'Chętnie zamówiłbym i wydał coś o tolerancji, otwartości na innych. Tylko kto mógłby to napisać? Nie ma już Leszka Kołakowskiego, Barbary Skargi, Ryszarda Kapuścińskiego' - rozmowa z Jerzym Illgiem

Fot. Adam Golec
Jerzy Illg
- redaktor, wydawca, krytyk literacki, doktor nauk humanistycznych. Od 1983 roku redaktor, a od 1992 redaktor naczelny wydawnictwa Znak. W roku 1968 uczestniczył w pierwszych zlotach polskich hipisów. Przed 1989 rokiem publikował w pismach drugiego obiegu i emigracyjnych. Ukazała się właśnie jego książka 'Mój znak. O noblistach, kabaretach, przyjaźniach, książkach, kobietach'
ZOBACZ TAKŻE
- Jaja są lustrem łez (01-12-09, 01:00)
- Taki kwaśny Logos (17-11-09, 01:00)
- Kwestia taboretu (07-06-09, 01:00)
- Służące geniusza (31-05-09, 01:00)
- Gucinku, nie odpuszczaj, walcz. Rozmowa z Magdaleną Zawadzką (29-05-09, 11:46)
- Jesteś, Guciu, w domu (21-12-08, 11:00)
- Wszystko o moim ojcu (25-12-06, 11:00)
- Kim jest Leszek Kołakowski? (15-10-05, 00:00)
- Shirin Ebadi (15-11-03, 01:00)
Dzwonił ktoś kiedyś z propozycją pracy w korporacji?
Dzwonili. Nie byłem zainteresowany. Wiem, co się dzieje w korporacyjnych wydawnictwach. Ludzie są odsysani z pomysłów, kontaktów i odrzucani. Po jakimś czasie przyjeżdża z Niemiec księgowy i mówi, że rentowność nie jest taka, jak powinna być. Panu dziękujemy. W Znaku pracuję ze wspaniałymi ludźmi. Wspólnie czujemy odpowiedzialność za dzieło, które tworzyli ojcowie założyciele będący dla nas mistrzami, których szanowaliśmy, od których się uczyliśmy. Mamy wspólny horyzont wartości.
Jakie to są wartości?
Dbałość o poziom, o wysokie standardy. Nieuczestniczenie w kłamstwie przede wszystkim.
Co to znaczy, kiedy sprzedaje się literaturę?
Opowiadanie się po stronie tego, co dobre. Wolność myśli, tolerancja, otwarcie na dialog. Znak razem z 'Tygodnikiem Powszechnym' od początku tworzył środowisko o wyrazistym obliczu. Katolickie, ale Jerzy Turowicz otwierał łamy również dla niewierzących. Miarą poczucia siły i tożsamości wydawcy jest to, ilu swoich przeciwników ideowych nie boi się wydać. Oczywiście nigdy nie propagowaliśmy nihilizmu, relatywizmu, antychrześcijańskich ekscesów. Jacek Woźniakowski, pierwszy szef Znaku, przez lata upierał się przy emigrantach, zakazanych wtedy. Starał się przemycać dzieła Stempowskiego, Czapskiego, Gombrowicza, Miłosza, bo gdzie indziej działały mechanizmy autocenzury. Nie baliśmy się wydać 'Strachu' Grossa, z pełną świadomością, że wywoła kontrowersję - gwałtowna reakcja na tę książkę pokazała, jak bardzo była potrzebna. Publikujemy książki, o których wiadomo, że nie przyniosą wielkiego zysku, jak 'Alfabet duchowy' Stefana Swieżawskiego, biografia Hanny Malewskiej, znakomite, ale niemogące liczyć na duży nakład eseje literackie, jak 'Przeźroczystość' Bieńczyka, 'Larkin' Jarniewicza czy 'Niedojrzałość' Cataluccia - bo są ważne i wydajemy je dla chwały domu. Ale mówienie o wartościach nie jest łatwe, boję się, że zabrniemy w jakieś pustosłowie.
