowiada z zachwytem pan Aleksander, ojciec dziewczynki - ale za to pięknie rysowała. Miała kilka lat i robiła nam laurki z perspektywą. Sama nauczyła się grać na keyboardzie. Wracała z kościoła i ze słuchu grała pieśni religijne. Zawsze miała fantazję, temperament, lubiła rządzić, rozstawiać domowników po kątach. Była zwariowana, a jedyne, na czym potrafiła się dłużej skupić, to rozczesywanie frędzli dywanu. Paluszkami albo jakiś grzebień brała. A jak śmiesznie pisze "e", w przeciwnym kierunku niż wszyscy, a duże "E" jak odwróconą trójkę.

Rozdzielenie

Państwo Ofmańscy musieli uciekać ze swojej suszarni, bo bliźniaczki bardzo tam chorowały. Ale na co można zamienić suszarnię? Jedyna okazja, która się nadarzała, nie zwalała z nóg. To były dwa pokoje z kuchnią w stuletniej kamienicy. Ale ta okolica... Najstarsza i najbardziej zaniedbana część Pragi-Północ, najgorszej dzielnicy w Warszawie. Przenieśli się jednak, bo suszarnia miała 25 metrów, a na ulicy Małej było ponad dwa razy więcej. I nie narzekają, chociaż kamienica nie była remontowana od wojny światowej (tej pierwszej), opala się węglem, a pierwszy raz okradli ich w święta, zaraz po wprowadzeniu.

Od razu dziewczynki były zdrowsze.

Nina była spokojna, grzeczna, nieśmiała i potulna. Potrafiła godzinami bawić się cichutko lalkami.

Źródło: Wysokie Obcasy

W numerze z 4 września