Scott Fitzgerald, dziennikarz 'New York Timesa' zarzuca Ilse Crawford, że wnętrza przez nią projektowane, owszem, robią wrażenie, ale czy laik zdołałby na własną rękę osiągnąć podobny efekt nonszalanckiej elegancji i harmonijnego nadmiaru? Kontrolowany bałagan to zdaniem brytyjskiej projektantki, właścicielki londyńskiego Studioilse, wyraz bogactwa życia. Przywracanie domom swojskości, ludzkiego wymiaru, przytulności to jej zawodowa misja. 'Nasze emocje to złożony system. A najkrótsza droga do emocji wiedzie przez zmysły' - mówi Crawford.
W 1989 roku założyła 'Elle Deco UK', dziesięć lat później Donna Karan sprowadziła ją do Nowego Jorku, żeby rozwinęła linię wnętrzarską 'DK Home'. Opłacaną ćwierćmilionową pensją pracę w korporacji uznała jednak za niezgodną ze swoją osobowością. Od wymyślania pościeli woli pracę u podstaw. Do Nowego Jorku wróciła po to, by realizować się pod własnym nazwiskiem. Urządzony przez nią w dawnej elektrowni hotel Soho House to nie tylko hotel, lecz także zamknięty klub dla socjety. Położony przy 9. Alei i 14. Ulicy w Meatpacking District, dzielnicy ekskluzywnych awangardowych butików i klubów dla bohemy o zasobnych portfelach, jest pożądanym przez snobów i aspirantów adresem na mapie Manhattanu. Na całym świecie rozsławił go serial 'Seks w wielkim mieście'. O karcie członkowskiej i kąpieli w basenie na dachu budynku Soho House marzy jedna z czterech bohaterek Samantha Jones. Sama Crawford mówi, że po jej interwencjach miejsce jest 'seksowne i zabawne'. Pokoje hotelowe przypominają bardziej lofty niż standardowe luksusowe apartamenty.
Otwierając 'Elle Deco UK', za cel postawiła sobie przybliżenie konserwatywnym Anglikom nowoczesnego wzornictwa. Ale?modernizm ze swoim chłodem, redukcjonizmem, sterylnością zawsze ją odrzucał. Dla Crawford bauhausowska rewolucja zaowocowała błędnym rozumieniem potrzeb człowieka. W postulatach sprowadzania formy do funkcji zgubiono inny istotny wymiar. Podkreśla, że dziś kładziemy za duży nacisk na to, co wizualne. Prowadzi katedrę Man and Well Being w Akademii Projektowania w Eindhoven. Stara się wpoić studentom, że forma podąża za czuciem, nie za funkcją. Każe im dotykać podłogi i przypomnieć sobie dźwięki, jakie wydawała ta w ich domu rodzinnym. Albo wyobrazić sobie, jak odbiera świat człowiek niewidomy. Latem razem z artystką Jane Withers otworzyła w belgijskim centrum kultury Z33 wystawę o wodzie. Woda będzie też tematem jej kolejnej książki. Pracę brytyjskiej edycji 'Elle Deco' nadzorowało francuskie szefostwo wydawnictwa. Crawford wspomina obowiązkowe wizyty w Paryżu; 50- i 60-letnie redaktorki pochylają się nad makietą i oceniają każdą stronę - 'to ładne, a to brzydkie'. Czuła się czarną owcą, ale miała kilku sprzymierzeńców. Najgorzej szło jej z fotografami. Byli przyzwyczajeni, że wszystko ma być na tip-top - doskonałe kompozycje, efekt czysty i gładki. Crawford zażądała ludzi - teraz miało być jasne, że ktoś w prezentowanych domach mieszka.
- Jest wiele miejsc atrakcyjnych dla oka, w których można poczuć się bardzo nieswojo - twierdzi projektantka. Na otoczenie odpowiadamy całym ciałem, a nie tylko wzrokiem. W swojej teorii designu humanistycznego Crawford odwołuje się do francuskiego filozofa Maurice'a Merleau-Ponty'ego, który uważał, że człowiek nie tyle 'ogląda' swoje środowisko, ile jest jego aktywną częścią. Ulubione słowo Ilse Crawford to 'frame', które można przetłumaczyć jako 'rama', ale też 'struktura', 'schemat'. 'Frame' to sposób całościowego myślenia, punkt wyjścia i plan na całość. Przeciwieństwo trendów, sezonowości, próby oszołomienia nowatorstwem. - Kiedy koncept jest wystarczająco silny, przetrwa lata - stwierdza. To, że od trendów woli ekspresyjną klasykę, widać i po jej ubraniach. Kuse wełniane żakiety łączy ze spodniami dzwonami. Nosi koszule z żabotem, grubo tkane spódnice. I jaskrawe kolory. Wszystko doskonałej jakości.