To porozmawiajmy o prywatnych spotkaniach, podczas których być może te wartości się kształtowały. W domu Miłosza, na kolacjach z Szymborską...
Miłosz przez długie lata prowadził życie niemal zakonne, samotnicze, był pochłonięty pracą. Ale trafiłem na czas, w którym był bardziej otwarty, spotykał się w kalifornijskiej pustelni z ludźmi z kraju, z którymi mógł rozmawiać o tym, co go interesowało. To był gigant literatury. Mam poczucie, że należę do wybranego pokolenia. Został nam dany przywilej życia w czasach, w których wokół nas były prawdziwe Himalaje. Turowicz, Tischner, Miłosz, Herbert, Lutosławski, Lebenstein, Kołakowski. Miałem szczęście być w Maisons-Laffitte, kiedy jeszcze wszyscy, z wyjątkiem Kota Jeleńskiego, tam byli: Herling-Grudziński, Czapski, Zofia Hertz, no i Książę. Dla moich młodych kolegów w wydawnictwie to są postaci, które znają już tylko z książek. Myśmy mogli z nimi rozmawiać, uczyć się od nich, czasem pić wódeczkę i wygłupiać się.
Mamy jeszcze dzięki Bogu Szymborską, Różewicza, Jacka Woźniakowskiego, Bartoszewskiego, ale za tymi ośmiotysięcznikami rozpościera się Beskid Niski. Nie ma tego formatu, tej skali. Kiedy nieoczekiwanie okazało się, że mam przejąć po Jacku Woźniakowskim kierowanie Znakiem, poczułem się karłem na ramionach olbrzyma.
Jak pan wspomina spotkania z Miłoszem?
Miłosz egzaminował. Gdy się do niego przychodziło, było się odpytywanym ze wszystkich aktualnych wydarzeń, nowości, najważniejszych artykułów w pismach literackich. Zawstydzał nas - że on, niedowidzący, pod dziewięćdziesiątkę, wszystko to czyta, wie szybciej od nas. Jego ciekawość, chłonność, by nie powiedzieć zachłanność, to było coś cudownego, mobilizującego. Czytał wszystko. Miał swoje ulubione tematy - międzywojnie, spory ideowe, które śledził - ale podrzucał mi też książki o Kalifornii, zbiory haiku. To był cudowny, otwarty umysł, szukający tego, co ważne. Kompletnie nie interesowały go błahe pogwarki. Był przeciwieństwem Wisławy Szymborskiej, która uwielbia realizować mądrość poprzez żart, dowcip, absurd. W niej jest wieczna gotowość do psot, figli, wyczucie nonsensu. Z kamienną twarzą ciągnie sytuacje, w których ludzie się kompletnie gubią - a potem nagle rozlega się jej chichot. Różnili się poczuciem humoru. Pan Czesław czasem zarykiwał się tubalnym śmiechem, ale czasami nasze żarty czy opinie były dla niego nazbyt może ryzykowne.
Co na przykład?
Nie zgadzał się z Wisławą, kiedy mówiła, że do niej nie bardzo przemawia poezja Oskara Miłosza, uważał, że to jego wuj powinien dostać Nobla, nie on. Był zdruzgotany, że ktoś może nie podzielać tej opinii.
Jakich żartów nie rozumiał?
'Tu Czesław Miłosz - chmurna twarz. Klęknij i odmów »Ojcze nasz «'. Po minie widziałem, że ten portret naszkicowany przez Szymborską nieszczególnie go bawił. Podobnie kartki z podróży do Wenecji, kiedy informowaliśmy go z Wisławą, że zwiedzamy muzeum pogrzebaczy, wąsów, kałamarzy i kałamarnic.
