http://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09googleB.gifhttp://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09googleB.gifhttp://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09google.gif

Konkurs rozwiązany!

Marzycielka
28.11.2009 , aktualizacja: 29.11.2009 20:35
A A A Drukuj
Pytałyśmy, jak zmieniliście swoje życie. Przyszło mnóstwo listów - o tym, jak zmieniliście pracę, jak odważyliście się na związek, który wszyscy potępiali, lub porzuciliście osobę, która Was krzywdziła. Wycieczkę na Zanzibar z pobytem w pensjonacie Doroty Katende, autorki książki 'Dom na Zanzibarze', otrzymuje autorka tego listu
Dom na Zanzibarze Dorota kupiła w tajemnicy przed rodziną i polskimi znajomymi. 
Wykorzystując Skype'a, prowadzi w nim biuro podróży.
Fot. archiwum prywatne Doroty Katende
Dom na Zanzibarze Dorota kupiła w tajemnicy przed rodziną i polskimi znajomymi. Wykorzystując Skype'a, prowadzi w nim biuro podróży.
ZOBACZ TAKŻE
Nie w domu dziecka, nie w bidulu, ale w sierocińcu prowadzonym przez zakonnice. Tak, byłam w sierocińcu z trojgiem młodszego rodzeństwa, do którego zabrał nas ksiądz. Miałam ukończone siedem klas szkoły podstawowej. Byłam pracowita, pobożna, ale niepokorna, pyskata. Matka wychowawczyni zlecała mi prace w klasztornym ogródku, w świniarniku, w pralni, czasem w kuchni. Miałam dwie godziny w tygodniu naukę haftu i szycia kołder. Latem i jesienią chodziłam razem z innymi dziećmi do pracy u ogrodników. Zarabiało się warzywa dla sierocińca.



Ponieważ powiedziałam matce wychowawczyni, że chciałabym się uczyć, zapisano mnie do wieczorowej szkoły zawodowej dla pracujących u ojców franciszkanów. Wychodziłam do tej szkoły cztery razy w tygodniu, do miasta. Były w tej szkole klasy krawieckie, bieliźniarskie, kucharskie, mnie zapisano do klasy ogólnej, bo nie pracowałam w konkretnym zawodzie. Nauczyciele byli różni, czasem podśmiewali się z mojej gwary, ale byli i tacy, co chcieli mi pomóc, ośmielić, dać wiedzę. Pani od polskiego pożyczała książki, np. 'Dittę'. A zakonnica mówiła, że to zła książka, i kazała czytać książeczkę pt. 'Święta Teresa od Dzieciątka Jezus'. Byłam zagubiona, nie wiedziałam gdzie jest prawda. Ukończyłam szkołę zawodową z bardzo dobrym wynikiem. Wezwała mnie na rozmowę matka przełożona. Zaproponowała dwa rozwiązania, mówiła: - Jesteś pobożna, jeśli masz powołanie, wstąp do nowicjatu, albo tu w naszym klasztorze dostaniesz pracę, zastąpisz staruszkę Helenkę, gospodarczą przy świniarniku. Będziesz miała swój pokoik, ten nad chlewikiem, jest tam ciepło. Jedzenie dostaniesz z kuchni dziecięcej, będziesz mogła często spotykać się ze swoim rodzeństwem.



Powiedziałam matce, że muszę się zastanowić, pójdę do kaplicy pomodlić się. Wyraziła zgodę. Pomodliłam się przed ołtarzem i przyszła mi myśl, żeby poradzić się księdza kapelana. On w tym czasie spacerował po klasztornym ogródku, czytał brewiarz. Podeszłam do niego, pocałowałam w rękę i zapytałam, co mam robić: czy do zakonu iść, czy na gospodarczą? Ale, proszę księdza kapelana, chciałabym się uczyć, zdać maturę. Ksiądz na to odpowiedział kpiąco uśmiechając się: - No to pewnie sprzedasz swoje młodsze rodzeństwo i będziesz się uczyć! Zrozumiałam, wykrzyczałam: - Nie sprzedam ani Stasi, ani Marysi, ani tej najmłodszej, ale będę się uczyć, będę!! Poszłam, pobiegłam do matki przełożonej i też wykrzyczałam: - Odchodzę z sierocińca, bo chcę się uczyć i pracować, idę do ludzi!!! Matka przełożona odpowiedziała spokojnie: - Wrócisz, nie dasz rady, nie masz tu rodziny, nikogo nie znasz, gdzie będziesz mieszkać, rób, jak chcesz. Jesteś dorosła. Poszłam do dzieci, powiedziałam Stasi, najstarszej, że odchodzę, ale będę odwiedzać, a jak się urządzę, to zabiorę je z tego sierocińca.

