Janusz Rudnicki 'Śmierć czeskiego psa', wyd. W.A.B., Warszawa 2009
Pies to realne zwierzę, tytułowy pies czeski rzeczywiście umiera w opowiadaniu 'Śmierć czeskiego psa'. Ważna figura człowieczego losu, tułacz wygnaniec spowinowacony z 'pielgrzymstwem polskim', podrzędny, a przez to uprzywilejowany punkt widzenia, pies staje się w tym tomie gwarantem wielkiego pisarskiego wzlotu. Zejść na psy, pisać ze zjeżoną sierścią, szczekać po czesku w Niemczech. To wszystko oznacza jedno - pisać lepiej niż ja sam, lepiej niż 'po ludzku'. Głos opowiadający opowiadania nie zamienił się w psi, jest ludzki i opowiada po polsku, ale dla Rudnickiego, pisarza z ginącego plemienia dawnych emigrantów politycznych, psiość okazała się nieoczekiwaną odsieczą, jakby psi totem udzielił mu mocy. Opowieści Rudnickiego są porażająco (!) zabawne, melancholijne i mądre. Migocą polszczyzną dawnych mistrzów: Białoszewskiego, Gombrowicza i Hłaski. Pewną kreską rysuje autor zawijasy absurdu istnienia, pewnym tonem rzuca mięchem i pogwizduje romantyczne frazy. Historie prawdziwe przeradzają się w fantasmagorie, jak ta o martyrologicznym człowieku kanapce mającym promować polski film na europejskim festiwalu czy ta o człowieku z kuchennym blatem na głowie. Dochodzi tu to alchemicznego, świeckiego cudu - odwieczna żółć i 'wkurw' polski przeistaczają się w radość istnienia, zabójczy humor i nieodparty liryzm. 'Nędzny' psi styl staje się szczerym złotem poetyckiej prozy.
Bohdan Sławiński 'Królowa Tiramisu', wyd. Czarna Owca, Warszawa 2009
Chwalony i wyróżniany powieściowy debiut 30-latka określono już powszechnie jako 'postmodernistyczny'. Znaczy to tyle, że wiele tu parodii, pastiszu, zapożyczeń, aby nie powiedzieć ksero, ale nic autorowi zarzucić nie można, bo to ważna gra. I samoświadoma. Żeby było jasne - jest dobrze, przynajmniej do rozpoczęcia męczącego i długiego epizodu z tytułową królową Tiramisu w roli głównej. Oto sarmacko-zaściankowo-ludowa śpiewna gawęda o synu wiejskiego nauczyciela przesycona edypalno-hamletycznym żalem do niewiernej matki-wdowy. Nim rok upłynął, z brutalnym się związawszy prostakiem, matka zdradziła miłość syna jedynaka i pamięć o zmarłym. Oto seksualna inicjacja na wyjeździe pod namiot i matrymonialna zasadzka miejscowej dulszczyzny, w którą jednak artysta w czasach młodości złapać się nie daje i czmycha do stolicy na studia polonistyczne. Oto wypachniona i nabłyszczona królowa mediów, biznesu oraz serc ludzkich i nasz zmyślny a jurny trubadur. Szkoda, że jego erudycja jest malowana, aby nie rzec ściemniona, w zakresie feministycznych lektur. Gdyby nieco więcej zadał sobie trudu, może redaktorem własnego przeżywania i wirtuozem konwencji literackich byłby nie tylko na wyrost. Świadomość, że struktury edypalnego kompleksu stoją u podstaw cywilizacji, jest u autora tak silna, że cała opowieść już na dzień dobry leci do swojej własnej interpretacji, czytelnikom pozostawiając ewentualne oklaski.