Oczywiście, że podpisałam. I nie dlatego, że jak petycja głosi, 'eksmitowanie 87-letniej Leokadii Wyspiańskiej, synowej wielkiego polskiego twórcy Stanisława Wyspiańskiego, która przez wiele dziesięcioleci była fenomenalną propagatorką dzieła i postaci swojego wielkiego teścia', jest to sprawa drastyczna. Komentując swój podpis, od razu napisałam, że nie robię tego z powodu nazwiska pani Leokadii, tylko jako znak, że środowiska powinny zajmować się osobami ze swojego kręgu i czynić wysiłki na rzecz ich dobra. Z tego względu nazwisko pani Leokadii jest dla mnie istotne. Niedawno miałam przemówienie na panelu działaczy poświęconym określeniu 'razem' - interpretując je zgodnie ze swoim poczuciem, że dzisiaj 'razem' to znaczy dawać i brać pomoc. To znaczy zakładać instytucje i korzystać z tych, które oferuje państwo. Polacy tego po prostu nie robią. Słuchacze pożegnali mnie brawami i ja byłam bardzo zadowolona, do czasu aż w mojej skrzynce pojawił się list od pani Elżbiety. Zaczęła od podziękowania za to, że podpisałam petycję. Takie podziękowanie zresztą dostałam od jej autora. 'Właśnie dzisiaj dowiedziałem się, że Marszałek Województwa cofnął wniosek, przeprosił Panią Leokadię i wysłał jej kwiaty'.
Pani Elżbieta też dziękuje i cieszy się, tyle tylko że dalszy ciąg jej listu nie jest już tak optymistyczny. 'Mam lat 68 skończone. Byłam nauczycielką i instruktorem ZHP. Całe życie poświęciłam młodzieży (pracowałam w szkołach średnich). Gdy kończyłam 43 lata, urodziłam jedyne swoje dziecko - córkę - i tak się złożyło, że zostałam z nią sama. Trzy lata później miałam wypadek, który przekreślił moją pracę w szkole, bo dostałam po nim padaczki pourazowej. A więc renta inwalidzka II gr. I straszna bieda. Dodatkowo córka była na diecie bezmlecznej, bezglutenowej, niskotłuszczowej i bezżelazowej oraz nie mogła nic jeść »z chemią «. Pani sobie wyobraża, co można dać jeść dziecku z taką dietą. A ja, pozbawiona całkowicie rodziny, walczyłam. Gdy się ma wybór między zapłaceniem czynszu a chlebem dla dziecka, to wybór jest tylko teoretyczny. Wyciągnęłam córkę z wielu przypadłości i chociaż ma pewne ograniczenia zdrowotne, to jednak może żyć i pracować w miarę normalnie. W tym roku miała skończyć studia na Uniwersytecie Papieskim w Krakowie. Zdała już wszystkie egzaminy oprócz magisterskiego, bo musiała podjąć pracę. A dlaczego. Raptem przypomniano sobie, że nie płaciłam długo czynszu. Gdy zabiegałam latami o to, żeby zmienić mieszkanie na mniejsze, to nikogo to nie obchodziło. A teraz eksmisja i momentalny przydział mieszkania socjalnego na peryferiach Krakowa, co prowadziłoby do astmy oskrzelowej (uczulenie na pyłki traw, chwastów i niektórych drzew). Prosiłam, niemal błagałam o zmianę lokalizacji, ale decyzja urzędnika była nieodwołalna. I nic nie pomagało. Córka zatem zapożyczyła się bardzo i zapłaciła żądaną sumę pod pewnym szantażem. Mianowicie - albo wpłacamy, albo 12 października komornik nas eksmituje siłą razem z policją itp. Mimo że ma na piśmie protokół, że córka zobowiązuje się spłacić dług do końca tego roku. Komornika odwołano w ostatniej chwili. Córka zapożyczyła się prawie na całe życie, aby móc spłacić dług czynszowy. Naliczono go od chwili skończenia przez nią 18 lat, czyli wtedy, gdy była jeszcze w liceum. Kwota jest duża.
W czerwcu 2007 wymówiono mi najem mieszkania i naliczono czynsz ponad 1,2 tys. zł, gdy moja emerytura wynosiła trochę ponad 600 zł. Wiadomo więc było, że nie dam rady tego zapłacić. Córka pożyczyła od kolegi 24 tys., od SKOK-u im. Stefczyka 20 tys., z czego dostała 17,5 tys., bo resztę »zjadła « prowizja i ubezpieczenie, od koleżanki 3 tys., które musi oddać do końca roku. Marzyła o zastrzykach dla mnie na oczy, żeby ratować mi wzrok, których NFZ nie refunduje (4 zastrzyki po 3,5-4 tys. zł zależnie od przychodni). Marzenia spełzły na niczym. Prawie wszystko to, co zarobi, i moja emerytura (760 zł) pójdą na oddawanie pożyczek. Z czego będziemy żyć i płacić bieżące rachunki, nie wiem'.
List jest długi, a każde zdanie przejmujące, aż w końcu dotarłam do tego: 'Pisałam do Przewodniczącego Solidarności Nauczycielskiej z zapytaniem, co mogę zrobić w takiej sytuacji, aby przyznano mi inne mieszkanie, ale nawet nie raczył odpowiedzieć...'. No właśnie. Zadzwoniłam do pani Elżbiety, żeby sprawdzić, czy list nie jest mistyfikacją. Nie jest. Historia tej kobiety jest dramatyczna do n-tej potęgi. Ze względu na objętość felietonu nie mogę jej opisać ze szczegółami. Wszystko umieszczę na mojej stronie - www.szczepkowska.pl. Zajrzyjcie tam, piszcie, jak można pomóc. Zwłaszcza nauczyciele. Bombardujcie wszystkie opisane tam instytucje, które wykazały bezduszność. Inaczej będzie oczywiste, że tylko niektóre, a zwłaszcza artystyczne środowiska dbają o swoich. Jeśli się wam nie uda, będziemy myśleć dalej. Na razie moim zadaniem jest podanie do publicznej wiadomości tego: Pani Elżbieta nie dostała odpowiedzi na swój list od instytucji do tego powołanej. Jej życie to jedno pasmo ludzkich dramatów i przykład zmagania się z losem. Milczenie instytucji odwoławczej to dramat na skalę państwa. Jeśli pani Elżbieta i jej córka nie dostaną pomocy, to fakt, że pani Leokadia Wyspiańska ją dostała, blednie mimo najpiękniejszych kwiatów. Pozostanie tylko zaśpiewać: 'Miałeś, chamie, złoty róg, ostał ci się ino sznur'. Dobrego weekendu.