Ta decyzja zmieniła moje życie. Od tego buntu ciągle się zmieniało. Wyszłam za furtę, ale gdzie tu iść?



Na tej samej ulicy mieszkała koleżanka, z którą chodziłam do szkoły zawodowej u franciszkanów. Poszłam do niej. Ona mieszkała z matką. Jej ojciec zginął w czasie wojny. Miały jeden pokoik z kuchnią. Powiedziałam, jaka jest moja sytuacja. I co ja mam począć? A jej mama na to: - Możesz zamieszkać u nas, jest łóżko w kuchni, bo syn Janek poszedł do wojska na dwa lata. Dam ci jeść, bo jak my dwie się wyżywimy, to i ty coś zjesz. Zosia już pracuje, ty zapłacisz, jak znajdziesz pracę, może pójdziesz pracować jako pomoc domowa do jakiego lekarza.



Pracę znalazłam w magazynie zbożowym jako robotnica do wszystkiego, sprzątanie, workowanie zboża, łatanie worków. Zaczęłam podejmować decyzje, żeby zmienić swoje życie. Od września zapisałam się do liceum dla pracujących, wiedziałam, że zmienię swoje życie, jeżeli będę się uczyć, muszę mieć maturę, potem jeszcze studia, ale to na razie tylko marzenia. Chciałam mieć samodzielne mieszkanie, wtedy będę mogła zabrać rodzeństwo od zakonnic. Złożyłam podanie w wydziale kwaterunkowym, chodziłam tam, dopytywałam urzędniczki, czy jest nadzieja, że dostanę jakieś lokum. Dostałam pokoik na ul. Fabrycznej, nad bramą wjazdową, malutki, z piecem węglowym, bez kuchni, zimny, ale własny. Podziękowałam koleżance i jej mamie.



Kupiłam tapczan na raty, pościel, łyżkę i nóż, rondelek, w którym gotowałam wodę na herbatę, a i w tym samym zupę, mleko dostawałam w pracy, bo się należało za robotę w ciężkich warunkach. Zabrałam siostry od zakonnic. Stasia, najstarsza, miała 18 lat, znalazła pracę w fabryce, w pluszowni. Młodsze były na naszym utrzymaniu. Stasia zapisała się też do liceum dla pracujących. Młodsze poszły do szkoły podstawowej. Jakoś sobie radziłyśmy. Mnie zaproponowano pracę sprzedawczyni w sklepie tekstylnym, bo kierownik magazynu zbożowego dowiedział się, że ja uczę się w liceum. Znowu musiałam podjąć decyzję. Przecież ja nic nie umiem, nawet źle liczę. Bałam się tej pracy, nie znałam się na towarze, bałam się ludzi, do liczenia był tylko papier pakowy i ołówek, nie było kas fiskalnych! W wolnych chwilach przy ladzie uczyłam się mnożyć, dodawać, odejmować, słowem rachunków. Uczyłam się też kontaktów z ludźmi, uśmiechać się, doradzać, gawędzić. Prosto z pracy szłam do szkoły, często na głodniaka. Koleżanka ze szkolnej ławki Irena dzieliła się ze mną kanapką. Sąsiadka z podwórka opiekowała się młodszym rodzeństwem, jak nas nie było. Zresztą te młodsze też były zaradne, potrafiły nawet zebrać stare deski z rozbitych skrzynek na podpałkę do pieca. Kuchenka była gazowa, jednopalnikowa, stała na stołku.



