http://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09googleB.gifhttp://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09googleB.gifhttp://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09google.gif

Siedem luster

Rozmawiał Jacek Hugo-Bader
2009-12-04, ostatnia aktualizacja 2009-12-04 11:28

Mama, a czy ty wiesz, co to będzie, jeśli to wszystko prawda? - Nie wiedziałam, co odpowiedzieć temu dziecku. Ale tamto dziecko też musiałam zobaczyć

ZOBACZ TAKŻE
Na pierwsze spotkanie umówiły się pod kolumną Zygmunta.

- Z daleka zauważyłam, że idzie ktoś taki sam jak ja. Podeszła, a ja się poczułam, jakbym stanęła przed lustrem. Potem chodziłyśmy wokół siebie jak zwierzaki w kreskówkach i oglądałyśmy się od stóp do głów. Jak na komendę zadarłyśmy rękawy. Są pieprzyki na lewym przedramieniu od środka. Na łydkach takie same. Przymierzamy stopy, dłonie: takie same, paznokcie też. No nie! Nawet okrzyki wznosiłyśmy takie same, do tego jednocześnie. Nie ma co gadać. Jesteśmy identyczne, tylko ja jestem metalówa w glanach, a ona w sukience z torebeczką pod pachą. I siadamy inaczej.

Nieprawda. Gdyby usiadły naprzeciwko siebie, zauważyłyby, że jedna jest lustrzanym odbiciem drugiej. Kiedy jedna zakłada prawą nogę, druga zakłada lewą. Kiedy jedna poprawia włosy lewą ręką, druga robi to samo prawą.

Stópka

- Termin porodu miałam na 6 stycznia - opowiada Elżbieta Ofmańska. - Przez trzy lata od ślubu z Andrzejem nie było dzieci i nie mieliśmy gdzie mieszkać. Wynajmowaliśmy pokój. Wreszcie załatwiłam w pracy przydział na suszarnię na strychu ogromnego wieżowca, Andrzej przerobił ją na mieszkanie i natychmiast zaszliśmy.

Zbliżały się święta Bożego Narodzenia 1983 roku.

W nocy 15 grudnia odeszły jej wody, ale bez bóli. Nie wiedziała, co się z nią dzieje: 24 lata, pierwsze dziecko, w księgarniach żadnych poradników. O czwartej rano była na porodówce w szpitalu na Lindleya.

- Chciałam zwiewać. Leżę w tej krótkiej koszuli wypięta na cały świat, osiem bab wrzeszczy, a ja nic. Godzinami z plecami na zimnej ceracie, koszula pod brodą, jeszcze nie urodziłam, a już dostałam temperatury. Przeziębili mnie. Wreszcie zaczynają się bóle, a tu zbiegają się studenci, bo będą bliźniaki. O 13.25 była pierwsza. Rzucają mi ją na brzuch, ale trzeba walczyć z drugą. Ta mi się wyślizguje, krzyczę, że spadnie na posadzkę, a ci stoją i się gapią. Patrzę na małą i nie widzę buzi, jakby miała worek foliowy na głowie. Jezu! Jakaś wada. Oni, że w czepku, a ja, ściągnijcie, bo się udusi. O 13.40 była druga dziewczynka.

Pani Elżbieta nie karmiła córek, bo była chora, dostawała penicylinę. Mogła tylko na nie popatrzeć, leżały w inkubatorach. Najpierw wypisali matkę, potem, 22 grudnia, pierwszą dziewczynkę, a w Wigilię drugą. Jednej dali na imię Katarzyna, drugiej - Nina. Ta mniejsza, Nina, miała szpotawą stópkę. To niegroźna wada, którą można zlikwidować masażami.

Syrena nie chce odpalić

- Termin porodu miałam na 6 stycznia - opowiada Halina Wierzbicka - ale dostałam bóli w nocy 15 grudnia, trzy tygodnie przed terminem. Mieszkaliśmy w Międzylesiu pod Warszawą, koło szpitala kolejowego. Mieliśmy już wtedy syrenkę 105, ale zanim by odpaliła na mrozie, urodziłabym na ulicy. Szliśmy do szpitala na piechotę przez las. Bałam się, że mnie mąż nie doholuje. Ale zdążył. O 6.05 było po wszystkim. Urodziłam piękną, zdrową córeczkę. Jak na wcześniaka była bardzo dorodna. Wypisali nas trzy dni później.

Jedną noc przespały w domu i zaczęły się kłopoty. Dziewczynka dostała biegunki, odwadniała się. Mieszkali koło Centrum Zdrowia Dziecka, ale ich nie przyjęli, bo mieli rejon w szpitalu dziecięcym na Niekłańskiej, prawie w centrum Warszawy.

Mała gasła w oczach. Babcia zarządziła, że najpierw trzeba ochrzcić dziecko z wody. Pan Aleksander, ojciec dziewczynki, uparł się na Ninę, syn Marcin chciał, żeby była Edyta. Nie było czasu, wiec ustąpili synowi. Chrzciła babcia. Na drugie dała dziewczynce Maria, bo oddali ją Matce Boskiej w opiekę.

Trzeba było odpalać syrenę. Jadą. Na przejeździe kolejowym przed zakrętem na Wał Miedzeszyński syrenka odmawia posłuszeństwa.

- Próbuję odpalić, nic, do tego jeszcze przywala się jakiś pijak, żona bierze małą za rękę, zimna, mówi, że pewnie umarła. Mnie się ręce trzęsą, pijak bełkocze, samochód nie chce odpalić. Herkulesem nie jestem, ale chciałem walnąć tego pijaka, bo głowę mi zawraca. Jak człowiek ma kłopot, to zawsze się drugi pcha i następny... To chyba był jakiś znak, że nie powinniśmy tam jechać. Ja wierzę w takie rzeczy. Przecież ta syrena tylko jeden raz w życiu zgasła na drodze - właśnie wtedy.

W szpitalu okazało się, że Edyta ma także zapalenie płuc. Położyli ją na oddziale zakaźnym. Na wszelki wypadek zrobili badanie na grupę krwi. Miała AB Rh plus.

Cudowne ozdrowienie

Państwo Ofmańscy spędzili święta Bożego Narodzenia na swoim strychu. W zimie było piekielnie zimno, za to w lecie gorąco jak w piekarniku.

Dziewczynki przyjechały ze szpitala z biegunką. Piersi nie chciały, bo przyzwyczaiły się do smoczka z dziurą wielką na palec. W Nowy Rok wezwali pogotowie. Przyjechał młodziutki lekarz zaraz po studiach. Kazał każdej dziewczynce dawać ósmą część pastylki sulfaguanidyny.

- A niby jak to zrobić? - jeszcze dzisiaj pana Andrzeja krew zalewa. - Chyba pod mikroskopem.

Źródło: Wysokie Obcasy
Brak komentarzy

W numerze z 31 lipca