My tu o żartach, a recenzentów pana wspomnień zainteresowało, że palił pan trawę z Miłoszem, z Szymborską pił spirytus
Dziennikarze najchętniej rzucają się na takie sensacyjki. Albo koncentrują się na alkoholach, jakie pili nobliści - to, czym naprawdę się zajmowali, jest medialnie o wiele mniej atrakcyjne. Raz w Kalifornii rzeczywiście to się nam przydarzyło - podziwiałem młodzieńczą gotowość Miłosza do spróbowania wszystkiego. Kiedyś w Krakowie przyniosłem mu swoje hipisowskie wspomnienia o narkotykach, buddyzmie i latach 60. w Polsce. Myślałem, że dając mu to do przeczytania, dam mu szansę poznania Polski dla niego egzotycznej, której nie znał. Swój obraz codziennego życia w kraju budował bowiem z takich książek jak 'Jeżycjada' albo 'Panna Nikt', wydawało mu się, że w tym dostrzega kawałek polskiej rzeczywistości. Przeczytał ten hipisowski tekst i powiedział: 'Ależ to jest dokładnie to samo, co oglądałem w Kalifornii'.
Jakich lektur potrzebują teraz polscy czytelnicy?
Zagraża nam ksenofobia, zaściankowość, zamykanie się w nacjonalistycznych opłotkach. Chętnie zamówiłbym i wydał coś o tolerancji, otwartości. Tylko kto mógłby to napisać? Nie ma już Leszka Kołakowskiego, Barbary Skargi, Ryszarda Kapuścińskiego. Potrzebne jest także wentylowanie obolałej polskiej mentalności przez poczucie humoru, dystans do siebie. Strasznie brakuje nam oczyszczającego, bluźnierczego śmiechu spod znaku Monty Pythona. Wydawałoby się, że świat jest teraz bardziej otwarty, ale zanika pewna formacja etyczna, obyczajowa, kulturowa. Może to jest kwestia innego wykształcenia. Jacek Woźniakowski, wielki Europejczyk, włada włoskim, francuskim, niemieckim, angielskim tak jak polskim, czytał i wykładał w tych językach. Dziś w dyskusjach publicznych nie znajduję wrażliwości, przenikliwości, jaką on zachwyca, jego horyzontów, formatu, kultury. Dominuje powierzchowność, intelektualna tandeta. Liczy się kontrowersja, skandal, rozgłos.
Nie wydałby pan 'American Psycho' dla zysku?
Dzwonili. Nie byłem zainteresowany. Wiem, co się dzieje w korporacyjnych wydawnictwach. Ludzie są odsysani z pomysłów, kontaktów i odrzucani. Po jakimś czasie przyjeżdża z Niemiec księgowy i mówi, że rentowność nie jest taka, jak powinna być. Panu dziękujemy. W Znaku pracuję ze wspaniałymi ludźmi. Wspólnie czujemy odpowiedzialność za dzieło, które tworzyli ojcowie założyciele będący dla nas mistrzami, których szanowaliśmy, od których się uczyliśmy. Mamy wspólny horyzont wartości.
Jakie to są wartości?
Dbałość o poziom, o wysokie standardy. Nieuczestniczenie w kłamstwie przede wszystkim.
Co to znaczy, kiedy sprzedaje się literaturę?
Opowiadanie się po stronie tego, co dobre. Wolność myśli, tolerancja, otwarcie na dialog. Znak razem z 'Tygodnikiem Powszechnym' od początku tworzył środowisko o wyrazistym obliczu. Katolickie, ale Jerzy Turowicz otwierał łamy również dla niewierzących. Miarą poczucia siły i tożsamości wydawcy jest to, ilu swoich przeciwników ideowych nie boi się wydać. Oczywiście nigdy nie propagowaliśmy nihilizmu, relatywizmu, antychrześcijańskich ekscesów. Jacek Woźniakowski, pierwszy szef Znaku, przez lata upierał się przy emigrantach, zakazanych wtedy. Starał się przemycać dzieła Stempowskiego, Czapskiego, Gombrowicza, Miłosza, bo gdzie indziej działały mechanizmy autocenzury. Nie baliśmy się wydać 'Strachu' Grossa, z pełną świadomością, że wywoła kontrowersję - gwałtowna reakcja na tę książkę pokazała, jak bardzo była potrzebna. Publikujemy książki, o których wiadomo, że nie przyniosą wielkiego zysku, jak 'Alfabet duchowy' Stefana Swieżawskiego, biografia Hanny Malewskiej, znakomite, ale niemogące liczyć na duży nakład eseje literackie, jak 'Przeźroczystość' Bieńczyka, 'Larkin' Jarniewicza czy 'Niedojrzałość' Cataluccia - bo są ważne i wydajemy je dla chwały domu. Ale mówienie o wartościach nie jest łatwe, boję się, że zabrniemy w jakieś pustosłowie.
