Królowa Elżbieta II
Jeszcze pięćdziesiąt lat temu Elżbieta była dziewczyną z wielkim poczuciem humoru, uwielbiającą nocne kluby i śpiewanie, a Wielka Brytania jeszcze była mocarstwem. Dziś Brytanii niewiele zostało z imperium, a królowej z majestatu. Królewski jacht już nie wozi jej po świecie, poddani sarkają, że królowa nie płaci podatków. Minęło dziesięć lat od krytycznego dla monarchii roku, kiedy Diana rozeszła się z Karolem i spłonął zamek w Windsorze, a królowa stała pod coraz ostrzejszym ogniem krytyki. Ale i miniony rok nie był łatwy. Nawet przygotowania do złotego jubileuszu pięćdziesięciu lat panowania szły opornie. Na srebrnym jubileuszu w 1976 roku były tłumy, ale nikt nie był w stanie przewidzieć, co się stanie, gdy teraz monarchini stanie twarzą w twarz z ludźmi.
Kiedy jednak umarły mama i siostra Elżbiety - uwielbiana przez Anglików Królowa Matka i księżniczka Małgorzata - Brytyjczykom zrobiło się żal królowej. Gdy ruszyła w podróż po kraju, witały ją tłumy (mniejsze, oczywiście, niż 25 lat temu). Zamilkły głosy o zlikwidowaniu monarchii.
A potem nastąpił kolejny kryzys: George Smith, dawny lokaj w Buckingham, ogłosił że był świadkiem gwałtu popełnionego w pałacu jeszcze w 1989 i zatuszowanego przez rodzinę królewską. Potem wydarzyła się kuriozalna sprawa Paula Burrella, byłego kamerdynera księżnej Diany. Został aresztowany pod zarzutem przywłaszczenia sobie blisko trzystu drogocennych przedmiotów po śmierci księżnej. Kiedy miało dojść do przesłuchania, Elżbieta II niespodziewanie ogłosiła, że rozmawiała z Burrellem i wiedziała, że wyniósł te przedmioty. Anglia zahuczała od plotek. Dlaczego królowa zareagowała tak późno? Dlaczego Burrell nie powiedział ani słowa na swoją obronę? Burrell tłumaczył, że jest dyskretny, ale brukowce uznały, że królowa przestraszyła się, że kamerdyner zacznie sypać.
Sue Townsend w książce "Królowa i ja" przedstawiła wizję rodziny królewskiej zesłanej przez lewicowy rząd do domku na przedmieściach. Książę Karol załamuje się, Elżbieta najlepiej znosi nowy tryb życia. Może rzeczywiście najlepiej by się czuła gdzieś w małym domku otoczona gromadą ukochanych piesków corgi? Nikt królowej o to nie pytał, więc nie wiadomo, czy Elżbieta ma marzenia. A może królowa nie chce nic zmieniać w swoim życiu? Jej siłą jest to, że przez tyle lat się nie zmieniła - powiedział jeden z jej współpracowników. Dalej będzie przemawiać, podpisywać, otwierać, wizytować. Sławna, wielka i - choć nikt jej o to nie zapytał - pewnie nieszczęśliwa.
Leszek K.Talko
Nataszka Kunowa
Mówią, że styczeń będzie w Moskwie mroźny i bez śniegu. Wymarzona pogoda na łyżwy. Nataszka prowadzi mnie do okna mieszkania dziadków na dwunastym piętrze domu przy ul. Priwolnej i pokazuje ślizgawkę, na którą będzie chodzić wieczorami, jak odrobi lekcje. - Będę jeździć do pół do dziewiątej. A potem pójdę na przystanek, bo wtedy wraca z pracy...
Mała urywa i nie wymawia słowa "mama", bo ona przecież nie będzie już o pół do dziewiątej wracać z pracy.
