Choć koledzy (mężczyźni!) wyręczają mnie w obowiązkach, łatwo mi nie jest. Bo koleżanki (kobiety!) sprawnie rzucają kłody pod nogi. Staram się o tym nie myśleć, oszczędzam siły, cały czas będąc w biegu - do pracy i do domu, żeby dziecko nakarmić i wrócić na czas. Nie skarżę się, to był mój wybór. Robię, co należy. Po pracy - gotowanie, przewijanie, zabawianie, karmienie, kąpanie, usypianie, i nie mam siły ani możliwości wyjść nawet do pobliskiego sklepu. Mąż, który chwilowo nie pracuje, pomaga mi w zakupach, ale musiał na dłużej wyjechać. Więc nie ma wyjścia, po zakupy muszę wstąpić podczas przerwy w drodze do domu. Liczę sekundy, myśląc o głodnym dziecku, a tu kolejka. Przede mną cztery starsze panie, niewątpliwie mające więcej czasu, niż ja. Poprosiłam, żeby mnie przepuściły, zgodziły się łaskawie. Ale na kasie czeka wkurzona ekspedientka (kobieta!) z wymówkami, że kolejka obowiązuje wszystkich, a ja cały czas staram się ją ominąć (tak, to był już drugi raz, przyznaję). Tłumaczę się dzieckiem i pracą, ale ona nie słucha, mówi długo, patrząc na mnie z taką nienawiścią, że nie mam sił otworzyć ust, aby się usprawiedliwić. I czy to by coś dało?
I oto była ta przysłowiowa ostatnia kropla goryczy, po której ziemia usunęła mi się spod nóg. Ręce mi opadły. Chyba jednak zrezygnuję z pracy, nie dam rady. Wspierają nas mężczyźni, a dlaczego my, kobiety, niszczymy się nawzajem?