To porozmawiajmy o prywatnych spotkaniach, podczas których być może te wartości się kształtowały. W domu Miłosza, na kolacjach z Szymborską...
Miłosz przez długie lata prowadził życie niemal zakonne, samotnicze, był pochłonięty pracą. Ale trafiłem na czas, w którym był bardziej otwarty, spotykał się w kalifornijskiej pustelni z ludźmi z kraju, z którymi mógł rozmawiać o tym, co go interesowało. To był gigant literatury. Mam poczucie, że należę do wybranego pokolenia. Został nam dany przywilej życia w czasach, w których wokół nas były prawdziwe Himalaje. Turowicz, Tischner, Miłosz, Herbert, Lutosławski, Lebenstein, Kołakowski. Miałem szczęście być w Maisons-Laffitte, kiedy jeszcze wszyscy, z wyjątkiem Kota Jeleńskiego, tam byli: Herling-Grudziński, Czapski, Zofia Hertz, no i Książę. Dla moich młodych kolegów w wydawnictwie to są postaci, które znają już tylko z książek. Myśmy mogli z nimi rozmawiać, uczyć się od nich, czasem pić wódeczkę i wygłupiać się.
Mamy jeszcze dzięki Bogu Szymborską, Różewicza, Jacka Woźniakowskiego, Bartoszewskiego, ale za tymi ośmiotysięcznikami rozpościera się Beskid Niski. Nie ma tego formatu, tej skali. Kiedy nieoczekiwanie okazało się, że mam przejąć po Jacku Woźniakowskim kierowanie Znakiem, poczułem się karłem na ramionach olbrzyma.
Jak pan wspomina spotkania z Miłoszem?
Miłosz egzaminował. Gdy się do niego przychodziło, było się odpytywanym ze wszystkich aktualnych wydarzeń, nowości, najważniejszych artykułów w pismach literackich. Zawstydzał nas - że on, niedowidzący, pod dziewięćdziesiątkę, wszystko to czyta, wie szybciej od nas. Jego ciekawość, chłonność, by nie powiedzieć zachłanność, to było coś cudownego, mobilizującego. Czytał wszystko. Miał swoje ulubione tematy - międzywojnie, spory ideowe, które śledził - ale podrzucał mi też książki o Kalifornii, zbiory haiku. To był cudowny, otwarty umysł, szukający tego, co ważne. Kompletnie nie interesowały go błahe pogwarki. Był przeciwieństwem Wisławy Szymborskiej, która uwielbia realizować mądrość poprzez żart, dowcip, absurd. W niej jest wieczna gotowość do psot, figli, wyczucie nonsensu. Z kamienną twarzą ciągnie sytuacje, w których ludzie się kompletnie gubią - a potem nagle rozlega się jej chichot. Różnili się poczuciem humoru. Pan Czesław czasem zarykiwał się tubalnym śmiechem, ale czasami nasze żarty czy opinie były dla niego nazbyt może ryzykowne.
Co na przykład?
Nie zgadzał się z Wisławą, kiedy mówiła, że do niej nie bardzo przemawia poezja Oskara Miłosza, uważał, że to jego wuj powinien dostać Nobla, nie on. Był zdruzgotany, że ktoś może nie podzielać tej opinii.