Dziadkowie Nataszki właśnie przygotowują dom na 4 grudnia, kiedy minie 40 dni od szturmu teatru na Dubrowce. Zbierze się rodzina, znajomi. W ten dzień dorośli - zgodnie z prawosławną tradycją - będą wspominać Swietę, mamę Nataszki, która po szturmie zmarła uduszona gazem. Mała przypomni ciekawym, że najważniejszy terrorysta zaraz po tym, jak komando czeczeńskie opanowało teatr, kiwnął na nią, pokazując, które dzieci uwalnia. I jak Swieta, podała jej swój telefon komórkowy i pieniądze. A potem przytuliła. Na pożegnanie. Nataszka nie będzie płakać. Obiecała mamie, że będzie dzielna i będzie się uczyć. I 31 maja, gdy skończy czwartą klasę, zawiezie na cmentarz świadectwo otlicznicy - piątki ze wszystkich przedmiotów. - Trójkę dostałam tylko raz, jeszcze w drugiej klasie - przypomina Nataszka.
Od września w szkole zaczną się nowe przedmioty. Drugi język obcy - francuski albo niemiecki. I OBŻ, czyli ratownictwo. - Pewnie nie będzie już czasu na zajęcia z wyplatania ozdób. Ale tańców nie rzucę - obiecuje. Już siedem lat tańczy w zespole Zwiezda. Co roku w pierwszy weekend września, Dni Moskwy, koleżanki rywalizują o tytuł najlepszej. Ostatni raz Nataszka w zielonym kostiumie uszytym przez mamę wystąpiła z "tańcem wschodnim" i pokonała wszystkie - nawet przyjaciółkę Daszkę. W przyszłym roku znowu spróbuję. Trzeba tylko wymyślić nowy taniec. I kostium.
I jeszcze w przyszłym roku trzeba by się zacząć zajmować komputerem. Nataszka liczy, że dostanie go 26 marca, na dwunaste urodziny. I żeby był z internetem. Wtedy mogłaby pisać do Krakowa, do dzieci ze Szkoły nr 101, które niedawno przysłały jej paczkę i listy i zaprosiły do Krakowa. - Dostałam pierniki i cukierki. Pierniki zjadłam, a cukierki zaniosę do szkoły. I mam jeszcze zielonego smoka - pokazuje mi smoka w krakusce. Opowiadam małej legendę o smoku wawelskim. - I tak myślę, że to dobry smok. Ma taką sympatyczną buzię - upiera się Nataszka.
Nataszka pojedzie do Krakowa chyba na początku wiosny. I myśli, że jej mama będzie przy niej, kiedy pod Wawelem będzie oglądać ziejącego ogniem smoka, który "i tak jest dobry".
Wacław Radziwinowicz, Moskwa
Danuta Huebner
Bardzo trudny to będzie rok. Rok strasznej pracy organizacyjnej. Żeby nie został zmarnowany, żeby w ogóle miał sens - musi być lepszy od poprzedniego - mówi pani minister ds europejskich. - Zawsze, kiedy nadchodzi kolejny - myślę - musi być lepszy. I jest. Bo jak się bardzo chce i włoży w to dużo wysiłku, to będzie. Parę rzeczy musimy zrobić: do maja - przygotować referendum unijne. Musimy je wygrać. Wierzę, że Polacy w tym ważnym momencie, decydującym o przyszłości ich dzieci i wnuków - bo wejście do Unii Europejskiej jest wyborem historycznym na kilka co najmniej pokoleń - powiedzą: tak, wchodzimy.
Moim największym marzeniem jest, żeby choć w tym jednym roku Polacy odłożyli spory, osobiste ambicje i razem zechcieli iść w jedną stronę. Wszyscy nie pójdą, bo to się nie uda, ale żeby była ich większość. Bo po maju, po referendum, czekają nas nowe zadania. Zostanie nam siedem miesięcy, żeby się przygotować do wejścia do Unii. Tak, by nasze członkostwo od razu zaczęło nam przynosić korzyści. Czyli żebyśmy umieli wykorzystać pieniądze, jakie otrzymamy.
Czego jeszcze sobię życzę? By ten zespół niezwykłych ludzi, jakich mam wokół siebie - absolutnie wspaniałych, pełnych inwencji, zapału i poświęcenia - trwał przy mnie. Bo bez nich nic by się nie udało zrobić.
No i jeszcze tradycyjne życzenia matki, która ma pełnoletnie córki, żeby dzieci - powiem trochę egoistycznie - miały więcej dla mnie czasu. A ja - dla nich. I żeby zrealizowały to, co zamierzają.
Przepraszam, co, miłość? Aha (śmiech). Muszę wierzyć prezydentowi. On już od sześciu lat obiecuje, że kogoś mi znajdzie, więc czekam.