Na rok przed maturą dowiedziałam się od kolegi z klasy, że jest dobra praca w Miejskiej Radzie Narodowej. Większa pensja niż w sklepie, będę mogła godzinę wcześniej wychodzić z pracy, bo się uczę, to mi się należy. Zdecydowałam się. Zatrudniono mnie na stanowisku kierownika kancelarii Terenowej Obrony Przeciwlotniczej. Praca papierkowa, teczki, papiery, pisemka. Nie było trudno, miałam samodzielny pokój, w wolnych chwilach mogłam się uczyć. W pracy wszystko się układało, szkoła też bez większych problemów, w domu ciężko, ciągłe braki, spanie na jednym tapczanie i na sienniku przy piecu. Ciągle coś trzeba dokupić, miskę, łyżki, garnek, miednicę i dla dzieci ubrania. Stasia pomagała, też się męczyła. Naprawdę dziś nie mogę POJĄĆ, jak z tym wszystkim dałyśmy radę. A ja jeszcze miałam marzenia do zrealizowania. Zdałam maturę. Napisałam podanie do Powiatowego Wydziału Oświaty z prośbą o zatrudnienie mnie na stanowisku nauczyciela, bo takie było moje marzenie od dzieciństwa. Otrzymałam odpowiedź pozytywną. Wszyscy znajomi dziwili się, że zostawiam taką dobrą pracę w mieście, a idę na zapadłą wieś. A ja wiedziałam, że tam jest moje miejsce.



Dostałam mieszkanie przy szkole, duży pokój, 60 m, cztery okna i wstawiony piecyk węglowy, można było gotować posiłki. Zabrałam ze sobą najmłodszą siostrę Marysię, była już w siódmej klasie. Ciężko prowadzić dom, same braki, ale mleko tanie od sąsiada, kartofle dał kierownik, na chleb starczało. Najtrudniej było w szkole, bo nie sztuka mieć maturę, ale uczyć dzieci, 30 w klasie, to dopiero wielka sztuka. Zapisałam się na zaoczny kurs pedagogiczny, było ciężko, ale trochę rozjaśniło mi się w głowie, a wykładowca na tym kursie uświadomił mi: - Wiem, że nic nie wiem. Metodyki nauczył mnie kierownik szkoły pan Szymański, nawet pisać musiałam się uczyć na tablicy, litery mają być takie jak w elementarzu. Niestety, odszedł na emeryturę. Po nim kierownikiem szkoły zastała surowa, wymagająca stara panna. Młode nauczycielki, to znaczy ja i moja koleżanka Janka, buntowałyśmy się. Kierowniczka powiedziała: na wiejskie zabawy nauczycielki nie mogą chodzić, nie wolno pospolitować się z wiejską młodzieżą - bo stracicie autorytet nauczycielski! Zamykała drzwi frontowe i tylko ona miała klucz. A my powiedziałyśmy sobie: musimy chodzić na zabawy, bo tylko tam poznamy chłopaków, przecież nie będziemy starymi pannami tak jak ona. Po zmroku w sobotę wychodziłyśmy przez okno (na parterze), zostawiałyśmy uchylone, podparte patyczkiem, żeby można było wejść z powrotem. I przez taką psotę, sprzeciw zmieniło się moje życie, Janki też. Poznałam chłopaka, zakochałam się, on też. Był w szkole wojskowej. Pobraliśmy się po kilkumiesięcznej znajomości, pisania listów.



Nasze małżeństwo jest udane, wspaniałe, dorabialiśmy się wszystkiego. Życie wymuszało na nas ciągłe zmiany, bo on wojak, ciągła zmiana miejsca zamieszkania. Oboje skończyliśmy studia, ja nawet dwa fakultety. Wychowaliśmy dwoje wspaniałych dzieci. Jeszcze mam do zrealizowania jedno marzenie: zwiedzanie świata, podróże...



Autorkę prosimy o kontakt z redakcją



Fundatorem nagrody jest wydawnictwo Otwarte, które wydało książkę Doroty Katende 'Dom na Zanzibarze'



Podziel się