Jakich żartów nie rozumiał?
'Tu Czesław Miłosz - chmurna twarz. Klęknij i odmów »Ojcze nasz «'. Po minie widziałem, że ten portret naszkicowany przez Szymborską nieszczególnie go bawił. Podobnie kartki z podróży do Wenecji, kiedy informowaliśmy go z Wisławą, że zwiedzamy muzeum pogrzebaczy, wąsów, kałamarzy i kałamarnic.
My tu o żartach, a recenzentów pana wspomnień zainteresowało, że palił pan trawę z Miłoszem, z Szymborską pił spirytus
Dziennikarze najchętniej rzucają się na takie sensacyjki. Albo koncentrują się na alkoholach, jakie pili nobliści - to, czym naprawdę się zajmowali, jest medialnie o wiele mniej atrakcyjne. Raz w Kalifornii rzeczywiście to się nam przydarzyło - podziwiałem młodzieńczą gotowość Miłosza do spróbowania wszystkiego. Kiedyś w Krakowie przyniosłem mu swoje hipisowskie wspomnienia o narkotykach, buddyzmie i latach 60. w Polsce. Myślałem, że dając mu to do przeczytania, dam mu szansę poznania Polski dla niego egzotycznej, której nie znał. Swój obraz codziennego życia w kraju budował bowiem z takich książek jak 'Jeżycjada' albo 'Panna Nikt', wydawało mu się, że w tym dostrzega kawałek polskiej rzeczywistości. Przeczytał ten hipisowski tekst i powiedział: 'Ależ to jest dokładnie to samo, co oglądałem w Kalifornii'.
Jakich lektur potrzebują teraz polscy czytelnicy?
Zagraża nam ksenofobia, zaściankowość, zamykanie się w nacjonalistycznych opłotkach. Chętnie zamówiłbym i wydał coś o tolerancji, otwartości. Tylko kto mógłby to napisać? Nie ma już Leszka Kołakowskiego, Barbary Skargi, Ryszarda Kapuścińskiego. Potrzebne jest także wentylowanie obolałej polskiej mentalności przez poczucie humoru, dystans do siebie. Strasznie brakuje nam oczyszczającego, bluźnierczego śmiechu spod znaku Monty Pythona. Wydawałoby się, że świat jest teraz bardziej otwarty, ale zanika pewna formacja etyczna, obyczajowa, kulturowa. Może to jest kwestia innego wykształcenia. Jacek Woźniakowski, wielki Europejczyk, włada włoskim, francuskim, niemieckim, angielskim tak jak polskim, czytał i wykładał w tych językach. Dziś w dyskusjach publicznych nie znajduję wrażliwości, przenikliwości, jaką on zachwyca, jego horyzontów, formatu, kultury. Dominuje powierzchowność, intelektualna tandeta. Liczy się kontrowersja, skandal, rozgłos.
Nie wydałby pan 'American Psycho' dla zysku?
Źródło: Wysokie Obcasy
1
2
następne »
Przeczytaj 4 komentarze na Forum
-
Trawka i spirytus z noblistami
zloczynca76
20.10.09, 19:21
Mnie tez dreszcze mecza podczas wizyty w Empiku lub bibliotece-wciaz to samo,ilez mozna takich hitow natrzaskac???Nic tylko do ataku -na kursy korespondencyjne powiesciopisarstwa i kazdy »
-
zyje w oglupialej Ameryce,w takim kierunku zmierza
ksg06
27.10.09, 01:14
Polska. Tu maja kompleks Europy, a w Polszy ludzie nie doceniaja, ze maja jeszcze takie rodzynki jak Znak.»
W numerze z 13 marca
- Wysokie Obcasy to sobotni dodatek Gazety Wyborczej
- Galeria okładek
- Kup E-wydanie
Najczęściej czytane24 htydzień˝