Córka duńskiej artystki i pianistki Jill Rendall i Malcolma Crawforda, redaktora działu ekonomicznego 'Sunday Times', dorastała otoczona klasykami. U duńskiej babki siadywała na kapach okrywających twarde sofy. Matka potrafiła wydać całe oszczędności na elżbietańską komodę. Ilse za pierwsze zarobione pieniądze kupiła sobie abażur Biby - kultowej marki lat 60. założonej przez Barbarę Hulanicki. Rodzina najpierw mieszkała w Notting Hill, nieopodal Portobello Road. Kiedy Crawfordom urodziły się trojaczki, Ilse oddano na jakiś czas dziadkom. Potem wszyscy przenieśli się do Crookham Hill w hrabstwie Kent i zaadaptowali zrujnowany dom parafialny. Ilse skończyła historię na Bedford College w Londynie, a potem podjęła pracę w 'Architect's Journal' i 'World of Interiors'. Męża Oskara Penę pochodzącego z Kolumbii poznała już w Eindhoven. Nie był w jej typie, ale zbliżyli się, kiedy odebrał ją na lotnisku z salami i winem.
Zmysłowe, emocjonalne, eklektyczne - tak określa się jej projektowanie. Dla Crawford typowe jest łączenie antycznych mebli z jaskrawymi elementami. Siermiężne, szorstkie stołki służą za nocne szafki. W hotelu spa Das Kranzbach w bawarskich Alpach z sufitu zwieszają się lampy balony Georga Nelsona, ściany są kanarkowożółte. Hotel pochodzi z początku XX wieku. Crawford uznała, że sufit w stylu Arts and Crafts najlepiej pozostawić nietknięty. Widać nawet drobne uszkodzenia. Ale znakiem markowym są desenie i faktury - tkaniny, obicia, dywany, chodniki. W wyrafinowanych geometrycznych wzorach, w których można dopatrzyć się wpływów estetyki edwardiańskiej czy nawet wzorów origami, wyraźnie widać idee projektantki: nowoczesność i subtelność, ciepło i barwę. Dlatego niektórzy zarzucają jej, że wnętrza, które tworzy, są 'stylizowane', a nie 'projektowane'.
- Rzeczywiście zaczynam od materiałów, bo to materiały są nośnikami ukrytej wiadomości. Ale nie chodzi mi o to, żeby po prostu wejść i zrobić coś ślicznego. Przekładam idee na różne światy - wyjaśnia. Crawford działa jak antropolog. Zanim na serio zabierze się do pracy, studiuje historię miejsca, bada kontekst społeczny. - Ważne są korzenie, bez nich nic nie urośnie - mawia. W położonym na zielonej prowincji, pół godziny drogi od Londynu kompleksie budynków hotelu Olde Bell Inn odsłoniła oryginalne elementy XII-wiecznej architektury. Do pokojów wybrała szorstkie, surowe materiały, żeby nawiązać do lokalnego rustykalnego stylu.
Dookoła - industrialny Londyn południowego brzegu Tamizy. Kiedyś dzielnica Southwark słynęła z przestępczości i smrodu; teraz mieszczą się tu studia projektowe, modne sklepy z designem i kawiarnie. Z okna pracowni Studioilse widać Tate Modern i dachy budynków - starych kamienic, zrewitalizowanych fabryk i hurtowni. To ulubiony miejski krajobraz Crawford.
12-osobowy zespół jest stłoczony na małej powierzchni.Myśleli o przenosinach, ale za dużo było do stracenia - światło, widoki. Na bazarze Borough Market kupują ekologiczne warzywa i razem gotują. W świecie wnętrzarskim Crawford jest rodzajem celebrytki a rebours. Plotek o niej nie ma, fascynację pomieszaną z lekką grozą budzi jej zasadniczy charakter i wydajność na wielu polach. A że realizuje jeden udany projekt za drugim, media poświęcają jej wiele uwagi. Krytycy uważają, że jej styl to żadne novum. 'Takie zestawienie antycznych i ultranowoczesnych mebli widzieliśmy już w latach 60. i 70., kiedy zaczynał się postmodernizm' - pisze sceptyk na forum. I pyta retorycznie: czy to zły, czy dobry design? Albo - jak Scott Fitzgerald z 'New York Timesa' - delikatnie obśmiewają jej filozofię bałaganu, obfitości i przypadku. Bo żeby utrzymać nadmiar rzeczy i nie stracić na elegancji, trzeba mieć oko artysty.